Nikt mnie nie skusi i nie przestraszy

Nikt mnie nie skusi i nie przestraszy

Sędzią nie może być ktoś, kto się boi lub na pierwszym miejscu stawia własne korzyści

Barbara Piwnik – sędzia Sądu Okręgowego Warszawa-Praga, minister sprawiedliwości i prokurator generalny w latach 2001-2002

Mamy podział w środowisku sędziowskim: beneficjenci „dobrej zmiany”, awansowani i nagradzani – i ci odsuwani na gorsze stanowiska, odwoływani z sądów wyższej instancji, ścigani postępowaniami dyscyplinarnymi. Czy to nie odbije się na jakości sądownictwa – bo jedni mogą orzekać nieco na złość władzy, a drudzy tak, by się jej przypodobać, mniej mając na względzie sprawiedliwość i dobro stron?
– Przede wszystkim należy się zastanowić, czy dla przedstawicieli trzeciej władzy, sędziów, w ostatnich czasach bardziej liczy się stanowisko czy sprawowanie tej trzeciej władzy – czyli orzekanie. Dziś, gdy dla wielu najważniejsze staje się stanowisko – prezesa sądu, przewodniczącego wydziału, wiceprezesa, członka Krajowej Rady Sądownictwa albo sędziego delegowanego do Ministerstwa Sprawiedliwości – to mnie, sędziego orzekającego, ogarnia smutek, że samo sprawowanie wymiaru sprawiedliwości schodzi na drugi plan. A to wartość najwyższa – wymierzać sprawiedliwość zgodnie z przepisami prawa, kierując się zasadami godności i uczciwości, w tym także chroniąc obywatela przed zagrożeniami ze strony pozostałych władz. Podzielam więc pana niepokój. Proszę zauważyć, co w ciągu ostatnich lat zdominowało dyskusję na temat wymiaru sprawiedliwości: kto został powołany, kogo odwołano, kto awansował, komu czym władza zapłaciła.

Sędziowie widzą, komu władza płaci stanowiskami.
– Jeśli ktoś w dyskusji o wymiarze sprawiedliwości zwraca uwagę głównie na to, kogo władza nagrodziła stanowiskiem, to pokazuje, że dla niego ważniejsze jest bycie na stanowisku, niż to, że wychodzi na salę rozpraw i w imieniu Rzeczypospolitej wydaje wyrok, który często dla obywatela może być najważniejszą sprawą w życiu. Sędzia decyduje o jego wolności, majątku, czasem przyszłości. To największa władza na świecie. Sędzia, który zachłystuje się tym, że został np. prezesem sądu lub przewodniczącym wydziału, powinien sobie odpowiedzieć, co jest dla niego istotne: stanowisko zależne od innej władzy czy władza wynikająca z powołania na stanowisko sędziego. Dla mnie jako sędziego zawsze największą wartością było to, że orzekam.

Choć zdecydowała się pani zostać ministrem sprawiedliwości.
– Gdy w 2001 r. składałam urząd sędziego, zostając ministrem, mówiłam, że do polityki idę z wizytą – i do sądu wrócę. Zdecydowałam się odejść z sądu głównie dlatego, że miałam nadzieję, iż dla orzekających sędziów będzie to szansa na wprowadzenie takich zmian, które dadzą im komfort właściwego wykonywania obowiązków i pomogą w tworzeniu korzystnego społecznie wizerunku trzeciej władzy. Jako minister zawsze miałam na względzie to, żeby nie wejść w konflikt z zasadami, którym hołduję – by możliwe było powołanie mnie znowu na urząd sędziego. I zostałam powołana, już nie przez Radę Państwa, ale przez prezydenta, wróciłam do sądu.

Dziś można odnieść wrażenie, że rządzący starają się mieć na kierowniczych stanowiskach w sądach ludzi sobie powolnych.
– Mogłoby to świadczyć o tym, że nie zdają sobie do końca sprawy, czym jest wymiar sprawiedliwości i jak funkcjonuje, tworząc w ten sposób jego niewłaściwy obraz w oczach społeczeństwa. Gdy chodzi o warunki wykonywania mojej pracy albo jakość stanowionego prawa, a także jako zwykłego obywatela, interesuje mnie, kto jest ministrem sprawiedliwości – ale nie wtedy, kiedy orzekam, czyli sprawuję trzecią z władz. Jeśli przedstawiciele innych władz wyobrażają sobie, że powołanie sędziego X na stanowisko prezesa sądu cokolwiek zmieni w moim orzekaniu, to muszą wiedzieć, że nic nie zmieni. Gdy wypełniam sędziowskie obowiązki i podejmuję decyzje, jestem niezawisła i niezależna. I mogę powiedzieć: co mnie obchodzi, kto jest ministrem sprawiedliwości albo przewodniczącym wydziału! Dla mnie, orzekającego sędziego, nie może to mieć żadnego znaczenia.

Niewykluczone jednak, że są sędziowie, dla których to ma znaczenie.
– Wtedy należy się zastanowić, jaka powinna być droga do zawodu sędziego, jak oceniać poszczególne kandydatury, kto i co powinien brać pod uwagę – aby mieć pewność, że osoby powołane na urząd sędziego nie zawiodą obywatela, gdyby jakiś reprezentant pozostałych władz chciał wkraczać w obszar zastrzeżony dla sądu. Jeżeli sędziami będą zostawać, jak nakazuje prawo, osoby o nieskazitelnym charakterze, mające przymioty, które dają możliwie największą gwarancję, że nie przestraszą się żadnej władzy i będą w razie potrzeby chronić obywatela przed jej zakusami – to ta niedobra władza, wynikająca z wyborów, przeminie. A trzecia władza – sędziowie powołani na stanowisko dożywotnio – pozostaną.

Sędziowie są tylko ludźmi i można sobie wyobrazić, że np. sędzia, który uniewinni osobę obwinioną o wykroczenie popełnione podczas manifestacji antyrządowej, będzie się obawiać konsekwencji ze strony władzy.
– Jeśli ktoś jest lękiem podszyty, na pewno nie powinien być sędzią – niezależnie od opinii Krajowej Rady Sądownictwa, decyzji prezydenta czy ocen, jakie wystawi mu sędzia wizytator badający jego pracę. To kwestia osobowości człowieka, któremu powierza się władzę sędziego, jego cech charakteru, wartości, jakie wyznaje. Jeżeli sędzia z jakiegoś powodu zacznie się bać podejmowania decyzji, powinien złożyć urząd. Trudno mówić o nieskazitelnym charakterze kogoś, kto troszczy się o własne dobro, wtedy gdy ma decydować o najważniejszych dobrach obywatela. Niech ktoś taki spojrzy w lustro i zapyta, czy chciałby, żeby sprawę jego samego lub najbliższej mu osoby rozstrzygał zalękniony sędzia, taki jak on. Każdy rozsądny człowiek odpowie, że nie – i gdy zda sobie sprawę, że jest zalęknionym sędzią, zrozumie, że utracił przymioty konieczne w tym zawodzie. Jedyną możliwością będzie więc złożenie urzędu i podjęcie innej pracy – hodowli zwierząt czy handlu pietruszką. Sędzią nie może być ktoś, kto się boi lub na pierwszym miejscu stawia własne korzyści.

Taki byłby stan idealny…
– To nie żaden stan idealny! To stan oczywisty. Może on powstać dzięki dobrym, konsekwentnie egzekwowanym przepisom dotyczącym m.in. zawodu sędziego, tworzonym przez władzę ustawodawczą podlegającą światłej kontroli społecznej.

Światłej – czyli jakiej?
– Jeśli obywateli wprowadza się w błąd, stwarzając wrażenie – w wyniku niewiedzy bądź manipulacji – że prezes sądu, minister sprawiedliwości czy Krajowa Rada Sądownictwa mogą decydować o tym, jakie orzeczenia zapadają w sądach, to znaczy, że w Polsce konieczna jest edukacja prawna prowadzona od najwcześniejszych lat szkolnych.

Nie uważa pani, że minister Ziobro chciałby jednak czasami decydować o orzeczeniach sądu?
– Nie wiem, czego by chciał. Nie jestem Zbigniewem Ziobrą. Wiem natomiast, że jeśli chodzi o jakąś sprawę głośną medialnie, minister jako polityk może się nią zainteresować i zabrać głos. Na pewno jednak nie będzie jej rozstrzygać, bo to należy do kompetencji sądu. Obywateli trzeba zaś wprowadzać w tajniki funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości i poprawnie wyjaśniać im te kwestie. Wiedza o wymiarze sprawiedliwości i osobach, które go sprawują, powinna być taka, by obywatele przy urnach wyborczych mogli prawidłowo ocenić dwie pozostałe władze (ustawodawczą i wykonawczą), ich działania wobec władzy sądowniczej oraz stanowione prawo. Dzięki temu będą także dokonywać właściwych ocen dotyczących tego, kto może i powinien być sędzią, a kto nie.

Przecież obywatele nie mają wpływu na to, kto jest sędzią.
– Oczywiście, że mają. Trzeba jednak, zaczynając już w szkole podstawowej, przedstawić im wszystkie elementy składające się na poprawne funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości, jakiego mogą oni oczekiwać. Przedstawiciele władzy ustawodawczej, wchodząc w skład Krajowej Rady Sądownictwa i wybierając jej członków, mają wpływ na to, kto zostanie sędzią. A Sejm i Senat to przecież właśnie reprezentacja obywateli. Także obywatele wybierają prezydenta. Poprzez właściwą edukację i informację pozwólmy obywatelom uzmysłowić sobie, jaką wagę ma ich głos, jakich chcą zmian i za czym głosują, wybierając władzę ustawodawczą. Ciekawe, ilu z tych, którzy tak chętnie powołują się na konstytucję, zgłębiło jej tajniki. Obywatelowi należy dać rzetelną, wyczerpującą wiedzę, a to pozwoli mu dokonywać właściwych wyborów ludzi, którzy mają wpływ na kształtowanie trzeciej władzy. Chodzi o to, by wybierano takie osoby i stanowiono takie prawa, że bez względu na to, kto będzie sprawować władzę ustawodawczą i wykonawczą, ta trzecia, sądownicza, pozostanie opoką.

Opoką dziś osłabianą właśnie za sprawą władzy ustawodawczej – Sejmu wybranego przez obywateli, który już ma aż za duży wpływ na to, kto zostaje sędzią.
– Nie uważam, że jest za duży, bo sędziowie też mają na to wpływ. Przedstawiają Krajowej Radzie Sądownictwa kandydatury osób ubiegających się o stanowisko sędziowskie; kandydatury te są opiniowane także przez sędziów wchodzących w skład KRS. A o tym, kto zostaje sędzią, ostatecznie decyduje prezydent, nie władza ustawodawcza. Z niepokojem słucham stwierdzeń, że Krajowa Rada Sądownictwa „powołała na stanowisko sędziego”. KRS nie powołuje sędziów, lecz opiniuje ich kandydatury i przedstawia prezydentowi. Informując o czymś obywateli, trzeba zachowywać precyzję. Niektórzy mówią, że teraz ustanawiane jest złe prawo, zagrażające obywatelowi, i nie ma gwarancji, że nawet jeśli w wyniku wyborów przyjdzie inna władza, to zmieni te przepisy – bo będzie chciała wykorzystać zło w nich tkwiące. Czyli my wszyscy mamy się bać obecnej i przyszłej władzy, bo uważamy, że wybieramy takich, którzy, nadużywając stanowisk, chcą wyrządzić krzywdę większości obywateli?

Problem w tym, że wybierając, nie do końca wiemy, co nasi kandydaci zrobią, gdy już zostaną wybrani.
– Obowiązkiem władzy ustawodawczej, jakakolwiek by była, oraz wszystkich, którym przysługuje inicjatywa ustawodawcza, jest wysłuchanie sędziów – będących także obywatelami zgłaszającymi uwagi do stanowionego prawa – i ukształtowanie projektów zmian w taki sposób, by uwzględniały głos tego środowiska. Sędzia może wydać zły wyrok z różnych powodów, również dlatego, że pozostałe dwie władze się nie spisały, uchwalając złe prawo. Jeśli nie będziemy się nawzajem szanować i słuchać, nadal będzie tak, jak było. Dziś dzieli się sędziów na złych i dobrych – czyli głównie tych, którzy zostali powołani przed rokiem 1989 oraz po tej dacie. Tymczasem ci „źli z powodu daty urodzenia” mogliby wielu powołanych już w komforcie demokratycznego państwa prawa nauczyć, jak należy bronić interesów obywateli. Nie bez powodu pewien zasłużony opozycjonista powiedział mi, że w czasach, gdy ustrój w naszym kraju był nieludzki i wymierzony przeciw obywatelom, było grono sędziów, którzy starali się chronić obywateli poprzez wydawane orzeczenia – a teraz to się zmieniło. Tymczasem trzecia władza, niezależnie od wyników wyborów, powinna dawać obywatelowi poczucie bezpieczeństwa w sytuacji konfrontacji z pozostałymi władzami.

Wybory dopiero za cztery lata, władzę mamy, jaką mamy, a ona pokazuje, że potrafi utrudniać życie sędziom, i np. nęka ich zarzutami dyscyplinarnymi (rekordzistce postawiono 172).
– Przez ponad 40 lat pracy przeżyłam wszystko: nękanie, grożenie, stan wojenny w sądzie, kolejne władze, zmiany w prawie, niesłuszne dyscyplinarki, komisję śledczą, przesłuchiwanie przez prokuratora, który pytał, dlaczego zadałam przesłuchiwanemu świadkowi takie pytanie… Jeśli ktoś decyduje się zostać sędzią, niech zapomni o lekkim, łatwym i przyjemnym życiu. Nie ma obowiązku bycia sędzią i znoszenia ograniczeń właściwych temu zawodowi. Zawód sędziego to służba, a służba to także ryzyko i zagrożenia. Jeśli ktoś myśli, że spokojnie przeżyje życie, będąc sędzią z immunitetem, szybko się przekona, że jest odwrotnie. Wizerunku sędziego – i całego wymiaru sprawiedliwości – nie buduje wysokość zarobków czy kolekcjonowanie zaszczytów i tytułów. Jak wychodzę na salę rozpraw, to obywatel, który się ze mną styka, wie, że mnie, sędziego Piwnik, nikt nie skusi i nie przestraszy. Mogę powiedzieć każdemu sędziemu idącemu na salę rozpraw: swoje troski i lęki zostaw za drzwiami. Jeśli miałyby ci tam towarzyszyć obawy o plany życiowe i zawodowe, nie powinieneś na tej sali być. Gdybym miała odpowiadać karnie czy dyscyplinarnie, będzie to wyłącznie moja sprawa, a nie obywatela, który przede mną stoi – i nie będę w publicznej dyskusji szukać rozwiązania swojego problemu.

Czy nie przeszkadza pani to, jak przedstawiciele najwyższych władz odnoszą się do sędziów? Prezydent RP mówi: „Poziom zakłamania tego towarzystwa i jego hipokryzji mnie osłabia”. Premier: „Nasz system sądowniczy trawi korupcja, jest wypełniony sędziami, którzy mają na sumieniu różne występki popełniane w czasach komunizmu”. Były przewodniczący sejmowej Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka, dziś sędzia Trybunału Konstytucyjnego: „Odsunąć od orzekania sędziów, którzy są zwykłymi złodziejami”.
– Mnie jako sędziego nikt nie jest w stanie obrazić. Jeśli ktoś wypowiada swoje poglądy, nie mając wiedzy o tym, o czym mówi, to jest jego problem, nie mój. Ja poprzez sposób pełnienia swojej służby zasłużyłam sobie na to, że takie wypowiedzi wobec mnie nikomu nawet przez myśl by nie przeszły. One mnie nie dotyczą.

Padają też słowa, że sędziowie to kasta (niekoniecznie nadzwyczajna).
– Sędzia nie jest nadczłowiekiem, jest obywatelem jak każdy inny, może być pociągnięty do odpowiedzialności. Ale wolno mu trochę mniej niż innym – nie ma prawa postępować w sposób mogący osłabić zaufanie do wymiaru sprawiedliwości. Wymóg nieskazitelnego charakteru towarzyszy sędziemu przez całe życie zawodowe i prywatne. Także osoby najbliższe muszą mieć świadomość, że z uwagi na urząd i władzę sprawowaną wobec innych sędziemu nie wolno mieć tych słabości, które na co dzień są typowe dla wielu współobywateli. Z zasad etyki tego zawodu wynika, że sędzia ma obowiązek reagować na niewłaściwe zachowanie innego sędziego. Nie wiem, czy taka reakcja i odwaga w prezentowaniu poglądów jest szanowana, czy stanowi powód do izolacji i podziałów wśród sędziów. Trzeba dyskutować o tym w środowisku, by mogło ono prawidłowo oceniać zachowania swoich przedstawicieli.

Na co należy zwracać uwagę w tych ocenach?
– Sędziowie muszą mieć świadomość, że obywatele obserwują ich pracę i to, jak traktują oni innych. Nie mogą zachowywać się niewłaściwie, okazywać lekceważenia słowami, gestami, wyrazem twarzy. Ekstrawaganckie stroje, zaniedbane fryzury, niewyczyszczone buty także szkodzą wizerunkowi sędziego. Podobnie jak prezentowanie na forach społecznościowych swoich kontrowersyjnych upodobań, zamieszczanie zdjęć typu „mój trawnik po deszczu” albo nawiązywanie znajomości na portalach randkowych (bo można trafić na podsądnego). Na licytacji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy wystawiono spotkanie z pierwszą prezes Sądu Najwyższego, zjedzenie obiadu w towarzystwie jej oraz sędziów, zwiedzanie z rzecznikiem prasowym miejsc w gmachu SN, które na co dzień są niedostępne. A przecież taką licytację może wygrać np. kierujący grupą przestępczą – zapłaci najwięcej, zje obiad z pierwszą prezes i zamieści w internecie zdjęcia z tego dnia spędzonego w Sądzie Najwyższym. Wizerunkowi SN w oczach obywateli oraz ich edukacji prawnej lepiej służyłoby wystawienie na licytacji pięknie wydanego egzemplarza konstytucji z autografami wszystkich sędziów Sądu Najwyższego.

Prawo i Sprawiedliwość rządzi od czterech lat, o zreformowaniu sądownictwa mówi jeszcze dłużej, ale żadnych reform (oprócz wymiany kadr) nie wprowadza.
– Minister Ziobro sam nie pisze zmian w prawie. Przez te cztery lata niejednokrotnie mówiłam, co utrudnia pracę sędziom i jak należałoby to zmienić, czując się w tym osamotniona. Może ministrowi należy przedstawić propozycje zmian, które zyskają poparcie obywateli i będą zgodne z wiedzą i doświadczeniem sędziów? Są sędziowie na delegacjach w Ministerstwie Sprawiedliwości, uczestniczą w nadawaniu kształtu nowym przepisom. Niech mają odwagę przedstawić rozwiązania prawne oparte na ich własnej praktyce, wezmą udział w dyskusji publicznej. Tylko to powinna być wieloletnia, codzienna praktyka na sali rozpraw, a nie na urzędniczej delegacji w ministerstwie. Nie może być tak, że ktoś, będąc przez parę lat na delegacji w Ministerstwie Sprawiedliwości, awansuje na wyższe stanowisko sędziowskie, choć nie orzeka. Tacy sędziowie stają się urzędnikami, zgadującymi oczekiwania władzy, żeby tylko pozostać w ministerstwie. Chcą być urzędnikami? Niech składają urząd sędziego. Delegacje są konieczne, poszerzają wiedzę i horyzonty sędziów, ale powinny zostać skrócone do roku, najwyżej dwóch lat. Chętnie wysłuchałabym propozycji stowarzyszeń sędziowskich, dotyczących zwłaszcza ścieżki zawodowej i awansowej sędziów oraz zmian usprawniających procedurę. Niech nie dzielą się ze społeczeństwem gorzkimi doświadczeniami ani nie organizują marszów, lecz spróbują przekonać ludzi do potrzebnych i oczekiwanych rozwiązań prawnych – takich, które obywatele chcieliby wyegzekwować od osób wybranych na posłów, senatorów czy na prezydenta.

Jakie mogłyby to być rozwiązania?
– Od lat mówię, jak należy zmienić system kształcenia aplikantów. Gdy ocenia się kandydata na sędziego, należy brać pod uwagę to, jak funkcjonuje w życiu zawodowym i środowisku, w którym żyje. Ktoś, kto nie jest otwarty na wiedzę i świat, nie ma cierpliwości, by wysłuchać drugiego człowieka, nie powinien sprawować tego urzędu. Jeszcze jak byłam ministrem sprawiedliwości i przedstawiano mi plany utworzenia szkoły kształcącej aplikantów, mówiłam: nie. Szkoła powstała, a ja nie zmieniłam zdania. Prowadzenie zajęć w taki sposób jak w Krajowej Szkole Sądownictwa i Prokuratury: w oderwaniu od codzienności sądowej, koncentrując się na przywiązaniu do treści zapadłych orzeczeń, a nie na samodzielności w podejmowaniu decyzji i prezentowaniu własnych poglądów, nie ułatwia także kandydatowi odpowiedzi na pytanie, czy jego konstrukcja psychiczna oraz wyznawane wartości pozwolą mu zmierzyć się z zagrożeniami, jakie niesie ten zawód.

Co powinno być zwieńczeniem kariery zawodowej sędziego?
– Powiem, co było nim dla mnie. W ubiegłym roku podszedł do mnie mężczyzna i powiedział: „Pani mnie sądziła, nim jeszcze została pani ministrem. Były to błędy młodości, zostałem skazany – ale przemyślałem to, co wtedy pani powiedziała, i zmieniłem swoje życie. Zrozumiałem, co naprawdę jest w nim ważne. Dzięki pani mam dziś dobre, udane życie”. Mojej młodszej koleżance, sędziemu, powiedziałam, że dzisiejsi młodzi sędziowie nie usłyszą podobnych słów po 20 czy 30 latach pracy, jeśli nie będą otwarci na człowieka, który staje przed sądem. Trzeba mu jasno powiedzieć, dlaczego w jego sprawie zapada takie, a nie inne rozstrzygnięcie. Niech każdy sędzia sobie odpowie, czy pod koniec kariery zawodowej ważniejsze dla niego będzie, że został prezesem sądu lub przewodniczącym wydziału, czy to, że usłyszał, iż dzięki niemu człowiek, którego osądził, ma dobre życie – i że stało się to z pożytkiem dla tego człowieka oraz dla społeczeństwa. Mówię o tym, bo starsi sędziowie, przygotowując mnie do zawodu, pokazali mi, że wychodzę na salę rozpraw po to, by załatwić ważną sprawę człowieka, który trafił do sądu, a nie po to, żeby zakreślić numerek statystyczny.

W czym wcześniejsza metoda przygotowania do zawodu była lepsza od tej, jaka jest stosowana w KSSiP?
– Gdy byłam na aplikacji, to przy każdej decyzji podejmowanej w pokoju narad, podczas rozmów sędziów, w prokuraturze czy u komornika, padało pytanie patrona: a jakie jest zdanie aplikanta? W ten sposób przez dwa lata aplikant musiał być zawsze przygotowany, nabierał nawyku precyzyjnego wyjaśniania swojego stanowiska i codziennego posługiwania się przepisami, przestawał się bać formułowania własnych wniosków, przedstawiania poglądów. A przede wszystkim mógł się przekonać, czy nadaje się do tego zawodu, umie podejmować decyzje, stać go na ciągły wysiłek intelektualny, radzi sobie z presją i odpowiedzialnością. Tego wszystkiego dziś brakuje. Sędziowie, którzy byli moimi patronami, codziennie pracowali w sądzie, także w dni, w których nie mieli sesji. Ja również tak pracuję, bo zawsze mogą się pojawić sprawy, które powinnam na bieżąco załatwiać. Dziś aplikant jest w sądzie gościem.

Sędziowie dość często narzekają na obciążenia związane z pisaniem uzasadnień wyroków.
– Narzekają, bo w przygotowaniu do zawodu zabrakło nauki zwięzłości i przedstawiania skomplikowanej prawnie sytuacji językiem zrozumiałym dla obywatela. Przegadane, niezrozumiałe uzasadnienia pojawiły się wraz ze zmianą sposobu kształcenia sędziów, są wynikiem wieloletniej złej praktyki. Niedawno znalazłam swoje, aplikanckie jeszcze, uzasadnienie wyroku z 1979 r., dotyczące kilkuosobowej sprawy o rozbój. Na niespełna siedmiu stronach maszynopisu jest wszystko: stan faktyczny, omówienie dowodów, logiczny wywód, rozstrzygnięcie co do winy, kary, powództwa cywilnego. Nie było wtedy kopiowania innych uzasadnień, robienia skrótów akt, przywoływania dziesiątków orzeczeń. Dziś to wszystko znajdziemy w uzasadnieniach, ale często nie wynika z nich, skąd się wzięła decyzja sądu. Od grudnia narzucono nam formularz, na którym nie da się prawidłowo sporządzić uzasadnienia wyroku w skomplikowanej sprawie karnej. Trudno z niego cokolwiek zrozumieć (nawet doświadczeni sędziowie mają z tym kłopoty), nie można prześledzić toku myślenia sędziego. A przecież powinniśmy tak wykonywać obowiązki, aby obywatel poznał przesłanki wydania wyroku i wyszedł z sądu z poczuciem, że trafił na mądrego, sprawiedliwego sędziego. Przedstawiciel trzeciej władzy musi się komunikować z ludźmi zrozumiałym, jasnym językiem. Orzeczenia nie mogą zostawiać marginesu na niejasności i niepewność. Uzasadnienia orzeczeń Sądu Najwyższego sprzed 30, 40 lat w krótkiej formie zawierają głęboką myśl zrozumiałą dla laika, nawet w zawiłych sprawach.

Sąd Najwyższy się odmładza, więc wzorce sprzed 30 lat odchodzą tam w niepamięć.
– Istotnie, nie jest dobrym rozwiązaniem, że w Sądzie Najwyższym mogą zasiadać 40-latkowie z 10-letnim stażem np. na stanowisku prokuratora. Odpowiedzmy sobie, czy chcemy mieć sędziów Sądu Najwyższego, których w wieku 65-70 lat będzie się wysyłać w stan spoczynku, czy takich, którzy przekroczyli już ten wiek i boją się tylko sądu boskiego, nie oczekując kolejnych zaszczytów zawodowych? Zasiadanie w Sądzie Najwyższym należy proponować osobom o uznanym autorytecie, np. sędziom, pracownikom nauki czy adwokatom, ze względu na ich wielki dorobek, doświadczenie, osiągnięcia zawodowe, cechy charakteru. Gdy propozycję przyjmą, powinna ruszać procedura powołania na stanowisko. Wtedy głos Sądu Najwyższego miałby taką wagę, że nikt nie śmiałby go podważyć. Nabór do SN nie może wyglądać tak jak teraz: że na wolne miejsca zgłaszają się anonimowi dla społeczeństwa ochotnicy z zaledwie 10-letnim stażem w zawodzie np. sędziego czy prokuratora.

A jak pani ocenia system losowego przydziału spraw sędziom?
– Uważałam i uważam, że system losowego przydziału spraw jest zły, spowalnia i utrudnia nam pracę. Sędzia, który za chwilę może wylosować sprawę mającą 100 tomów akt i 20 aresztów do przedłużenia, musi sobie zostawić dwa, trzy dni bez wyznaczonej sesji, aby mieć rezerwę czasową na podejmowanie decyzji. Nie jest więc w stanie należycie zaplanować chociażby terminów rozpraw. Gdy nie było przydziału losowego, nie zdarzało się, by ten sam sędzia dostał kolejne sprawy, w których stosowane jest tymczasowe aresztowanie, co zmusza do niezwłocznego wyznaczenia terminu rozpraw – i nie wiedział, którą wyznaczyć jako pierwszą.

Mamy wyrok Sądu Najwyższego, a w jego uzasadnieniu znamienne stwierdzenia, że obecna Krajowa Rada Sądownictwa nie daje wystarczających gwarancji niezależności od organów władzy przy powoływaniu sędziów, a nowa Izba Dyscyplinarna SN nie jest sądem. Czego można oczekiwać w wyniku tego orzeczenia?
– Tego, że nadal emocje będą przesłaniać interes ogólny – i nie uda się usiąść razem, by rozpocząć spokojną rozmowę o kondycji wymiaru sprawiedliwości. Problem w tym, czy środowisko sędziowskie samo wyjdzie z propozycjami zmian, czy zostanie zmuszone do realizacji zmian złych – a będą złe, jeśli będą wprowadzane tak jak ostatnio. Doświadczeni sędziowie powinni proponować takie zmiany publicznie, w dyskusji poszerzającej wiedzę obywateli. Należałoby się skupić przede wszystkim na rozwiązaniach dotyczących sądów powszechnych, do których obywatele przychodzą codziennie. Zamiast robić rewolucję, szukajmy w dotychczasowych przepisach oraz w utartej praktyce tego, co dobre i co złe – i na tej podstawie proponujmy rozwiązania na przyszłość. Wymaga to głębokiej wiedzy i znajomości problemu, nie rewolucji.

Jakie jest pani zdanie na temat nowelizacji paru ustaw, rozszerzającej odpowiedzialność dyscyplinarną sędziów (mówi się o nowelizacji „kagańcowej”)?
– Warto dobrze poznać już obowiązujące prawo, stwarza ono daleko idące możliwości.

A co zrobić, żeby nie zapadały wyroki sprzeczne z podstawowym poczuciem sprawiedliwości, co niestety się zdarza?
– Wszystko, o czym mówimy w tym wywiadzie, stanowi odpowiedź na to pytanie.

Fot. Krzysztof Żuczkowski

Wydanie: 4/2020

Kategorie: Wywiady

Komentarze

  1. Józef Brozowski Żory
    Józef Brozowski Żory 21 stycznia, 2020, 08:40

    „A Sejm i Senat to przecież właśnie reprezentacja obywateli.”

    Ja bardzo przepraszam Panią Barbarę Piwnik, ale tym jednym powyżej cytowanym zdaniem pokazała Pani, że jest zwolenniczką totalitaryzmu partyjnego. Jeżeli Pani tak uczciwie podchodzi do sędziowania jak ci w sejmie i senacie są przedstawicielami wyborców, to ja dziękuję za taką sprawiedliwość. Nawet w konstytucji [art. 104] oficjalnie pisze że posłów [i senatorów również, w związku z art. 108] nie wiążą instrukcje wyborców.

    Prawdziwy trójpodział władz będzie wtedy, gdy każda z trzech władz będzie niezależna od dwóch pozostałych, a przedstawiciele tych władz będą zależni mandatem do sprawowania władzy od wyborców w okręgu w którym otrzymali mandat.

    Obecny totalitaryzm sprytnie przejął to z totalitaryzmu peerelowskiego, że jest pomieszanie z poplątaniem tych władz i ludzie nie wiedzą kto tak naprawdę rządzi. W Polsce i za PRL i obecnie władza jest jedna, umiejscowiona w ścisłym kierownictwie tej partii, która umieściła w Sejmie najwięcej swoich rąk do głosowania. To ścisłe kierownictwo zarządza poprzez Sejm tymi trzema władzami.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy