Wypisy ze starych ksiąg

Wypisy ze starych ksiąg

Bez uprzedzeń

Czy Julian Ursyn Niemcewicz był pedofilem?
Znaczenie słowa pedofilia zostało tak rozszerzone, że już nie wiadomo, co jest normalne, a co zboczone w stosunku starszych do dzieci. Czy wolno jeszcze wziąć dziecko pod brodę, posadzić je na kolanie, zmierzwić włosy na głowie małemu chłopcu? Poczęstować czekoladkami dzieci bawiące się na skwerku – wolno jeszcze czy już zabronione? Gdyby dzisiejsze kryteria przyłożyć do ludzi dawnych czasów, okazałoby się, że pedofilami były osoby powszechnie uchodzące za wzory moralne. „Od najranniejszego, jak zapamiętam, wieku – pisze w swoich Pamiętnikach Julian Ursyn Niemcewicz – niezmiernie dzieci lubiłem.
Miłości te zaczynały się w szóstym miesiącu, kończyły w piątym roku. W tej porze dziecko, zaczynające już uważać i poznawać, traciło dla mnie powaby swoje. Przekładałem nierównie dziewczynki. Te stworzenia, malujące kobietę w miniaturze, pięknością, świeżością, niewinnym wdziękiem, słodkim uśmiechem, tchnieniem nawet swoim mlecznym przypominające aniołów silnie chwytały mnie za serce. Godziny całe gotowym pędzić z małą, na ręku mamki, dziewczynką. Te rozwijające się w nich tak spiesznie zdolności, w tak wątłym kształcie tak silne już pasje, ta wola niezłomna, ta żądza rozkazywania, te znów słodkie pieszczoty, ta niewymowna w niewyraźnych, przeistoczonych słowach lubość i wdzięki, często już wtenczas zadziwiającego rozumu, wszystko to było i jest dla mnie silniejszą nad wszystko ponętą. (…) Uwielbioną ode mnie boginią była dzisiejsza tak piękna jeszcze, tak miła, tak godna wszelkiego uwielbienia, dziś matka dziesięciorga dzieci, wtenczas rok tylko licząca, pani ordynatowa Zamoyska… Są uprzywilejowane od Boga stworzenia, co rodząc się piękność na świat przynoszą; taką była dzisiejsza pani Zamoyska. Też same duże czarne oczy, ten uśmiech, ten wdzięk w każdym ruchu już ją i w kolebce zdobiły. Nosić ją na ręku, pieścić, otrzymać pocałowanie, być nawet za włosy rączką jej targanym – było dla mnie rozkoszą, jakiej może nie doznaje najszczęśliwszy kochanek. Gdy podrosła i mówić zaczęła, dowcipne, rzadkie nawet były jej postrzeżenia i wyrazy… Po czterech czy pięciu latach skończyły się te amory… Szczęściem dla mnie, że po tym rozstaniu pani Skowrońska, żona przyjaciela mego, rodząc często, coraz nowych dostarczała mi kochanek” („Pamiętniki czasów moich” t. I, s. 117-118). Co bardziej wydaje się zboczone: dawna „pedofilia” czy dzisiejsza pedofobia, pozostająca niewątpliwie w jakimś związku z demograficzną regresją populacji europejskiej?
Globalizacja. Od kiedy możemy datować globalizację i na czym ona w istocie polega? Rynek światowy wywołał niebywały rozwój handlu, żeglugi, komunikacji. Rozwój ten wpłynął z kolei na rozrost przemysłu i w tym samym stopniu, w jakim rozwijał się przemysł, handel, komunikacja, rosły, mnożyły się kapitały… Ciągły przewrót w produkcji, bezustanne wstrząsanie wszystkimi stosunkami społecznymi, wieczna niepewność i wieczny ruch – odróżniają epokę kapitalizmu od wszystkich innych. Wszystkie stężałe, zaśniedziałe stosunki, wraz z nieodłącznymi od nich z dawien dawna uświęconymi pojęciami i poglądami, ulegają rozkładowi, wszystkie nowo powstałe starzeją się, zanim zdążą skostnieć. Wszystko znieruchomiałe ulatnia się, wszelkie świętości zostają sprofanowane i ludzie są nareszcie zmuszeni patrzeć trzeźwym okiem na swe stanowisko życiowe, na swoje wzajemne stosunki. Potrzeba coraz szerszego zbytu dla swych produktów gna kapitalistów po całej kuli ziemskiej. Gospodarka rynkowa pozrywała bezlitośnie wielorakie więzy i nie pozostawiła między ludźmi żadnego innego węzła prócz nagiego interesu, prócz wyzutej z wszelkiego sentymentu zapłaty. Wykazała, jak przejawy brutalnej siły, którymi tak zachwyca reakcję średniowiecze, znajdowały właściwe uzupełnienie w najgnuśniejszym próżniactwie. Dopiero kapitalizm dowiódł, czego jest w stanie dokonać działalność ludzka. Dokonał on całkiem innych cudów niż zbudowanie piramid egipskich, wodociągów rzymskich i katedr gotyckich, odbył pochody zgoła inne niż wędrówki ludów i wyprawy krzyżowe. Przez eksploatację rynku światowego kapitaliści nadali produkcji i spożyciu wszystkich krajów charakter kosmopolityczny. Ku wielkiemu żalowi tradycjonalistów usunęli spod nóg przemysłu podstawę narodową. Odwieczne narodowe gałęzie gospodarki uległy zniszczeniu i ulegają mu codziennie. Są wypierane przez nowe gałęzie biznesu, których wprowadzenie staje się kwestią życia dla wszystkich narodów cywilizowanych, przez gałęzie przemysłu, które przerabiają już nie miejscowe, lecz sprowadzane z najodleglejszych stref surowce, i których fabrykaty spożywane są nie tylko w kraju, lecz także we wszystkich częściach świata. Dawna miejscowa i narodowa samowystarczalność i zasklepienie ustępują miejsca wszechstronnym stosunkom wzajemnym i wszechstronnej współzależności narodów. I podobnie jak w produkcji materialnej dzieje się w produkcji duchowej. Wytwory duchowe poszczególnych narodów stają się wspólnym dobrem. Jednostronność i ograniczoność narodowa staje się rzeczą coraz bardziej niemożliwą i z wielu kultur narodowych i regionalnych powstaje jedna kultura światowa.
To, co zostało tu napisane, nie zawiera rewelacji, ale czy może być inaczej, skoro przepisałem prawie dosłownie z broszury opublikowanej ponad 150 lat temu i przetłumaczonej na wszystkie języki świata? Zmieniłem parę słów, żeby czytelnicy nie od razu się domyślili, że tekst pochodzi z pierwszego rozdziału „Manifestu komunistycznego” Karola Marksa. Sięgnąłem po tekst starożytny, żeby okazać swoje znudzenie tym, co dziś piszą o globalizacji publicyści i naukowcy. Piszą banały, komunały i robią minę odkrywców. Istnieją też prawdziwi odkrywcy nowych stref globalizacji, ale oni nie piszą i nie mówią, lecz milczkiem i szybciutko przenoszą swoje kapitały spekulacyjne z jednego kraju do drugiego. Tych chętnie bym posłuchał, ale oni nic nie mówią.

 

Wydanie: 44/2002

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy