Wrażliwy rewolucjonista

Wrażliwy rewolucjonista

Pożegnanie Luisa Sepúlvedy

Był w grupie towarzyszącej w podróżach Salvadorowi Allende. Prezydent, dopytywany, kim są ci młodzi mężczyźni, odpowiedział: „Stanowią Grupę Osobistych Przyjaciół (Grupo de Amigos Personales – GAP), którzy wszędzie mi towarzyszą i gotowi są chronić mnie kosztem własnego życia”. To marzec 1971 r., już niebawem wielu z nich umrze w wyniku tortur zadawanych przez wojskowych Pinocheta. Luis Sepúlveda przeżył.

Urodził się 4 października 1949 r. Ojciec był członkiem Chilijskiej Partii Komunistycznej, matka – pielęgniarką, wywodziła się z indiańskiego plemienia Araukanów. Luis podjął studia związane z wiedzą o teatrze. W administracji lewicowego prezydenta Allende pracował w departamencie spraw kulturalnych. Po wojskowym zamachu stanu zorganizowanym przy wsparciu CIA 11 września 1973 r. został aresztowany. Jak pisze w książce „Express Patagonia”, zawsze starał się unikać tematu więzienia w czasie dyktatury w Chile, bo „poruszanie tak plugawego epizodu” zdaje się obelgą wobec życia, jednak niczego nie zapomniał ani nie przebaczył katom.

W przesłuchaniach oprócz Chilijczyków brali udział Brazylijczycy, Amerykanie z Departamentu Stanu, Argentyńczycy z grup paramilitarnych, włoscy neofaszyści. Razili prądem (sanitariusze „mocowali nam elektrody w odbycie, na jądrach, dziąsłach, języku, a potem osłuchiwali nas, żeby przekonać się, kto udaje, a kto rzeczywiście stracił przytomność podczas kaźni” – „Express Patagonia”), wyrywali paznokcie, trzymali w karcerach. Sepúlveda pierwsze sześć miesięcy więzienia spędził w całkowitym odosobnieniu. Podziemne pomieszczenie wysokie i szerokie na półtora metra, wilgotne, cementowe ściany śmierdzące łojem, „chociaż po tygodniu obfitość własnych odchodów zamieniała owo pomieszczenie w bardzo intymny przybytek”.

Luis Sepúlveda, skazany na 28 lat za zdradę i wywrotowość, wyszedł po trzech dzięki staraniom Amnesty International, ale musiał wyjechać z kraju (1977). Nigdy nie stał się człowiekiem obojętnym, zawsze walczył w obronie słabszych. W ramach UNESCO oceniał wpływ kolonizacji na życie Indian, uczestniczył w opracowaniu planu nauki czytania i pisania dla chłopów w ekwadorskiej prowincji Imbabura. W 1979 r. wstąpił do Międzynarodowej Brygady Simona Bolívara, wspomagającej nikaraguańskich rewolucjonistów. Od 1982 do 1987 r. pływał na statkach Greenpeace’u, potem koordynował różne oddziały tej organizacji. I pisał. Bardzo dobrze pisał – dla dorosłych i dla dzieci. Pełen uwagi, wrażliwości, filozoficznej mądrości, niekiedy dystansu i humoru, dostrzegał piękno w najprostszych formach życia, utrwalał losy poszczególnych ludzi – nietuzinkowych, ale i przeciętnych. Dostrzegał krzywdę wyrządzaną przyrodzie.

„Aby wstrzymać wody zapomnienia” – to jeden z celów jego pisarstwa. Przywołane zdanie rozpoczyna „Express Patagonia”, a jak wskazał Sepúlveda, to tytuł książki, której autorem jest Asturyjczyk Paco Ignacio Taibo I. Przewrotny los zdecydował, że chilijski twórca, dziennikarz i aktywista 16 kwietnia umarł w Oviedo, w Asturii. W tamtejszym szpitalu przez kilka tygodni był utrzymywany w śpiączce, zakażony koronawirusem.

W ostatnio wydanej w Polsce jego książce „Niemy Uzbek” (2019) znalazło się opowiadanie „Druga śmierć Che”. Sepúlveda z humorem opisuje tam niecodzienną akcję chłopaków z GAP. Otóż w 1971 r. do Chile przybył z wizytą Fidel Castro, którego chilijski rząd postanowił obdarzyć parą piskląt kondora. Misja czterech członków GAP polegała na przewiezieniu ptaków z zoo na lotnisko i przekazaniu kubańskim weterynarzom. Po drodze samiec uciekł z kartonowego pudła, towarzysze z GAP włazili więc na dachy, zaglądali na podwórka, żeby pojmać zbiega. Wreszcie para kondorów trafiła do Hawany i po latach dochowała się pisklęcia Che. Ptak został objęty programem odnowy gatunku, wrócił do Chile i wyposażony w nadajnik satelitarny poleciał na wolność. Jego lot „był niczym esencja Ameryki Łacińskiej, wolność bez granic, wyzwanie kontynentu, który pragnie fruwać bez żadnej innej motywacji niż odwaga”. 20 sierpnia 2002 r. bezmyślny barbarzyńca zastrzelił kondora. Mimo to jego lot trwa, gdyż ktoś o imieniu Che „może tysiąc razy upaść, ale podniesie się również tysiąc razy; i nadal frunie, frunie, frunie…”. Po Luisie Sepúlvedzie została literatura.

Fot. IPA/ABACA/East News

Wydanie: 18/2020

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy