Wyznanie grzesznika

Wyznanie grzesznika

Andrzej Kwiatkowski polemizuje z opiniami o „Tygodniku Politycznym Jedynki”

Kiedy szarpią hieny, można tylko zrobić rachunek sumienia i żałować za grzechy. Może Pan wybaczy i odpuści. Na ludzi nie liczę. Jest jeszcze paru, którym warto rękę podawać, i są „przyjaciele”, którzy jak w bajce biskupa Krasickiego czekają, by psy zająca zjadły. Ale do rzeczy.

Prawda Kublik

2 września Agnieszka Kublik, specjalistka od kulis telewizji publicznej, omawiając jesienną propozycję nowej dyrekcji Programu 1 TV („Co pokaże TVP?”), przypomniała telewidzom i czytelnikom „Gazety Wyborczej”, że politycy SLD „już latem podnieśli larum, że za jego prezesury (chodzi o prezesurę Jana Dworaka – przyp. AK) znikną z anteny ich ulubione programy i ulubieni prezenterzy. Martwili się, że od września nie będą spotykać się z Andrzejem Kwiatkowskim i jego „Tygodnikiem Politycznym Jedynki”. Ubolewali, że nie będzie już „Gościa Jedynki” i Piotra Gembarowskiego. To właśnie w tych programach posłowie SLD gościli często i mogli niemal bezkrytycznie wypowiadać swoje opinie”.
Ma rację Kublik. To ja w „Tygodniku”, w programie prowadzonym zawsze na żywo, zmuszałem Donalda Tuska, Jana Rokitę, Zytę Gilowską i braci Kaczyńskich, o Romanie Giertychu, Andrzeju Lepperze czy Januszu Wojciechowskim nie wspominając, by mówili, co im kazałem. Wszyscy goście, a przewinęło się ich w 221 wydaniach „Tygodnika” parę dziesiątek, ba, nawet eksperci, byli zniewoleni. Z tego zniewolenia Rokita z okazji 200. wydania programu napisał, że ceni wkład programu w tworzenie nowoczesnego dialogu politycznego, a podczas ostatniego, pożegnalnego programu Jarosław Kaczyński dziękował w obecności pozostałych gości za to, że był do programu zapraszany nawet wtedy, gdy inni go zapraszać nie chcieli. To oczywiście nie zmienia faktu, że politycy SLD mówili, co chcieli – za moim łaskawym przyzwoleniem – a reszta recytowała pod moje dyktando. Na świadków biorę ponaddwuipółmilionową widownię, która na to żałosne widowisko chciała co czwartek patrzeć. Świadkowie wiedzą, że red. Agnieszka Kublik pisze prawdę, całą prawdę, tylko prawdę i zawsze prawdę. Słusznie zatem nowe kierownictwo TVP wyrzuciło „Tygodnik” na śmietnisko historii.
Piotr Gembarowski pewnie sam zrobi swój rachunek sumienia. Ale „Gość Jedynki” był programem publicystycznym o najlepszej oglądalności i nie był to program Piotra Gembarowskiego. Ten program prowadziło na zmianę kilku dziennikarzy. Czy trzeba było wyrzucać program, odebrać pracę innym, by rozprawić się z jednym dziennikarzem?
6 września Piotr Zaremba na łamach „Rzeczpospolitej” podzielił się z czytelnikami swoimi rozważaniami na temat bezstronności w telewizji, a także opinią na temat „Tygodnika”. Programu, który tak jak inne sztandarowe programy telewizji „minionej epoki” cechowała „premedytacja”, „gdzie prowadzący Andrzej Kwiatkowski z bezczelnym uśmiechem obsługiwał doraźne interesy lewicy”.
No proszę. Nie dość, że z premedytacją, to jeszcze z bezczelnym uśmiechem.

Bezstronny jak Zaremba

Czytelnicy „Rzeczpospolitej” pewnie nie wiedzą, że to Piotr Zaremba, nikomu nieznany dziennikarz, przyszedł w 1994 r. na moje miejsce na stanowisko szefa publicystyki. Ja miałem za sobą lata praktyki i rok szefowania publicystyce Jedynki za prezesury Janusza Zaorskiego, którego o lewicowe poglądy chyba nikt nie posądza. Co miał Zaremba? Tak jak cały sztab Pawlickiego – wtedy dyrektora Jedynki – słuszne poglądy. Jaką bezstronność zaproponował? Sztandarowy program – „Puls Dnia” i swoich „bezstronnych” dziennikarzy. Jednym ruchem wymieciono z telewizji komentatorów, którzy robili codzienny program „Gorąca linia”. Kto tam wtedy był? Janina Paradowska, Andrzej Jonas, Marcin Meller i jeszcze paru innych. O tym, że wymieciono mnie, nie wspomnę.
Skarży się Zaremba, że do TVP był zapraszany tylko do programu „Oblicza mediów”. Nie ma powodów do narzekań. Mnie nie zapraszali do telewizji Puls czy Familijnej, a przecież nie oskarżam i nie uważam przez to Familijnej za stronniczą. Po moim występie w debacie prezydenckiej w 1995 r. miałem szlaban na wizję aż do roku 1999, mimo że kandydat, którego stronę reprezentowałem, wygrał wybory. Kto tak zdecydował? Bezstronni i obiektywni. Do dziś za ten śmiertelny grzech udziału w debacie, za wszystkie pomieszane zwycięstwem Kwaśniewskiego szyki ponoszę karę. Czy ktoś widział mnie na liście nagradzanych, odznaczanych, faworyzowanych przez pana prezydenta? Zostałem przez koterię wpisany na listę i nikt mnie już z tej listy nie skreśli. I powiem więcej. Nie dbam o to. Ze spokojem co rano patrzę w lustro, bo nikomu świństwa nie zrobiłem. Wiem, że to grzech pychy, ale do tego grzechu też się publicznie przyznaję.

Obserwacje Szczepańskiego

Jeszcze do jednego przyznać się muszę i kara mnie za to nie minie. Nie zgadzam się z nowym rzecznikiem TVP, Jarosławem Szczepańskim. Komentując zmiany w programach mówi: „Po to są zmiany, żeby owocowały na ekranie. Najmniej istotne są osoby. Ważne jest to, żeby programy były ciekawe”.
Jeśli pan rzecznik twierdzi, że najmniej istotne są osoby, to boleję nad losem TVP. Nieważny mógł być mąż Fołtasiówny. Widać, że pan rzecznik wolał, zmywając naczynia, patrzeć w lustereczko i obserwować szanowną małżonkę, (jak zwierzyła się „Gali” była małżonka – przyp. AK), niż oglądać programy telewizyjne. Gdyby mniej patrzył w lustereczko, wiedziałby, że programy tworzą ludzie. Że to ludzie przyciągają ludzi. Że najdroższe są osobowości telewizyjne, że nie każdy ma tę osobowość i że tak jest we wszystkich telewizjach i na całym świecie. Tak, tak, panie rzeczniku. Wkrótce się pan o tym przekona. Podkupienie Magdy Mołek przez TVN powinno dać panu do myślenia.
I to już wszystko na dziś. Więcej grzechów nie pamiętam, ale nie wykluczam, że sobie jeszcze przypomnę.

Wydanie: 38/2004

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy