Wyznanie internetowe

Mamy już komplet kandydatów na prezydenta, od poważnych do całkiem zabawnych, chociaż tak czy owak z dotychczasowych badań opinii wynika, że główną stawką tych wyborów będzie to, czy Aleksander Kwaśniewski wygra w pierwszej, czy też dopiero w drugiej turze wyborów.
Tym natomiast, co uderzyło mnie w dotychczasowych obietnicach kandydackich, jest to, że, po pierwsze, żaden z kandydatów nie powiedział dotychczas ani słowa na temat swojej wizji kultury, jaka zapanować ma w Polsce w XXI wieku, po drugie zaś, że kilku z nich powiedziało nam za to o komputerze i Internecie.
Nie jest to przypadek. Wiara w komputer i Internet coraz częściej zastępuje wiarę w kulturę i jej wartości. Nie tak dawno we Florencji spotkali się szefowie państw zachodnich rządzonych przez socjaldemokrację i w rezolucji tego spotkania także przeczytaliśmy o Internecie jako o kluczu do przyszłości. Komputer i Internet stają się zaklęciem, takim jakim na progu XX wieku była elektryfikacja.

To prawda, że wówczas bez elektryfikacji, a dzisiaj bez komputera i Internetu trudno jest myśleć o nowoczesnej cywilizacji. Jak tego jednak doświadczyliśmy, sama elektryfikacja okazała się dalece niewystarczającym narzędziem postępu, zważywszy że zarówno hitlerowskie Niemcy, jak i ZSRR były krajami świetnie zelektryfikowanymi.
Komputer jest znakomitą maszyną do pisania i zadziwiająco sprawnym liczydłem, Internet zaś składnicą wiadomości, z których – bądźmy szczerzy – co najmniej 9/10 jest zwyczajnym śmieciem. Podobnie więc jak światło elektryczne oświetlać może zarówno katedrę Notre Dame, jak i plac apelów w Oświęcimiu, tak samo komputer z Internetem stać się mogą zarówno świadectwem wzniosłości, jak i zbrodniczej głupoty człowieka w zależności od tego, jakie treści kulturalne zechcemy w nie włożyć.
Niedawno byliśmy świadkami zadziwiającego wydarzenia. Oto w 135 krajach równocześnie miliony ludzi miały okazję obejrzeć w telewizji na żywo “Traviatę” Verdiego, w dodatku wystawioną w plenerze, co dla opery jest rzeczą niezwykłą. W przedstawieniu tym, którym dyrygował Zubin Mehta, w roli Violetty wystąpiła świetna śpiewaczka, Eteri Gvazava, która urodziła się w Omsku i kształciła we Władywostoku i o której nikt dotąd nie słyszał, a całość przez ładnych kilka lat organizował reżyser i producent Andermann.
Jest oczywiste, że bez komputerów, Internetu i e-mail-u urzeczywistnienie tego przedsięwzięcia byłoby niemożliwe. Andermann nie porozumiałby się z Mehtą, Gvazava nie trafiłaby z Omska do Paryża, a wszystko to razem nie dotarłoby do Niny Terentiew, która wpuściła to widowisko na antenę Programu 2 TVP. Ale nie zdałoby się to na nic, gdyby wcześniej Verdi nie skomponował “Traviaty”. Kolosalny wysiłek logistyczny, który umożliwił nam uczestnictwo w tym bez wątpienia poruszającym widowisku, był w istocie wysiłkiem podobnym temu, jaki towarzyszy transmisji najlichszego nawet meczu z piłkarskich mistrzostw Europy. O różnicy stanowi kultura. Verdi, Mehta, Gvazava, Andermann.
To prawda, że również same środki przekazu organizują jakoś kulturę społeczną, także artystyczną. Dopóki nie było telefonu, zwłaszcza komórkowego, ludzie pisali listy, dopóki nie było płyt, ludzie koncertowali w domach, za to dzisiaj można powiedzieć “dobranoc” komuś za oceanem, a przed zaśnięciem posłuchać Ojstracha. Pytanie polega jednak na tym, jaki typ kultury organizuje Internet. Podejrzewam, że jeśli zgromadzeni na wspomnianym spotkaniu we Florencji przywódcy świata zachodniego mówili o Internecie jako instrumencie postępu społecznego, to mieli na myśli w pierwszym rzędzie kulturę wielkich ponadnarodowych korporacji o składnikach rozsianych po całym świecie. Dzięki Internetowi można z Nowego Jorku zarządzać projektami, których pomysł rodzi się w Rzymie, oprzyrządowanie powstaje w Niemczech, surowce pochodzą z Ghany, a wykonuje się to rękami robotników w Sri Lance czy w Polsce nie ruszając nikogo z miejsca.
Oczywiście, że jesteśmy, musimy być zainteresowani włączeniem się w ten łańcuch, mimo że, na razie, przypada nam w nim rola bardzo poślednia. Istnieje jednak zbiór zagadnień, których nie rozwiążą za nas instrumenty i nad którymi muszą pomyśleć ludzie. Niedawno jeden z angielskich autorów, zastanawiając się nad perspektywami globalizującego się świata, napisał, że aby stało się to naprawdę owocne, edukacja kulturalna musi nabrać cech kosmopolitycznych. A więc, innymi słowy, powstać musi uniwersalny kanon kulturalny, zawierający wspólne wartości, dzięki którym będziemy mogli się porozumieć w sprawach ważniejszych niż produkcja i dystrybucja coca-coli.
Co to oznacza dla nas? Myślę, że oznacza to kolosalny wysiłek, polegający na próbie wmontowania naszych wartości kulturalnych w pejzaż uniwersalny, a także przyjęcie, że podstawami edukacji kulturalnej, obok wartości narodowych, muszą być także Jonathan Swift, Tagore, Wolter, Erazm z Rotterdamu i Konfucjusz. Kiedyś, w wyklętych latach minionych, próbowano takiego wysiłku. Na półki księgarskie trafiła po groszowych cenach cała biblioteka Boya, nowe, liczne przekłady Szekspira, Thakeraya, Cervantesa, nie mówiąc o Tołstoju, Czechowie, Dostojewskim. Dzisiaj nikt nie myśli o czymś podobnym w złudnej nadziei, że załatwi to Internet.
Owszem, już załatwia. Ukazała się właśnie pierwsza w pełni internetowa książka, nazwana e-książką. Jest nią Stephena Kinga, specjalisty od horrorów, powieść “Riding the Bullet”, a za nią bez wątpienia pójdą inne. Użytkownicy Internetu uzyskają więc dostęp do międzynarodowego slangu kulturalnego, tak jak dzięki telewizji i kasetom uzyskali dostęp do międzynarodowego slangu filmowego. Przy jego pomocy będą się mogli porozumiewać ze sobą tak, jak życzliwi turyści porozumiewają się z tubylcami w Górnej Wolcie, którzy umieją sklecić kilka zdań po angielsku – a więc gdzie jest dworzec, gdzie bar, gdzie Internet. Thank you. O’key.
Może nie warto o tym mówić przy okazji wyborów prezydenckich? Może wizja kultury nie ma nic wspólnego z żadną prezydenturą, chociaż taki de Gaulle na przykład, Pompidou czy choćby Vaclav Havel byli na ten temat innego zdania. KTT

Wydanie: 25/2000

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy