Z Nowego jorku o Karskim i Obamie

Z Nowego jorku o Karskim i Obamie

Janowi Karskiemu byłoby przykro, że jego nazwisko służy jako pretekst do autopromocji czy rozgrywek międzypartyjnych
Przez kilkanaście dni naoglądałem się i naczytałem różnych komentatorów, świeżo upieczonych specjalistów od Ameryki, oraz polityków, z panią Fotygą i panem Millerem na czele. Temat gafy prezydenta Baracka Obamy przewałkowano na tysiąc sposobów i skonstruowano tuziny teorii spiskowych.
Postanowiłem dorzucić swoje trzy grosze, ponieważ miałem zaszczyt znać długo prof. Karskiego i myślę, że byłoby mu przykro, że ważne wydarzenie i jego nazwisko służą niektórym jako pretekst do autopromocji czy rozgrywek międzypartyjnych.
Profesor miał poglądy polityczne, i to wyraziste, ale nie lubił partyjniactwa. Wolał rozumować kategorią interesu państwowego Polski. Niemniej jednak jako kurier podziemnej Polski pilnie wysłuchiwał w okupowanym kraju działaczy wszystkich stronnictw uczestniczących w rządzie emigracyjnym, by następnie przekazać to wiernie przywódcom w Londynie. W obawie przed wpadką podczas przedzierania się przez Europę nie miał niczego na piśmie, wszystko zanotował w pamięci jak najlepszy magnetofon. Relację zdawał każdej partii oddzielnie, bez słowa swojego komentarza.
Notabene profesor obserwował też podziały w Polonii i nieustające konflikty w jej ważniejszych instytucjach. Mówił mi, że razem można by tak wiele zdziałać, ale sami rzucamy sobie kłody pod nogi, i że on tego po prostu nie rozumie.
Odnośnie do samej gafy prezydenta Obamy mam tylko dwie uwagi z perspektywy osoby przebywającej w USA od ponad 30 lat.
Po pierwsze, przez długie lata na gruncie akademickim, fundacyjnym czy towarzyskim przekonywałem, by nie używać nazwy Nazi concentration camps, tylko German concentration camps. Bo to tak, jakby jacyś Nazi napadli na Polskę w 1939 r., potem na kilka krajów europejskich, afrykańskich i ZSRR. UFO jakieś czy inne licho? Zgodnie z przewidywaniami moje wysiłki nie zdały się na nic.
Po drugie, w zgiełku medialnym w Polsce najbardziej rozśmieszają mnie apele, by działać w takim kierunku, aby w całym systemie edukacji rząd USA wprowadził przedmiot obowiązkowy pod tytułem np.: „Los, rola i zasługi Polski w czasie II wojny światowej” na wzór rzekomo obowiązkowego nauczania o Holokauście. Otóż amerykański Departament Edukacji nie ma władzy porównywalnej z Ministerstwem Edukacji Narodowej czy Ministerstwem Nauki i Szkolnictwa Wyższego w Polsce. Nikt z Waszyngtonu nie może szkołom na żadnym poziomie niczego nakazać.
O przeprosinach i żądanej ich formie nawet nie chce mi się dyskutować. Najlepiej, by Obama ukląkł, pokajał się i posypał głowę popiołem w drodze do Kanossy.
W wypowiedziach świeżo upieczonych specjalistów od Ameryki podnoszony jest też mniej lub bardziej zawoalowany wątek żydowski. To już zupełnie strzał kulą w płot. Kto jak kto, ale Żydzi zarówno w USA, jak i na całym świecie wiedzą dokładnie, kto zaplanował i zbudował obozy koncentracyjne, a potem nimi zarządzał.
Nie rozumiem też, dlaczego od dłuższego czasu używa się w polskich mediach określenia Auschwitz-Birkenau, a nie Oświęcim-Brzezinka. To jakaś poprawność polityczna? UNESCO może nazwać obozy, jak chce, ale ja znałem kilku byłych więźniów i żaden nigdy nie powiedział, że był więźniem Auschwitz, tylko Oświęcimia. A oni mieli prawdę wytatuowaną numerem na ręce.
Nie widzę w używaniu polskiej nazwy niczego zdrożnego, bo okupant mógł sobie różne miasta dowolnie przemianować. Prof. Karski też nie używał nazwy Auschwitz. Opowiadał mi np. o prywatnej znajomości i wieloletnich kontaktach z Józefem Cyrankiewiczem, także po wojnie. W tajemnicy, bo ani profesorowi, ani Cyrankiewiczowi – wówczas premierowi – nie byłoby zręcznie, gdyby wyszło to na jaw. Profesor miał oczywiście duży dystans do roli Cyrankiewicza w PRL, ale miał też dla niego ogromny szacunek za zachowanie się i działalność jako więźnia obozu w Oświęcimiu właśnie.
Dr Marcin Sar, Nowy Jork

Wydanie: 24/2012

Kategorie: Od czytelników
Tagi: Marcin Sar

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy