Wstydliwe sprawy II RP

Wstydliwe sprawy II RP

Overview

Najtańsze prostytutki pracowały za 50 gr. A to wystarczało na niecały bochenek chleba lub dwa litry mleka

Dr Urszula Glensk – literaturoznawczyni i krytyczka literacka, pracuje w Instytucie Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Wrocławskiego. Autorka książek „Trzy szkice o przewartościowaniach w kulturze”, „Po Kapuścińskim. Szkice o reportażu” i „Historia słabych. Reportaż i życie w Dwudziestoleciu (1918-1939)”.

Dzisiaj 20-lecie międzywojenne jest przedstawiane niemalże jako złota epoka. Możemy poznać historie z życia elit, zobaczyć zdjęcia kawiarń i pięknie ubranych kobiet, ale ani słowa o reszcie społeczeństwa. Tak jakby dla wszystkich to była idylla.
– Rzeczywiście międzywojnie zostało wyidealizowane jak żaden inny okres. Ten proces mitologizacji zaczął się niemal zaraz po katastrofie wrześ­niowej, jeszcze w czasie wojny. Już w 1943 r. Jerzy Jurandot wspominał czas przedwojenny jako idyllę, ale było to wkrótce po jego ucieczce z getta warszawskiego. Okres stalinowski pogłębiał tę wizję minionego dobrostanu lat 30. Im gorsza jest teraźniejszość, tym bardziej tęskni się za światem utraconym. W czasach zszarzałego Peerelu stare albumy wbrew oficjalnej propagandzie pokazywały lepszy, piękniejszy świat. II Rzeczpospolita zaczęła się kojarzyć ze zdjęciami z balów karnawałowych i wieczorów przy brydżu. Albumy przywodziły na myśl dobrze wykształconych dżentelmenów i kobiety z papierosami w długich lufkach. Te o nazwie Egipskie Płaskie, które podobno paliła moja babcia, wydawały mi się, gdy byłam dzieckiem, atrybutem lepszego świata. Właściwie taki naiwny, wypiękniony obraz w jakimś sensie utrwalał się na zasadzie przekory wobec propagandy lat powojennych. I do dziś jest żywy, o czym świadczy popularność literatury opowiadającej o elitach, gwiazdach kabaretowych czy „upadłych damach” II Rzeczypospolitej.
Pani postanowiła się przyjrzeć innej części międzywojennej rzeczywistości. Ogląda ją pani przez pryzmat nie albumów, ale relacji reportażystów.
– Zaintrygował mnie świat mniej efektowny i raczej słabo opisany. Rzeczywistość widziana oczami reporterów zajmujących się problemami społecznymi. Reportaż był wówczas modnym gatunkiem dziennikarskim, niektórzy publicyści drwili nawet z „szarańczy” reporterskiej. Dynamiczny rozwój prasy stwarzał możliwości pisania o różnych sprawach. W pierwszych pięciu latach po odzyskaniu niepodległości podwoiła się liczba wydawanych gazet, można więc sobie wyobrazić, jak wiele kryją one informacji o codziennym życiu zwykłych ludzi.

Dziećmi się nie przejmowano

Dziś bardzo trudno znaleźć teksty, które stanowiłyby próbę przedstawienia życia tych ludzi w II Rzeczypospolitej. Kawiarnia, salon, teatr – to była przestrzeń zarezerwowana dla „lepszych” obywateli i obywatelek.
– Świat biednych jest światem niemym. Ci, którzy mieszkali w izbach, gdzie czasem egzystowało po 20 osób, nie mieli swojego języka. W pewnym sensie to właśnie reportażyści oddali im głos. „Dałem głos ubogim”, mówił Ryszard Kapuściński i ta formuła zawsze się sprawdza w przypadku reportażu społecznego. Wiedzieli o tym również autorzy przedwojenni. Konrad Wrzos pisał, że reporter musi umieć oddać głos „szaremu człowiekowi”. I oddawał mu głos w niezwykłej książce „Oko w oko z kryzysem” (1933). Ze szczegółami relacjonował, jak wygląda dom ubogiej wdowy na Kresach Wschodnich, w którym na śniadanie, obiad i kolację jada się tylko ziemniaki, a do oświetlenia służy karpina. Musiał jednak wytłumaczyć swoim przedwojennym czytelnikom, że są to wykopane z ziemi sosnowe gałęzie, które długo się jarzą dzięki zawartej w nich smole. Kołakowski mówił, że żyją jeszcze ludzie, którzy pamiętają świat bez elektryczności. Zdaje się, że żyją jeszcze ludzie, którzy urodzili się w domach oświetlanych karpiną.
Takich miejsc, gdzie żyło się w bardzo trudnych warunkach, było wiele.
– Zgadza się i reportażyści pilnie odwiedzali różne izolowane i wstydliwe miejsca: przytułki, domy dla „podrzutków”, rzeźnie czy tajemne zamtuzy, czyli domy publiczne, które funkcjonowały w międzywojniu nielegalnie. Dominująca narracja historyczna pomija te przestrzenie i wegetujących tam ludzi. Dla mnie natomiast ich egzystencja jest ciekawsza niż opowieść oficjalna. Dzięki dokumentalistom można zrekonstruować „nagie życie” nie gorzej niż życie establishmentu i salonu.
Co wyróżniało to „nagie życie”?
– Coś, co filozofowie nazywają bioegzystencją. Pewnego rodzaju zbliżenie do natury wynikające z ubóstwa form życia. Przedwojenni reporterzy często używali porównań animalizacyjnych. Widzieli podobieństwo między egzystencją swoich bohaterów a zachowaniami zwierząt. Ten naturalistyczny sposób pisania wydawał mi się straszny, ale do dziś ma w sobie siłę obrazowania. W „Historii słabych” przywołuję za reporterami przykłady surowego życia. Jednak nie zawsze dawałam im wiarę, więc konfrontowałam ich opowieść z innymi przekazami. Zastanawiałam się, dlaczego w Warszawie w latach 30. co roku porzucano ponad pół tysiąca dzieci. Zostawiano je w różnych miejscach – na klatkach schodowych, na ławkach lub pod Domem ks. Baudouina, gdzie panowała przerażająca śmiertelność. Bywały lata, że sięgała 70%. Nie było wówczas antybiotyków, więc infekcje pojawiające się w przepełnionym przytułku były trudne do opanowania. Wiele chorób stanowiło potencjalne zagrożenie dla życia.
Anonimowe porzucanie dzieci było karane. Kodeks karny wprowadzony w 1932 r. przewidywał za taki czyn do pięciu lat więzienia. Jak zdesperowane musiały być matki, które decydowały się na taki gest? Dlaczego desperacji rzadziej ulegały matki żydowskie niż katolickie? I dlaczego w jednych miastach ówczesnej Polski – np. w Warszawie, Wilnie – zjawisko to było bardziej nasilone, a w drugich – w Poznaniu czy w Katowicach – mniej? Dlaczego śmiertelność wśród dzieci ślubnych wynosiła 10%, a wśród nieślubnych 50%? Otóż ten stan rzeczy wynikał z nakładania się przyczyn ekonomicznych i obyczajowych. Po prostu samotne i ubogie kobiety nie były w stanie podjąć się opieki nad dziećmi. Nie wytrzymywały biedy i opresji społecznej.
A co z dziećmi, jak one to przeżywały?
– Dziećmi specjalnie się nie przejmowano. Tadeusz Konwicki, który wychowywał się w relatywnie dostatnim domu, tak wspominał swoje lęki po śmierci ojca: „Szczęk klucza w zamku był jednak najstraszniejszym dźwiękiem mojego dzieciństwa. Zamknięcie, oddzielenie, wyizolowanie od świata. Błagałem, żeby zostawiono choćby szparkę, w drzwiach, w oknie, choćby w suficie. Ale gdzie tam. Kto by się tam przejmował fanaberiami podrzutka”. Kto mógł się przejmować losem autentycznych podrzutków? Ograniczano się do higienicznej dbałości o nie. Problemem było zapewnienie im posiłków. Ciągle narzekano, że są na garnuszku społeczeństwa.

Głodowa prostytucja

Dużo uwagi poświęca pani kobietom pracującym jako prostytutki. Ich życie było jednym wielkim koszmarem.
– Dokumentowaniem ich marnego losu zajmowały się głównie dziennikarki. Wanda Melcer w reportażu o prostytucji „Kochanek zamordowanych dziewcząt” dokładnie opisała kilka domów publicznych. Z obrazu reporterskiego wyłania się głównie głodowa prostytucja, uprawiana przez kobiety, które nie mają pieniędzy na obiad. Były w dramatycznej sytuacji ekonomicznej, w dodatku napiętnowane społecznie i ścigane przez prawo. Obowiązywała bowiem zasada neoreglamentacji, która zmuszała je do rejestrowania się w tzw. obyczajówkach.
System, jakim były objęte prostytutki, charakteryzował się przede wszystkim przymusem i ignorowaniem logiki.
– To prawda, zarejestrowane kobiety pozostawały pod kontrolą policji obyczajowej i musiały mieć legitymacje sanitarne, potocznie zwane żółtymi książeczkami. Ich aktualizacja wiązała się z przymusowymi, cotygodniowymi wizytami lekarskimi. Trafnie nazywa pan to ignorowaniem logiki, bo w świetle możliwości ówczesnej medycyny nadzór sanitarny i tak nikogo nie ochroniłby przed chorobami wenerycznymi. Możliwości diagnostyczne i same badania niczego w kwestii zdrowotnej nie zmieniały, tworzyły jedynie pewien mit bezpieczeństwa, a w istocie były sposobem kontroli i represji. Zresztą prostytutki skutecznie unikały rejestracji. Tylko 30% miało „obowiązkowe” książeczki. Ale w przedwojennych miastach policja organizowała specjalne blokady ulic, podczas których aresztowano podejrzane kobiety, które nie były zarejestrowane w kartotekach. Rozgrywały się dramatyczne sceny – one usiłowały uciekać, policja chciała je zamykać w „zielonych budach”, jak pisała Maria Morska, która przyglądała się jednej z takich akcji, żargonowo nazywanych kotłami.
Do najniebezpieczniejszych chorób należała kiła, o której krążyły różnego rodzaju mity.
– Uznawano, że jeśli osoba zarażona kiłą (syfilisem) dostatecznie szybko zgłosi się do lekarza i otrzyma zastrzyk ze specjalnego preparatu, neosalvarsanu, to nie zachoruje. W Warszawie istniała nawet stacja medyczna podająca „szare” zastrzyki. Otwarta była codziennie do 4 rano. Natomiast zarejestrowane prostytutki były zmuszane do badań w strasznych warunkach. Przez jeden gabinet lekarski w ciągu godziny przechodziło kilkadziesiąt kobiet. Często przymusowo podawano im preparaty „lecznicze”. Przyglądająca się takim wizytom Wanda Melcer odnotowała, że te pacjentki są chude, pokrzywione. Z dostępnych statystyk wynika, że nie były w stanie pracować dłużej niż kilka lat. Kiły nie dało się wówczas wyleczyć. Umożliwiły to antybiotyki dostępne dopiero w latach 40.
Właśnie w kontekście życia tej grupy społecznej najbardziej rzuca się w oczy obłuda i zakłamanie wyższych sfer. Podwójna moralność dyscyplinująca prostytutki, ale nieobejmująca swoim oddziaływaniem klas wyższych.
– Szczególnie przed I wojną akceptowano korzystanie przez bogatych i nieżonatych mężczyzn z płatnych usług seksualnych, a równocześnie prostytutki uznawano za istoty zepsute i niemoralne. W międzywojniu znacznie pogorszyła się sytuacja ekonomiczna prostytutek, m.in. z powodu zmian prawnych.
Można powiedzieć, że walczyły o biologiczne przeżycie.
– Antoni Słonimski pisał, że w centrum stolicy co wieczór pojawia się dywizja „pieszych prostytutek”. Statystyki mówią, że było ich 20 tys. O połowę mniej niż w Paryżu, ale Paryż był wówczas cztery razy większy niż Warszawa. Najtańsze z tych biednych kobiet pracowały za 50 gr, a to wystarczało na niecały bochenek chleba lub dwa litry mleka. W dużej mierze to była prostytucja głodowa, te kobiety nie mogły nigdzie indziej dostać pracy. Były bez zawodu. Miały średnio trzy klasy szkoły podstawowej, co też wiemy ze statystyk. W reportażach znajdujemy takie obrazki, że tydzień po urodzeniu dziecka kobieta musi wyjść na ulicę, aby zarobić na opłacenie czynszu. Podobno prostytutki, które były w ciąży, miały większe powodzenie u klientów i szansę na wyższy zarobek…
W jaki sposób opowiadano o tych kobietach? Uwzględniano kontekst społeczny czy bezrefleksyjnie patologizowano?
– W tym samym czasie moraliści stawiali tezy o specjalnych predyspozycjach psychicznych „upadłych” kobiet, ich skłonności do takiego postępowania i określonym typie osobowościowym. W międzywojniu przywoływana była w Polsce książka włoskiego kryminologa Cesare Lombrosa zatytułowana „Kobieta jako zbrodniarka i prostytutka”. „Uczony” mierzył obwód czaszki, określał wygląd i stawiał tezy. Publicyści powtarzali, że prostytutką kobieta się rodzi.
Kolejną grupą, którą opisywano w ten sposób, były włóczące się dzieci.
– Ich łazikowanie raczej nie wynikało z chęci poszukiwania przygody. Te włóczące się dzieci zwykle były po prostu bezdomne. W Warszawie było 6,5 tys. dzieci, których rodzice nie mieli gdzie mieszkać. Nazywano je w ówczesnej psychologii moral insanity, co oznaczało, że są „moralnie niezdrowe”. Były raczej społecznie zaniedbane. To zresztą sztuka: przerzucić odpowiedzialność za los dzieci na nie same. Jednak reporterzy w przeciwieństwie do części pedagogów zachowali umiar i z wielką empatią pisali o włóczących się i żebrzących nieletnich. Dziś wydaje się to nieprawdopodobne, ale toczyła się batalia społeczników, żeby 13-letnie dzieciaki nie trafiały do więzień. Bo trafiały, co ze zgrozą opisywała Wanda Grabińska, pierwsza w Polsce kobieta, która otrzymała nominację sędziowską. Oprócz tego, że pracowała w sądzie dla nieletnich, lubiła i umiała pisać artykuły o swoich „podsądnych”.
Z tego, co pani mówi, wyłania się obraz ogromnego ubóstwa wielu grup społecznych.
– Obszary ubóstwa były olbrzymie, ale pozostawały częścią tamtej rzeczywistości. Zrozumieć je pomaga rozróżnienie, które zaproponowała Hannah Arendt. Mianowicie oddzieliła ona nędzę jako kwestię socjalną od nędzy jako kwestii politycznej. Pierwsza jest w jakimś sensie naturalnie wpisana w ludzką egzystencję, druga to wynik niesprawiedliwych relacji społecznych. Losy ludzi, o których pisałam w „Historii słabych”, związane były przede wszystkim z kwestią socjalną. Żyli w ubogim kraju, w którym brakowało pracy i mieszkań. Dziś trudno sobie wyobrazić, że tylko 14% wszystkich budynków miało kanalizację. Słynna batalia premiera Sławoja-Składkowskiego miała swój sens, choć była w prasie wyśmiewana.
Duże znaczenie dla utrwalania ludzkiego cierpienia miała restrykcyjna obyczajowość.
– Zgadza się, kwestia obyczajowa komplikowała życie wielu osobom, uznawanym za gorsze i podlegającym wykluczeniom na tle obyczajowym. Były to całe grupy etniczne czy społeczne. Matki nieślubnych dzieci są tego jaskrawym, ale niejedynym przykładem. Z dzisiejszej perspektywy życie ludzi, które możemy zrekonstruować na podstawie dokumentalistyki społecznej, wydaje się wyjątkowo ciężkie. Nie tylko z powodu mizerii socjalnej i ograniczeń cywilizacyjnych, ale także dlatego, że podlegało tej restrykcyjnej obyczajowości.

Reporterki w przytułku

Wśród zaangażowanych autorów sporą część stanowiły reporterki.
– Reporterkami było relatywnie wiele kobiet. Oprócz najbardziej znanej Ireny Krzywickiej, autorki fascynujących reportaży sądowych, dużo publikowały Wanda Melcer, Maria Kuncewiczowa, Helena Boguszewska, Stefania Osińska. Te kobiety nie bały się spędzić całej nocy w przytułku dla bezdomnych. Pisały, że ubierały się w najlichsze płaszcze, aby tam w ogóle wejść.
Co tam zobaczyły?
– Obserwowały, jak współlokatorki w noclegowni wyciągają z ubrań wszy. Po takich nocach rozumiały już, dlaczego w przytułkach są gołe prycze lub tylko słoma zamiast sienników. Pisały też o głośnej pobudce i wyrzucaniu kobiet na ulicę, ponieważ noclegownię w dzień zamykano. Żeby coś takiego zobaczyć, poczuć atmosferę tego świata, należało się do niego zbliżyć na tyle, na ile to możliwe.
Kobiety w międzywojniu stanowiły liczną grupę obywateli drugiej kategorii. Ich życie nierzadko było przesądzone już na początku.
– No tak, urządzenie obyczajowości przez dobrze sytuowanych mężczyzn nie wszystkim równie znakomicie służy. Jeżeli uświadomimy sobie, że niezamężne kobiety będące samotnymi matkami właściwie nie miały szans na alimenty, łatwo odgadniemy, jak wyglądało ich życie. Nawet gdy pojawiła się w nowym prawie możliwość dochodzenia ojcostwa, i tak większość sędziów respektowała argument exceptio plurium concumbentium. Zgodnie z tą zasadą, gdy znalazł się jakiś świadek, który stwierdził, że kobieta miała kontakt z wieloma mężczyznami, w okresie gdy zaszła w ciążę, sąd oddalał wszelkie pozwy o ustalenie ojcostwa, a więc nie miał kto płacić alimentów, a kobieta zostawała sama bez jakiejkolwiek pomocy. Najczęściej wyrzucano ją też z domu, ponieważ łamiąc zasady moralne, przynosiła rodzinie wstyd.
Los takich kobiet poznawano dzięki odwadze i determinacji autorów, którzy pisali także o tym, o czym nie mówiła oficjalna propaganda.
– Międzywojenni dziennikarze i pisarze potrafili wiele powiedzieć o życiu najuboższych w swojej epoce. Nie musieli zajmować się odzyskiwaniem Polski, więc zajęli się codziennością. To Melchior Wańkowicz zauważył i nazwał zjawisko podziału: na Polskę A i Polskę B, co zresztą błędnie przypisuje się Eugeniuszowi Kwiatkowskiemu. Literatura reportażowa nie była odkryciem 20-lecia, ale reportaż społeczny już tak. Opisanie socjalnych peryferii stało się wielkim projektem pisarskim rozpisanym na wiele głosów. Czasami im się przysłuchuję, ale wciąż nie tracę wiary w piękne obrazy z albumów.

Wydanie: 16/2015

Kategorie: Wywiady

Komentarze

  1. Cox
    Cox 20 kwietnia, 2015, 23:33

    Szkoda, że takich artykułów jest tak mało, szczególnie obecnie, gdy od 25 lat upadku PRL odtwarzane są upiorne stosunki społeczne II RP a nawet średniowiecza, gdy dziecko dziedziczyło zawód ojca. Czasy II RP znam tylko z opowiadań mojego śp dziadka, który był cieślą w dawnym województwie białostockim. Bardzo często mówił o bezrobociu takim, że ludzie poszliby do roboty nawet 50 groszy na dniówkę ale niestety nikt im nie mógł jej dać lub też opowiadał o tym, że ludzie z barku paszy na przednówku mieli tak chude krowy, że aż odchodziła im skóra i aby temu zapobiec nacinali skórę i na tych ranach potem się trzymała. No i oczywiście, gdzie takie krowy były wypasane, bo nie na pastwiskach a w lasach i nietrudno sobie wyobrazić ile taka krowa dawała mleka.
    Myślę, że kontynuacją tej tematyki powinien być artykuł o tym jak PRL próbowała podźwignąć cywilizacyjnie polską wieś (ale również wyzyskiwał ekonomicznie), co się udało a czego nie ze względu na brak pieniędzy. Należałoby przypomnieć, kiedy z domów zaczęły masowo znikać słomiane dachy i klepiska, o elektryfikacji wsi i płaczu chłopów, kiedy byli na prawie na siłę podłączani do sieci elektrycznej, że renty rolnicze wprowadził dopiero Gierek. Czasami śmieszne sytuację, jak to, gdy po stworzeniu polskiego przemysłu nawozów sztucznych, każdy chłop miał obowiązkowy przydział dotowanych nawozów i płacz bo musiał je wykupić za niewielkie pieniądze.
    I należałoby cały czas pokazywać jak trudny był awans dzieci wiejskich, które oprócz trudności materialnych miały przeciwko sobie również ciemnotę rodziców.
    Ostatnio trochę byłem zaskoczony, gdy moja matka, która była pielęgniarką w dawnym województwie białostockim opowiadała jak to na wsi o nazwie Siemianówka w maju 1970 roku była na szczepieniach i dzieci przyszły do szkoły boso.
    A najbardziej mnie denerwuje jak nasza zwycięska styropianowa elita przedstawia PRL w ramach bardzo głupiej polityki historycznej przedstawia PRL jako czarną dziurę zamiast podjąć szeroką dyskusję o tym czy ten czas właściwie wykorzystaliśmy.

    Odpowiedz na ten komentarz
  2. Angarr
    Angarr 30 sierpnia, 2016, 19:35

    Historia nie jest czarno biała. I taka też była historia międzywojennej Polski. Trudno winić przedwojenną Polskę za biedę i zacofanie. Choć po krótce trzeba wymienić:
    -123 lata zaborów (choć ruskie już od około 1740 roku sprawowali nad naszym krajem kontrolę i np. utrzymywali w naszym kraju swoje wojska-oczywiście na nasz koszt), kiedy to nasze elity byłby bezwzględnie tępione, rusyfikowanie, germanizowane. Przez zaborców tereny Polski były maksymalnie eksploatowane np. tereny leśne,
    – kraj składał się z 3 części dawnych zaborów (ogromne trudności prawne, kulturowe, i transportowe (np. na kolei były 3 różne szerokości torów), ekonomiczne (np. waluty były różne w 3 zaborach)
    -kraj był bardzo zniszczony po okresie I wojny światowej
    -poprawne stosunki międzynarodowe (ekonomiczne, polityczne) spośród sąsiadów mogliśmy mieć tylko z Łotwą i Rumunią. Sąsiedzi np. Niemcy, stale praktycznie wrodzy (np.wojna celna), z ZSRR to samo (potrzeba utworzenia KOP, z powodu ciągłych akcji terrorystycznych i szpiegów
    – nasz kraj był wielokulturowy i etniczny. Np. Ukraińcy nigdy nie pogodzili się z powstaniem Państwa Polskiego. Wielu z nich ulegało wpływom komunistycznym lub popadało w skrajny nacjonalizm, inspirowanym poprzez Niemcy lub ZSRR (polecam książkę dr Marcina Majewskiego pt. „Wołyń- komunizm, nacjonalizm, terroryzm” z lat 1928-1938).
    -brak uznania międzynarodowego. Nasi „sojusznicy” traktowali nas „z góry” i raczej jako państwo „sezonowe”
    -kryzys światowy, wiadomo, jak zwykle na najbiedniejszych odbija się najbardziej
    Demokracja w Polsce trwała do 1926. Przy takiej sytuacji trudno się dziwić ze aż tak długo, gdyż, według mnie prędzej czy później jej upadek musiał nastąpić. Rodzące się totalitaryzmy promieniowały na inne kraje i to dotknęło tez nas. Choć my przy tym co było w Niemczech czy ZSRR to byliśmy krajem o znośnej tolerancji. Owszem, była i Bereza Kartuska i duża bieda, bezrobocie, i strzelania do robotników. Lecz był również i odbudowa kraju i COP i Gdynia, i reformy Grabskiego i 6 armia na świecie. I była też Polska i polskość, która się odrodziła i rozkwitła w sposób niezwykły.

    Odpowiedz na ten komentarz
  3. jednrek
    jednrek 11 września, 2016, 09:49

    I znowu TROL PISOWSKI nie nagonka tylko nie wolno zbijać kapitału politycznego na linczu PRL -u zamazując jego dorobek -to był jedyny okres w dziejach 1000 lecia ze prosty chłop czy robotnik poznał co to jest godność .http://okres-prl.blog.onet.pl/2016/09/02/nie-wolno-budowac-przyszlosci-na-falszu-i-obludzie-zaklamaniu-lekcja-historii/ testament 45 lat -https://www.youtube.com/watch?v=kVgVhXJWLi0

    Odpowiedz na ten komentarz
  4. Ela z Warmii
    Ela z Warmii 11 września, 2016, 22:07

    Wstydzę się swoich czworaków i zmarchów. Niech każdy spojrzy na siebie.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy