Ten niezręczny moment, kiedy…

Ten niezręczny moment, kiedy…

Od pewnego czasu niektóre gale wręczania nagród reżyserowane są „pod telewizję”. Oznacza to, że wszystko musi się odbyć bardzo sprawnie, zgodnie z ustalonym porządkiem, że do minimum trzeba ograniczyć spontaniczność. Wiadomo, że pod sceną nie może być pustych miejsc, przemowa zwycięzcy/laureata musi być krótka, prowadzący wieczór to zazwyczaj gwiazdy telewizji, a agencja PR-owska już tydzień wcześniej obdzwania nominowanych, pilnując, żeby przyjechali. Ponieważ bardzo ważny jest najazd kamery na ich twarze w tej jednej niepowtarzalnej chwili napięcia, kiedy ze sceny ogłaszają werdykt. Ile wtedy się dzieje na tych twarzach! Walczą ze sobą rozczarowanie, ból przegranej (to jednak wyścig), smutne myśli i obliczenia („Kurde, tyle wydałam na sukienkę”), a wreszcie próba zachowania fasonu, gratulacje, uśmiechy (kamery!) i na końcu niejasne poczucie ulgi, że to już koniec i że nie trzeba będzie wychodzić na scenę.
Ale jest wśród nich także ta jedna, nagle rozjaśniona twarz, po której zwykle widać, czy osobnik został uprzedzony o wygranej, czy też oglądamy prawdziwe emocje: zaskoczenie, oszołomienie, niezręczną radość, próbę zbudowania na szybko jakiejś strategii medialnej. Niektórzy nominowani do prestiżowych, ważnych nagród literackich przygotowują mowę na wszelki wypadek. Żeby jednak się nie skompromitować w kluczowym momencie, kiedy oślepiają ich światła, aparaty fotograficzne ostrzą w skupieniu, a laureatom puszczają emocje. Przecież to telewizja, głupio by było, gdyby niezborny, pełen błędów językowych bełkot puszczono potem w jakimś programie o śmiesznych kiksach i wpadkach albo, co gorsza, gdyby zalinkowali to w internecie. Można sobie wyobrazić komentarze jak zawsze przychylnych recenzentów: „Co za debil, niby nagradzany pisarz, a taki głupek”, „Pewnie mu żona książkę napisała”, „Wracaj do przedszkola, ośle” itd.
Z drugiej strony wprawdzie sam przed sobą, ale wychodzi trochę pisarz na głupka, kiedy mowę przygotuje dziękczynną, triumfalną, a nagrody ni hu-hu nie dostanie. I sam zostanie jak dupa z tą przemową, którą będzie pewnie próbował wyrzucić z pamięci, a ona tam złośliwie, jak jakiś robal, siedzieć będzie i o porażce i wstydzie przypominać, śmiejąc się złośliwie: ha, ha, ha! Tak czy owak, nawet jeśli zna się politykę czy mechanikę nagrody, nawet jeśli nominowany sam jest członkiem innego jury i wie, że wynik jest pokłosiem starć i kompromisów, że od pewnego momentu książki są raczej różne niż gorsze lub lepsze – to zawsze mu łyso. I, co gorsza, łyso mu publicznie, przed kamerą! Ku uciesze nas, oglądających.
Ale nagrody literackie są w Polsce bardzo potrzebne, pełnią nie tylko funkcję festiwali kulturalnych, pełnych spotkań, debat, a czasem warsztatów, nie tylko funkcję promocji miasta (niedługo każde miasto będzie miało swoją nagrodę – i dobrze!). Mają też – jakkolwiek głupio to brzmi – walor edukacyjny. Niektórzy czytelnicy czują się w wesołym miasteczku Empiku zdezorientowani, przytłoczeni masą okładek i rekomendacji. A wszystko „najlepsze”, „długo wyczekiwane”, „przejmujące”. Wtedy przychodzą na ratunek papierowe banderolki „Nominowana do tego lub owego” albo zwykłe informacje prasowe. Znam takich, którzy za punkt honoru stawiają sobie coroczne czytanie zestawu książek nominowanych do Nike, Angelusa, Gdyni. To dobra tradycja. Nie zapominajmy jednak, że to nagrody dla pisarzy i dla nich samych mają często ogromne znaczenie, nie tylko prestiżowe, ale i finansowe. Naszym pisarzom daleko do stylu tych nowojorskich, którzy mają obszerne mieszkania w kamienicach, a nawet do tych, którzy wybierają wolno stojące, wiejskie domy w Prowansji. Często mieszkają w kawalerkach albo dwupokojowych mieszkaniach w bloku. Przy czym większość miejsca i tak zajmują książki, które wypychają mieszkańców z sypialni i w końcu przejmują całe mieszkanie. Byłam w kilku takich miejscach i nie wyglądały wcale romantycznie. Nagroda bywa więc dla pisarza oddechem, a jego rozczarowanie – kiedy jej nie otrzyma – to nie zawsze jedynie zranienie narcystyczne, czasem po prostu konieczność odroczenia wizyty u dentysty. Dlatego cieszę się, że mamy w Polsce ministerialne stypendia twórcze, ale marzy mi się, żeby ich było ze 20 razy więcej.
Mówiąc o konkursach i nagrodach literackich, warto wspomnieć także o tych mniejszych, lokalnych, organizowanych często przez miejscową bibliotekę: o jakiś laur albo wawrzyn, z kserowanymi na żółtym papierze plakatami, z zaproszeniami, na których narysowane są jesienne liście labo wizerunki Pegaza. To ważne konkursy integrujące społeczności. Nie ma tam kamer, pokazów mody, gwiazd fotografujących się „na ściankach”. Jest kawa w termosach, ciasteczka. Paprotki stoją na parapetach. Ktoś wychodzi na środek i czyta nagrodzone wiersze, inni słuchają w swoich wyjściowych butach, sukienkach. Powiem coś Państwu w tajemnicy: to te małe, świeckie nabożeństwa sprawiły, że świat jeszcze się nie rozpadł, że jest.

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy