Z wyżyn władzy do stalinowskiego więzienia

Z wyżyn władzy do stalinowskiego więzienia

Insynuujecie, że kierownictwo Partii po trupach chce się przy władzy utrzymać?! Jesteście wyrzutkiem, hańbą Partii i społeczeństwa!

Siedziałyśmy na łóżkach, wpatrując się w nieprzeniknione ciemności na zewnątrz. Trzeszczenie żwiru, chrzęst zarośli pod ciężarem wleczonego ciała. (…) Krzyk tragiczny: „Puśćcie mnie! Puuść…!” – zdławiony wpół kneblem. (…)

Wychód rozpoczęto od „nowego”. Zbiegli się z dyżurki. Musztrowali go – otrzymali chyba specjalny rozkaz.

– Szybciej! Szybciej! – rozlegał się wrzask Wołoszyna. – Stój! Wróć! Weź wiadro! Biegiem marsz! Padnij! Powstań!

Brzęk blaszanego naczynia, ktoś biegł z nim po korytarzu.

– Brudas! Świnia! Zebrać to! Rękami! Bo zlizać każę! Coo! Własnego gówna się brzydzi?! Może po ordynansa posłać, żeby sprzątnął po panu… generale?! Skończyły się generalskie czasy, skurwysynu! (…)

„Nowy” musiał być więźniem nader ważnym [Marian Spychalski]. Nie spuszczano go z oka okrągłą dobę. Ilekroć prowadzono mnie korytarzem, strażnik tkwił pod jego drzwiami w tej samej pozycji. Ilekroć wyprowadzano „nowego” poza obręb celi, towarzyszyły mu grube połajanki, wyzwiska od generalskich skurwysynów i musztra. Niekiedy przeganiano go po korytarzu, wrzeszcząc: „Padnij, powstań! Przysiad! Biegiem marsz!” – do samej pobudki. (…)

Jedyną nicią łączącą mnie ze światem na zewnątrz stała się ściana celi sąsiadującej z naszą. Wystarczyło zbliżyć do niej ucho, by słyszeć, co się w niej dzieje. Zamkniętych w niej było dwóch oficerów – major i generał: zwracali się do siebie po stopniu, nie po nazwisku. Major – wielce gadatliwy, generał – małomówny. Jeden i drugi przyjechali po wojnie do kraju w ramach repatriacji oficerów z Zachodu.

Major żalił się gorzko na doznany zawód: dlaczego tak z nim postąpili? Sam gen. Komar zachęcał go do powrotu, zatrudnił jako fachowca z dawnego II Oddziału w obecnym II Oddziale Sztabu Generalnego, gwarantował mu bezpieczeństwo, miał już podpisany awans, a tu – zamiast awansu – Mokotów. Dziwił się również, dlaczego w śledztwie wiążą uporczywie jego przeszłą działalność w „Dwójce” z działalnością Dąbrowszczaków. Ba, wypytują go o związki samego gen. Komara z policją, z „Dwójką” przed wojną. Z tego, co usłyszałam, wyciągnęłam wniosek: albo już aresztowali, albo przygotowują aresztowanie Komara [Wacław Komar przestał być szefem wywiadu w 1950 r., aresztowany 11 listopada 1952, więziony do grudnia 1954].

Generał wracał często z przesłuchania dotkliwie pobity. Major podawał mu wodę do picia, przykładał jęczącemu z bólu zimne kompresy. Krzątając się koło niego, namawiał go usilnie, żeby przyznawał się do wszystkiego, żeby potwierdził wszystko, co chcą od niego usłyszeć: „Panie! Z nimi nie da pan rady! Nikt jeszcze nigdy nie dał im rady! I tak postawią na swoim. Niepotrzebnie pan naraża zdrowie i życie! Niech pan przypomni sobie Tuchaczewskiego, Blüchera! Chcą to samo zrobić i u nas!”. (…)

Za biurkiem siedział gen. Romkowski. Z obu boków biurka – ppłk Ludwik przygotowany do protokołowania i jeszcze jeden mężczyzna, nie pamiętam kto, być może widziałam go po raz pierwszy. Na wprost biurka, w obu kątach – stołki. Wskazano mi jeden – ten w lewym rogu. Podeszłam. Usiadłam.

Milczenie. Z Romkowskiego emanuje podniecenie podobne do podniecenia strażników podbechtujących się nocami wizją rozkoszy zakazanej dla więźniów. Podniecenie scenarzysty i autora w jednej osobie. Zmontował sensacyjny dreszczowiec, wszystko gotowe, by rozpocząć – oczekuje się wpuszczenia na scenę aktora, któremu nakazano grać główną rolę.

Oto i „aktor”. Zmieniony bardzo. Widziałam go po raz ostatni w jego gabinecie, kiedy zanosiłam mu dokumenty razem z napisanym przeze mnie listem do Bieruta. Wtedy – w mundurze generalskim, na fotelu pod skrzyżowanymi na ścianie zabytkowymi rapierami z muzeum. Mimo zbierających się nad nim groźnych chmur, jeszcze pewny siebie, jeszcze pełen życia.

Obecnie miałam przed sobą przygarbionego, wychudłego mężczyznę z białymi pasmami na skroniach tym bardziej uwydatniającymi czerń włosów. W granatowym, wyświechtanym garniturku, w domowych kapciach dla tłumienia kroków podczas niekończącej się wędrówki w klatce – celi. Przypominał uderzająco „Marka” [okupacyjny pseudonim Spychalskiego] z lat walki okupacyjnej, zawsze głodnego, w zniszczonej, niegrzeszącej zbytnią świeżością odzieży.

Wskazano i jemu stołek. Siedzieliśmy przedzieleni drzwiami. Nie miałam odwagi odwrócić głowy w tamtą stronę. (…) Wreszcie Romkowski nasyconym, leniwym głosem oznajmił przedmiot konfrontacji.

Były nim wspomniane dokumenty. Kazał mi wyliczyć wszystkie, opisać treść każdego z osobna. Potem spytał Spychalskiego, czy potwierdza to, co mówię. Potwierdził – bez wahania, z tym że on dokumentów nie przeglądał wcale, gdy je ode mnie otrzymał, ale skoro ja tak dokładnie je opisuję, jest przekonany, że odpowiada to rzeczywistości.

Co zrobił z otrzymanymi ode mnie dokumentami? Przekazał je – brzmiała odpowiedź – Bierutowi, ten sobie tego życzył. Czy przekazał Bierutowi wszystko? – „Tak, wszystko!”. Romkowski kazał mi wyliczyć i opisać brakujące. Kazał mi też opisać dokument sfałszowany i porównać go z treścią zaginionego oryginału oraz stwierdzić, czy odręczne poprawki na nim są dokonane moją ręką.

Co Spychalski ma na ten temat do wyjaśnienia? Wyjaśnił, że nic nie wie o brakujących dokumentach, oddał wszystkie Bierutowi, nie wie nic o sfałszowaniu jakiegokolwiek oryginału…
– W takim razie – leniwy głos Romkowskiego nabrał mocniejszych akcentów – pan twierdzi, że „Barbara” kłamie.
– Nie, „Barbara” nie kłamie! – usłyszałam.
– Skoro „Barbara” nie kłamie – uniósł się Romkowski – to co się stało z tymi dokumentami, przecież sam stwierdził pan przed chwilą, że otrzymał je w całości, tak jak je wyliczyła!

Ta sama odpowiedź spokojnym, choć znękanym głosem: nie wie, co się stało, nie wie, jak to się stało, że część dokumentów nie dotarła do Bieruta, a jeden dotarł w postaci sfałszowanej.

Szyderczy, podniesiony głos Romkowskiego wypominający jego „bezczelne” zachowanie, naiwne kłamstwa. Stek obelg. Zwinęłam się na stołku jak robak, jakby tym głosem smagał nie tamtego, a mnie. (…)

Ktoś długo i uważnie obserwuje mnie przez judasza. (…) Budzi się we mnie czujność – instynkt mówi: czeka mnie ważne spotkanie. Mobilizuję resztki gasnących sił wewnętrznych. Na widok tego, kto ma ze mną rozmawiać, robię ruch, jakbym chciała uciekać. Potem twardo podchodzę do stołka w kącie i siadam, mimo że zachęcający ruch ręką wskazuje mi łaskawie krzesło koło biurka.

Mam przed sobą… płk. Fejgina. Z bardziej posiwiałą głową, z zachowanymi jeszcze tu i ówdzie resztkami czarnych włosów. (…)
– Po co tu przyszliście?! – wybucham. – Przyjrzeć się, jak wyglądam?! No to się przyglądajcie! Proszę bardzo! Napawajcie swój wzrok – do czego mnie doprowadziliście!
– Mylicie się! – zaprzeczył z miną człowieka skrzywdzonego niesłuszną obrazą. – Nie przyszedłem napawać się waszym nieszczęściem. Wcale mnie nie raduje, że siedzicie, na odwrót – przykro mi, współczuję wam z całego serca! – w smolistych oczach ukazały się prawie łzy. – Chciałbym, byście mi uwierzyli, ja osobiście nie mam nic z tym wspólnego. Ubolewam szczerze nad tym, co się stało…
– Może powiecie mi przynajmniej, za co właściwie siedzę.
– Siedzicie w charakterze świadka. Zostałyście zatrzymana, podkreślam, zatrzymana, a nie aresztowana, jako świadek. Będziecie świadkiem w procesie głównych oskarżonych.
– Dziwny to świadek, który siedzi tyle czasu, razem z oskarżonymi. Nigdy nie słyszałam o podobnej praktyce, o podobnej procedurze.
– Nie najszczęśliwsza to, przyznaję, praktyka, ale konieczność nam ją narzuca. Konieczność wynikła z nieuniknionego, tragicznego splotu okoliczności. Prawda, cierpicie, cóż, to prawo historii, a nie jednostek: gdzie drwa rąbią, tam drzazgi lecą…
– Nie chcę być odpryskiem historii! – zaprotestowałam gwałtownie. – Ja miałam tworzyć historię, a nie zostać jej śmieciem wyrzuconym za burtę! Z jakiej racji ja właśnie mam być ową drzazgą, a nie kto inny, choćby wy na przykład! Kto i jakim prawem te rzeczy rozstrzyga?
– Kto? Partia!
– Na co to Partii potrzebne?!
– Żeby oddzielić ziarna od plew, odciąć chore od zdrowego, wylać brudy…
– Wylewanie dziecka z kąpielą! – użyłam ulubionego zwrotu pułkownika, słyszałam go tylekroć podczas jego krasomówczych wystąpień w wojsku.
– Nie obawiajcie się – uśmiechnął się. – Dziecku nic się nie stanie. Na odwrót, rozkwitnie po oczyszczeniu go z brudów. Cieszę się, doprawdy cieszy mnie, że mimo tego, co was spotkało, Partia nadal jest waszą główną troską. Nasza Partia, droga nam wszystkim! Wiecie – przeszedł na ton poufnych zwierzeń – pamiętacie, jak Gomułka i Spychalski chcieli wymusić na Biurze Politycznym moje wydalenie?
Pamiętałam, a jakże, chcieli Fejgina wydalić z Partii m.in. wskutek moich na niego skarg o utrudnianie mi pracy w archiwum przedwojennej „Dwójki”, razem z Kuhlem, Wozniesienskim i Romkowskim.
– Nie zdołali tego przeprowadzić, nie udało im się! Szczęściem dla mnie. Bo ja nie potrafiłbym żyć poza Partią. Popełniłbym samobójstwo.
– Czy to ma być zachętą dla mnie? Może wskażecie mi, jak mam tego dokonać w moich warunkach? Wyście nie tylko postawili mnie poza Partią, a w ogóle – poza społeczeństwem… Uważacie, że ja powinnam, mogę się z tym pogodzić?
Zmieszał się, szukając przez chwilę odpowiedzi.
– Źle mnie zrozumieliście. Nie mówię wam o tym, by was zachęcić do takiego kroku! Nie ma potrzeby. Jestem przekonany, wasza sprawa wyjaśni się; robimy wszystko, żeby wyjaśnić ją do końca. Ja sam…
– Sami przed chwilą stwierdziliście, że nie macie nic z tym wspólnego. Teraz mówicie wręcz coś odwrotnego. Przecież nie wojsko się moją sprawą zajmuje, a UB.
– Nie jestem już w wojsku. Przeniesiono mnie do Ministerstwa Bezpieczeństwa, pełnię w nim odpowiedzialną, bardzo odpowiedzialną funkcję [Fejgin jesienią 1949 r. został kierownikiem Grupy Specjalnej, a następnie dyrektorem Biura Specjalnego i – od 1951 r. – X Departamentu].
– Nigdy bym się nie spodziewała, że opuścicie Główny Zarząd Informacji.
– Nie dziwiłybyście się, gdybyście wiedziały, jakie rzeczy zaszły na wolności na odcinku wojska. No dobrze, powiem wam o tym trochę. Otóż niedawno odbył się proces, nazwany przez prasę procesem generałów.
Przypomniałam sobie rozmowy więźniów, generała i majora, w celi sąsiadującej z moją na XI Pawilonie.
– Osądzeni zostali generałowie Tatar, Kirchmayer, Kuropieska, Herman, Mossor i inni. Ten proces i procesy oficerów różnego, wysokiego stopnia zamknął etap oczyszczania wojska ze spychalszczyzny. Biuro Polityczne w dużej mierze mnie właśnie przypisało zasługę w owym osiągnięciu. Oceniło, że w wojsku już nie jestem potrzebny. Przeniesiono mnie i równocześnie z przeniesieniem otrzymałem bardzo wysokie odznaczenia. (…) – Tak więc – powtórzył sentencjonalnie – proces generałów i innych zlikwidował ostatecznie skutki szkodliwej polityki Spychalskiego w wojsku.
– Tak mówicie, jakby Spychalski robił tę politykę na własną rękę. To nie on, to Biuro Polityczne tę politykę ustalało, on ją tylko wcielał w życie, miał do tego kompetencje [ze strony] Biura.
– Nadużywał ich! Zasłaniając się nimi, przeprowadzał politykę wroga w wojsku. Chcecie przykładów? Proszę bardzo! Pod pretekstem uznania konieczności spolszczenia z czasem kadr pozbył się z największym pośpiechem oficerów radzieckich i zastąpił polskimi, przedwojennymi, w przeważającej mierze sanacyjnymi. Oddał im faktycznie dowodzenie. Inny przykład: pod pretekstem słusznej w gruncie założenia fachowości powierzył on – razem z Komarem – odpowiedzialne stanowiska w ramach naszego II Oddziału Sztabu przedwojennym, wytrawnym „dwójkarzom”, dając im dostęp do największych tajemnic wojska…
– Wyście to samo robili! – nie wytrzymałam. – Wspomnę choćby tylko pułkownika – wymieniłam nazwisko – również „dwójkarza” przed wojną; daliście mu w Głównym Zarządzie Informacji opiekę nad centralnymi jednostkami sztabu, doprowadzając go w ten sposób do największych tajemnic. Korzystaliście chętnie z jego doświadczenia, chwaliliście, awansowaliście.
– Człowieka tego zarekomendował nam sam płk Wozniesienski.
– Co z tego? Czy to ma być rozgrzeszeniem?
– Popełniliśmy błąd, przyznaję. Ale już go naprawiliśmy: przenieśliśmy go gdzie indziej.
– Aha, błąd! – podchwyciłam z ironią. – Nawet jeśli przyjmę za fakt, że Spychalski na własną rękę sprowadzał z Zachodu „dwójkarzy” i wprowadzał ich do wojska, chcę was spytać: dlaczego to, co u jednych jest zwykłym błędem do naprawienia, u innych jest ciężkim przestępstwem, za które trzeba iść do kryminału? Spychalski również miał prawo popełniać błędy i na pewno popełniał je. Ale czy doprawdy wszystko, co w wojsku robił, było złe? (…)
Pułkownik sięgnął po inne przykłady z polityki kadrowej Spychalskiego. Oszukał on Biuro Polityczne, samego Bieruta, by uzyskać jego podpis wyrażający zgodę na nominację generalską niektórych spośród tych, którzy byli właśnie oskarżonymi we wspomnianym procesie. Z łatwością mogłam obalić przytoczone fakty. (…)

Z korytarza, z głębi, dobiegało kobiece szlochanie, unosił się w powietrzu przeciągły jęk, jaki z ust dobyć może tylko największe nieszczęście. Trzaskały, to bliżej, to dalej, drzwi – kogoś wyprowadzano, kogoś przyprowadzano seryjnie. Nieszczęście zbliżało się i do mojej celi, razem z podkutymi butami strażników.
– Wychodzić!

Wiceminister gen. Romkowski, świeżo ogolony, pachnący dobrą wodą kolońską, nie wyglądał na zwiastun nieszczęścia. Nie wyglądał na niego również [pod]pułkownik Światło, z jowialnym uśmiechem na pyzatej twarzy.

Siedzieli przy biurku, jak wtedy w gabinecie na Koszykowej, podczas rozmowy poprzedzającej aresztowanie.
– Dawno was nie widziałem! – przywitał mnie generał.
– Mam nadzieję, że nie tęskniliście za mną!
– Oj, Sowińska! Sowińska! – generał pokiwał z wyrzutem głową. – Kiedy wreszcie pojmiecie zasadę, że „tisze jediesz, dalsze budiesz” (im ciszej będziesz jechać, tym dalej zajedziesz).
– Nie prędzej, niż wy pojmiecie „dalsze jediesz, tisze budiesz” (im dalej zajedziesz, tym cichszym będziesz). (…)
– Wydaje się wam, że mocna jesteście! Z mocniejszymi sobie poradziliśmy!
– Posadzić nie znaczy jeszcze poradzić sobie!
– Nie pyskujcie! – syknął groźnie. – Mamy środki, by zmusić was do milczenia!
– Nie wątpię w to! Kiedyś groziliście mi, że macie środki, by zmusić mnie do mówienia! Teraz każecie mi milczeć! Dobrze, będę milczała, skoro tego chcecie!

Zaległo kłopotliwe milczenie. Generał przerwał je pierwszy.
– Cóż, nie będę się z wami certował! Wiecie, dlaczego kazałem was przyprowadzić?
– Nie interesuje mnie to!
– Może jednak zainteresuje was fakt, że wkrótce otrzymacie akt oskarżenia.
– Czyj?
– Wasz!
– Cooo?! – udana obojętność prysnęła. – Mój? Jak to mój?! Miałam być tylko świadkiem!
– Kto wam bredni nagadał?!
– Pułkownik Fejgin!
– Kłamiecie!
– To ja zostałam okłamana! Przez płk. Fejgina! Oto jak wygląda jego słowo, słowo honoru pułkownika!
– Płk Fejgin wam to powiedział?! Aha, rzeczywiście, coś sobie przypominam. Bo tak, to prawda, miałyście być tylko świadkiem. Ale przypatrywaliśmy się wam uważnie cały ten czas i zmieniliśmy decyzję. Wpłynęło na to wasze bezczelne ze wszech miar zachowanie, wasza postawa w śledztwie, to, co wygadujecie podczas przesłuchań i w celi… (…)
– Opinia domaga się od nas procesu: każe nam posadzić was razem, na jednej ławie z oskarżonymi. Wszyscy dobrze wiedzą, macie ręce po łokcie we krwi unurzane! Naród domaga się należytego ukarania was! (…) Dobrze wszyscy pamiętają, jak kurczowo, do ostatniej chwili trzymaliście się tych bandytów.
– Jakich bandytów?
– Korczyńskiego choćby, waszego słynnego „Grzegorza”! Słyszycie jego wrzaski na korytarzu? Pieni się ze złości, bo udaremniliśmy mu kilka razy próby samobójstwa: igły łykał, wbijał je sobie w ciało! (…)
– Jeśli Korczyński mordował, to co JA z tym mam wspólnego? Nie znałam go w ogóle podczas okupacji!
– Wiedziałyście o nim – to wystarczy! Nie poznałyście się na nim podczas wojny, po wojnie, że to bandyta! Za to też trzeba odpowiadać!
– Ten „bandyta” był w czasie wojny najbardziej zaufanym człowiekiem, najbliższym przyjacielem Jóźwiaka! Kto jak kto, ale Jóźwiak, choćby z tytułu swojej funkcji szefa Sztabu Głównego, powinien wiedzieć wszystko o swojej prawej ręce. Ten „bandyta” po wojnie był szefem gabinetu waszego zwierzchnika – ministra Radkiewicza [błąd autorki: Korczyński nie był szefem gabinetu Radkiewicza, zajmował stanowisko wiceministra]. Pracowaliście z nim bezpośrednio na co dzień. Ten „bandyta” nie miał na nosie wypisane, kim jest, o ile faktycznie jest tym, co mówicie. Skoro ja mam siedzieć za to, że się na nim nie poznałam, to inni za to samo powinni… wisieć!

Nie dosłyszał albo udawał, że nie dosłyszał tej aż nadto przejrzystej aluzji.
– Zbrodniarze tacy jak wasz Korczyński, jak Gomułka, jak Spychalski, zasiadali w najwyższych władzach partyjnych.
– Nie ja ich tam umieściłam!
– Macie w tym niemały udział.
– Ja?!
– Skandowałyście „Wiesław, Wiesław!”.
– Miliony ludzi skandowało. Wy też.
– Nigdy! – zasyczał generał. – Nigdy nie krzyczałem „Wiesław, Wiesław”. Poznałem się na nim od pierwszej chwili!
– W takim razie dziwię się, że to nie was mianowano I sekretarzem, skoroście tacy genialni.
– Nie podnoście mi tu głosu – generał zbladł. – Wasza zuchwałość nie ma granic!
– Nie dam się wykończyć bez protestu! Nie pozwolę sobie wlepić wyroku!
– Sąd wymierzy wam karę, na jaką zasłużyłyście! Wierzycie chyba w sprawiedliwość i niezawisłość naszych sądów!
Powiedziane to było tonem „spróbuj zaprzeczyć, a zobaczysz!”.
– Polska Ludowa to nie [Polska] kapitalistyczna! U nas można żyć z odsiedzianym wyrokiem! Wyroku śmierci nie dostaniecie!
– Wyście go już na mnie dawno wydali! Czekacie tylko, żebym go sama na sobie wykonała!
– Macie czelność insynuować, że kierownictwo Partii po trupach chce się przy władzy utrzymać?! Jesteście wyrzutkiem, hańbą Partii i społeczeństwa!
– Krętacz!

Zerwałam się ze stołka, krzyk generała przygwoździł mnie do niego na powrót.
– Siedzieć! Nie ruszać się! Do karca za kudły każę zawlec.
– No to każcie! – wyłam histerycznie. – Na co czekacie?! Do wszystkiego, absolutnie do wszystkiego jesteście zdolni! Po co mnie wezwaliście?! (…) Oświadczam wam, że nie pojadę do sądu dobrowolnie, zawieziecie mnie tam siłą! Nie mam o czym z wami dalej rozmawiać, odeślijcie mnie do celi, zawleczcie mnie do karca – wszystko mi jedno!

Odesłano mnie do celi…

Fragmenty książki Stanisławy Sowińskiej Gorzkie lata. Z wyżyn władzy do stalinowskiego więzienia, Ośrodek KARTA, Warszawa 2017


Stanisława Sowińska (1912-2004) od 1934 r. należała do Komunistycznej Partii Polski, w latach 1938-1939 przebywała w więzieniu. Pierwsze lata wojny spędziła pod władzą sowiecką, uratowała się od Zagłady na Białorusi. W 1942 r. przedostała się do Warszawy, gdzie została kierowniczką Sekretariatu Oddziału Informacji Gwardii Ludowej. Po wojnie była oficerem do specjalnych zleceń Mariana Spychalskiego, a latach 1946-1948 szefową Biura Studiów Głównego Zarządu Informacji WP. W październiku 1949 r. aresztowana, stała się ofiarą czystki w poszukiwaniu „wroga wewnętrznego” w szeregach PZPR. Zwolniona w grudniu 1954 r. Zmarła na emigracji we Francji, gdzie przebywała od 1981 r.

Wydanie: 33/2017

Kategorie: Książki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy