Wolę być optymistą

Wolę być optymistą

Nie jesteśmy w stanie uratować całego świata, ale możemy uratować wielu ludzi

Artur Żmijewski

Zacznijmy od tytułu pańskiego nowego filmu, „Atak paniki”. Czy pan miewa ataki paniki?
– Głupio trochę, ale nie zdarzyło mi się. Być może uczucie na granicy ataku paniki się pojawiło, ale nigdy nie zabrnęło tak daleko, bym mu uległ. Rozumiem panikę jako coś, co paraliżuje i nie pozwala nam funkcjonować, a coś takiego nie miało w moim przypadku miejsca nigdy. Zdarzało się, że było blisko, ale zawsze udawało mi się w porę to opanować.

A niepokoje związane z pracą? Z rolą? Przed wyjściem na scenę?
– To jest coś innego. Trema to emocje łatwe do opanowania. Na etapie analizowania scenariusza rozmawialiśmy z reżyserem filmu Pawłem Maśloną o panice i o tym, jakie sytuacje mogą ją wywołać. Zrozumiałem wtedy, że panika jest czymś, co na chwilę wyłącza mózg. Tracisz wówczas perspektywę i wydaje ci się, że nie ma wyjścia z tunelu, w który ta paniczna sytuacja cię wciąga. A kiedy uda ci się ochłonąć i spojrzeć na całe zdarzenie racjonalnie, okazuje się, że niedostrzegana przez ciebie, ale wciąż widoczna przestrzeń, miała rozpiętość co najmniej 180 stopni.

Pytam pana o to, bo po premierze filmu na festiwalu w Gdyni żartowaliśmy z dziennikarzami, że Artur Żmijewski w tym filmie to był podwójnie celny strzał – przecież funkcjonuje pan jako osoba opanowana, cierpliwa i spokojna. Pański bohater też, tyle że na zewnątrz, bo w środku w nim wrze. Można pomyśleć, że pan ma tak samo.
– Otóż nie mam. Dlatego było to dla mnie atrakcyjne wyzwanie. Jestem Pawłowi wdzięczny, że zaproponował mi zagranie bohatera, na którego czekałem bardzo długo. Przylgnął do mnie wizerunek człowieka spokojnego i racjonalnego. Nie walczę z tym i nie wstydzę się tego, ale taki jestem prywatnie i dobrze mi z tym. Chciałbym jednak grywać rzeczy jak najdalsze ode mnie i mojej psychiki. To jest sól naszego zawodu i to jest najbardziej pociągające i atrakcyjne, żeby nie być tym, kim się jest w rzeczywistości. Bo po to jest się aktorem, żeby grać postacie diametralnie od nas różne, które do nas w ogóle nie przystają. Trzeba znajdować w sobie takie emocje, których na co dzień nie mamy i wydaje się nam, że mieć nie możemy. A tu się okazuje, że przy odrobinie odwagi i gotowości do eksperymentu odkrywamy w sobie takie rzeczy, o które się nie podejrzewaliśmy. To jest najfajniejsze w aktorstwie. Co z tego, że wyjdę na scenę, chcąc grać siebie? Nie będę grał, bo będę sobą. A ważne, by być sobą, udając kogoś innego.

Ciągle udaje się panu zachować spokój? Mam wrażenie, że ostatnio wszystkich nas dotykają jakieś niepokoje, panika, histeria.
– Może to pana zdziwi, ale nie jestem niewolnikiem telewizji i serwisów informacyjnych. Potrafię też wyłączyć telefon na weekend. Dzięki temu nie daję się zwariować demonom, które by we mnie tkwiły, gdybym poddał się pędowi dzisiejszego świata, atakującego nas zewsząd od rana do nocy natłokiem kompletnie niepotrzebnych nikomu informacji. Są rzeczy ważne, które trzeba wiedzieć, analizować i wyciągać wnioski. Ale są też po prostu śmieci zaprzątające nam głowę. Trzeba się koncentrować na tym, co ma się do zrobienia. Trzeba mieć czas dla bliskich, dla rodziny i przyjaciół. Wtedy wszystko się układa. Nie możesz uwierzyć, że grając jakąś postać, stajesz się nią naprawdę. Bo jeżeli nie potrafisz wrócić do realu ze świata, w którym udajesz kogoś innego, i uwierzysz, że grając lekarza, potrafisz leczyć, że grając księdza, masz moc rozgrzeszania, a wcielając się w policjanta, możesz każdego bezkarnie zakuć w kajdanki, to robisz najgłupszą rzecz na świecie. Słyszałem, że takie przypadki miały miejsce, więc wolałbym, żeby mnie nic takiego nie spotkało. Ja jestem tylko aktorem, który wykonuje swoją pracę.

Pańscy fani lubią jednak utożsamiać pana z rolami. Pamiętam, jak opowiadał pan zabawną anegdotę, że kiedy rodził się pański syn, lekarz stwierdził z zupełną powagą, że już jest lekarz na sali, i sobie poszedł.
– Tak było. Ale to część mojego zawodu. Niektórzy mówią, że niedogodność, a ja to traktuję jako ciężar, który muszę znosić. Ceną bycia aktorem jest brak anonimowości. To bywa kłopotliwe w momentach, w których nie chcemy być rozpoznawalni. Ale cóż, po tylu latach aktywnej pracy już zdążyłem się z tym pogodzić, choć nie mogę powiedzieć, żebym to polubił. I bardzo boleję nad tym, że coraz trudniej zachować prywatność w świecie, który chce zaglądać we wszystkie zakamarki życia. Uważam, że każdy powinien mieć prawo do prywatności i do wyznaczenia jej nieprzekraczalnych granic. Nie mamy obowiązku pokazywać wszystkiego.


Artur Żmijewski – (ur. w 1966 r.) aktor teatralny, filmowy, telewizyjny oraz reżyser. Po raz pierwszy pojawił się na wielkim ekranie w 1984 r. w filmie „Dzień czwarty”. Widzowie pokochali go za role w takich filmach i serialach jak: „Ostatni dzwonek” (1989), „Panny i wdowy” (1991), „Psy” (1992), „Ekstradycja” (1995), „Na dobre i na złe” (1999), „Nigdy w życiu!” (2004), „Katyń” (2007), „Mój rower” (2012). Aktualnie najbardziej kojarzony z tytułową rolą w „Ojcu Mateuszu”, w którego wciela się od 2008 r. Ma na koncie cztery Telekamery. Od dziesięciu lat ambasador dobrej woli UNICEF. 19 stycznia do kin wchodzi „Atak paniki” z jego udziałem.

Cały tekst można przeczytać w „Przeglądzie” nr 52/2017, dostępnym również w wydaniu elektronicznym.

Wydanie: 52/2017

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy