Wojna przeciw gnębieniu kobiet

Wojna przeciw gnębieniu kobiet

W jakiej mierze zagadnienia, z jakimi boryka się pani w „Wojnie kobiet”, odnoszą się do Pierwszego Świata?

– To książka poświęcona całemu światu, pojawiają się w niej historie z Afryki, Azji, Ameryki Południowej, Kanady, Europy, Stanów Zjednoczonych. Chciałam pokazać, jak szybko zachodzą zmiany. Spójrzmy choćby na zarządy spółek. Każda praca poświęcona obecności kobiet we władzach korporacji i spółek handlowych mówi, że zyski wzrastają, jeśli w zarządzie zasiada kobieta.
Wracając do pytania – moja książka nie jest więc o Zachodzie, ale o całym świecie, głównie o Azji i Afryce, ponieważ tam pracuję jako reporterka.

Psycholog Steven Pinker twierdzi, że gdyby kobiety miały większą władzę, świat byłby spokojniejszy. Czy są dowody potwierdzające jego teorię?

– Jego praca opiera się na dowodach. Kiedy negocjuje się warunki zawarcia pokoju, kobiety zachowują się przy stole negocjacyjnym inaczej niż mężczyźni. Żołnierz chce pokonać wroga. Kobieta zastanawia się, czy pole jest usiane minami i czy będzie można zasiać zboże. Myśli, czy będzie w stanie wyżywić rodzinę, czy szkoła jest otwarta. Oba punkty widzenia są istotne, ale kiedy negocjują jedynie mężczyźni, trudniej o trwały pokój.

Hillary Clinton mówi, że dziś toczy się 39 wojen domowych, z czego 31 to stare konflikty, które nie mogą wygasnąć, ponieważ kończą je zawieszenia broni spowodowane wyczerpaniem obu stron, a nie rozwiązujące pierwotny problem. Clinton twierdzi, że problemem tych wojen domowych są zawsze te same trzy czynniki: bieda, niedostateczna edukacja i prześladowanie kobiet.
ONZ wydała rezolucję 1325, w której mowa o tym, że w negocjacjach pokojowych muszą uczestniczyć kobiety. Czy tak się stało? Nie, mimo że istnieją twarde dowody na to, że obecność kobiet pomaga w negocjacjach.

Najtrudniejszym tematem „Wojny kobiet” jest chyba gwałt. Choćby historia Emily, młodej Kenijki. Pani jest dziennikarką i musi pani mówić o krzywdzonych i poniżanych. Jak pani sobie z tym radzi?

– Muszę przyznać, że w ogóle się nie uodporniłam. Gdy wracam do mojej Kanady, odtwarzam ponownie różne sytuacje, wspominam kobiety i dzieci, które poznałam, zastanawiam się, co teraz robią, czy wszystko u nich w porządku, czy na wioskę nie spadły dziś pociski, czy udało im się coś ugotować. Ale czuję się też wyróżniona tym, że mogłam z nimi porozmawiać, że podzieliły się ze mną swoją historią. Po pierwsze, trzeba zdobyć czyjeś zaufanie. Jeśli mi się to uda, chcę przede wszystkim opowiedzieć wszystko zgodnie z prawdą. Kiedy po raz pierwszy przyjechałam do Afganistanu za czasów rządów talibów, tamtejsze kobiety mówiły: „Nie mamy głosu, musicie stać się naszym głosem”. Ale najpierw musiały mi zaufać.

Która z kobiet zrobiła na pani największe wrażenie?

– Wszystkie zrobiły na mnie wielkie wrażenie! Wspomniał pan Emily. Jest mała, chudziutka i ma taki szorstki głos, jak to czasem dzieci. A potem widzisz, jak kiwa palcem w geście zakazu i mówi: „Oni muszą wiedzieć, że nie mogą robić tego [chodzi o gwałt – przyp. autor rozmowy] takim małym dziewczynkom jak ja”. Spotkałam na swojej drodze kobiety w Kongu, które potraktowano niezwykle okrutnie, a one – kiedy wyjeżdżałam – ofiarowały mi chleb na drogę, żebym nie była głodna. Albo weźmy Simę Samar, przewodniczącą Afgańskiej Niezależnej Komisji Praw Człowieka (AIHRC) – to chyba najodważniejsza kobieta na świecie. Odwiedziłam ją w zeszłym tygodniu. Byłam przy niej, kiedy talibowie grozili jej śmiercią. W książce opowiadam o tym, jak byłyśmy w Dari, w środkowym rejonie afgańskich gór. Talibowie zamykali szkoły i zakazywali leczenia kobiet w szpitalach. Sima odpowiadała im jasno i wyraźnie: „Wiecie, co robię, wiecie, kim jestem, nie dam się powstrzymać”. Pewnego razu ukradli więc generator prądu ze szpitala, który prowadziła. Trudno, żeby szpital działał bez elektryczności, ale któregoś razu trafił tam talib ze starszą kobietą. „Jest chora, wylecz ją”, rozkazał Simie. Kobieta miała zapalenie migdałków, potrzebowała tylko antybiotyku. Sima powiedziała, żeby zostawił kobietę pod jej opieką, i podała antybiotyk. Kiedy wrócił następnego dnia, oznajmiła mu, że pojawił się pewien problem, bo Sima ma jego matkę, a on ma jej generator. W ten sposób dobili targu.

Pracuje pani teraz nad czymś?

– Często twierdzę, że już nie chcę niczego robić dla telewizji ani dla prasy, a wtedy ktoś się odzywa i mówi, żebym zrobiła „jeszcze ten jeden reportaż”. Robię więc jeszcze jeden, i następny, i kolejny. Nie potrafię przestać.

Foto: Materiały prasowe

Strony: 1 2

Wydanie: 10/2015

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy