Z Toskanii do Szwajcarii

Z Toskanii do Szwajcarii

Nasze dzieci nadzwyczaj dobrze zniosły Florencję, chociaż nie są wrażliwe na piękno architektury, tego trzeba się uczyć jak języka. Potrzebne są więc lata. Kiedy patrzyłem na katedrę Santa Maria del Fiore we Florencji, w blasku i w cieniu jej piękna i ogromu byłem bliski, by uwierzyć w Boga, ale niewystarczająco blisko. Potem miasto Lucca – zaułki, stare kościoły i niespodziewanie rzeźba Igora Mitoraja na centralnym placu. Pamiętam, że dwa lata temu jej nie było. Potężna, mocna, jakby stała tu od stuleci. Niezwykły polski znak w tym niezwykłym mieście. Poczułem nagle dumę narodową, chociaż dzięki PiS jestem coraz mniej patriotą. A taka duma jest właściwie idiotyzmem – jaką ja mam zasługę w tym, że Mitoraj miał taki talent. Jego gigantyczne, wydrążone i niekompletne głowy przypominają antyczne posągi okaleczone przez czas, dlatego tak pasują do włoskich miast. Ciekawe, że głowy Mitoraja zawsze mają usta rzeźbiarza, są jak podpis artysty.

Do Pizy jedziemy bez GPS, zepsuło się ładowanie. Jak bez ręki. Uzależniliśmy się już od tego cudownego urządzenia. Mijamy granicę miasta, gdy nagle powietrze jakby zgęstniało. Ciemnoskóry osobnik biegnie z dużym pakunkiem, z miną jakby uciekł z więzienia, inni przepychają się z żołnierzami. Kilku z nich w czerwonych beretach – pewnie komandosi – pakuje w panice do dżipa walizki i torby. Spora grupa ciemnoskórych próbuje im w tym przeszkodzić. Temperatura rośnie, ktoś ciska rowerem, inny trzyma w ręku cegłę, czterech dopada żołnierza, strąca mu beret. Z toreb wyrywanych żołnierzom sypią się różne przedmioty, cała ulica jest nimi zasłana. Ciemnoskórzy są tak pobudzeni, że jeden z nich robi salta w powietrzu jak w cyrku, drugi nieruchomo leży na jezdni.

Franio zaczął płakać, byliśmy pierwszym samochodem zablokowanym przez wydarzenia – to jakby siedzieć w pierwszym rzędzie na filmie sensacyjnym. Nigdy nie czuję w takich sytuacjach lęku. Ciekawość jest silniejsza. I nałóg szukania tematu. Najpierw myślałem, że to uchodźcy, teraz myślę, że uliczni handlarze, których tu bez liku. I że zarekwirowano biedakom towar. Co najbardziej mnie zdumiało? Że nie przyjechała policja. Oraz obojętność tłumu, który przyglądał się temu jak zahipnotyzowany. A Krzywa Wieża w Pizie? Wcale nie jest przereklamowana.

Książka Johna Hoopera „Włosi” o charakterze narodowym mieszkańców półwyspu. Zapewne wiele cennych uwag i trafnych diagnoz, ale wszystkie są pod znakiem zapytania. Sam wiele pisałem o wadach narodowych i zaletach Polaków. Ale naród to byt nadto skomplikowany, żeby wydawać jednoznaczne sądy. A jednak wiele mówi o Polakach to, jak prowadzą samochody. Neurotycznie, agresywnie i często po chamsku. I ta chorobliwa skłonność do nieprzestrzegania przepisów drogowych, czyli reguł gry, też w innych dziedzinach życia. Gdy wjeżdża się do zachodniej Europy, jaka ulga, spada napięcie, które panuje na naszych drogach. Ale kiedy się przekracza granicę włosko-szwajcarską, następuje kolejne zdziwienie – samochody poruszają się wolno i karnie. To nie tylko praworządność tej nacji, ale uważne i częste monitorowanie ruchu oraz drakońskie kary za przekraczanie limitów prędkości.

W Burgdorfie, niewielkim szwajcarskim miasteczku 30 km od Berna, u naszych przyjaciół Krysi Muller i Grzegorza Rosińskiego (słynny w świecie malarz, rysownik, twórca komiksowego Thorgala). Zamiast pięciu godzin jechaliśmy tu godzin dwanaście. Korki. Ale podróż piękna. Niesłychane widoki, żal, że mrok nam je zabiera. Pierwszy korek jeszcze we Włoszech. Monstrualny. W takim zatorze ludzie się załatwiają na widoku, kopulują, jedzą, a przede wszystkim się złoszczą, szczególnie Włosi. Tuż obok nas doszło do dwóch wielkich awantur niemal z mordobiciem i wzywaniem policji – bez sensu, nie mieli szansy dojechać. Sceny jak z „Rzymu” Felliniego.

Tu, w Szwajcarii, podobnie jak we Włoszech, w czasie rozmów co chwila jak czkawka odbija się nam Polska. I to mocno. Oburzenie, niepokój, wściekłość i żal. A przecież Grzegorz mieszka poza krajem od kilkudziesięciu lat, podobnie Krystyna. Ich ciała są tutaj, ale dusze w Polsce. Dzwonią właśnie do Grzegorza ze słynnego belgijskiego „Le Soir”, pytają o Puszczę Białowieską. W Belgii każde dziecko i dorosły wie, kim jest Rosiński, więc jego słowo waży. No to naważył w tym wywiadzie wiele mocnych słów.

Wydanie: 34/2017

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy