Wszystko zaczyna się od stołu

Wszystko zaczyna się od stołu

Jak skutecznie zachęcić rolników czy producentów warzyw, by aktywniej zaangażowali się w produkcję ekologiczną, a przy tym sprzedawali nam taniej taką żywność?

– Pamiętajmy, że w kapitalizmie ostatnie słowo należy do klienta. To on w akcie zakupu wskazuje kierunki produkcji. Kupując produkt, decydujemy o losach świata. Wybierając owoc w supermarkecie, wysyłamy producentom sygnał: nie chcę, by mucha siadała na owocu, a tym samym optuję za większą dawką pestycydów. Kupując tanią żywność, opowiadamy się za dziką konkurencją, biedą na wsi i za globalizacją rolnictwa. Oddajemy głos na producentów niedbających o nasze zdrowie. Gdy w lutym kupujemy truskawki, świadomie ocieplamy planetę. Z kolei im więcej kupujemy produktów BIO czy żywności bezpośrednio od rolnika, im bardziej domagamy się, by w naszych zakładowych stołówkach było więcej produktów lokalnych, tym więcej rolników zechce produkować BIO. Zobaczą, że taka produkcja jest opłacalna. A może i ceny zaczną spadać?

Czy odbiorcami produktów BIO mają być tylko zamożni klienci, a pozostałym, biedniejszym, zostaną dyskonty z niedrogą żywnością marnej jakości?

– Nie miejmy złudzeń, żywność ekologiczna jest droga w produkcji i zawsze będzie w sklepie droższa. Taka żywność wymaga czegoś więcej niż jednostkowych zakupów. Oznacza radykalną zmianę sposobu odżywiania się. Wymaga spożywania mniejszych ilości mięsa i produktów mlecznych na rzecz większej ilości białka roślinnego. Wymaga gotowania samemu i niemarnowania żywności. Żywność ekologiczna to fenomen kulturowy, a nie ekonomiczny. To świadomość, że nic nie zastąpi wieczornego talerza zupy z sezonowych warzyw, bo jest ona tańsza od gotowego dania wciskanego nam we wszechobecnych i natrętnych reklamach.

Na razie żywność BIO jest domeną zamożnych, najbardziej świadomych i wykształconych grup społecznych, jednocześnie odpornych na reklamę. Dopiero zrozumienie, że należy poświęcić więcej czasu i energii, a także pieniędzy, by dobrze i mniej jeść, dbając o zdrowie przy stole, oznacza, że da się cokolwiek zmienić.

Zmieńmy nasze przyzwyczajenia: nie jedzmy przed telewizorem. Uczucie sytości dociera z żołądka do mózgu w ciągu 20 minut. Zawsze gdy jemy szybciej, gapiąc się w telewizor, skazujemy się na otyłość. Otyłość to choroba biednych w krajach zamożnych i klas średnich w krajach ubogich.

Skąd u pana przekonanie, że żywność jest czymś więcej niż tylko pokarmem, że jedzenie może być przekaźnikiem wartości kultury, korzeni, a nawet cywilizacji?

– Jeśli jestem tym, co jem, bo całość komórek ciała powstała z tego, co wprowadziłem do organizmu ustami, to jedzenie nas określa. Jeśli zamawiam talerz wędlin, potrawkę cielęcą, ser camembert i tartę z jabłkami, jestem Francuzem bardziej niż Polak zamawiający barszcz, kotlet schabowy, zrazy wołowe, kluski, faworki i karpatkę. Nasz byt dosłownie określa właśnie kuskus, ryż, sushi, gotowana kapusta czy makaron po bolońsku.

Wystarczy popatrzeć, co jedzą w domu imigranci czy uchodźcy, którzy na talerzu tak rozpaczliwie poszukują smaków kraju pochodzenia. Jedzenie ma także płeć: kelner obsługujący parę zakochanych w restauracji wie, komu podać stek z frytkami, a komu zestaw sałatek. Jedzenie warunkuje także religia, bo to ona określa szczegółowo, co i kiedy można jeść, a czego nie można.
Jednym z błędów amerykańskiej kultury żywieniowej jest obsesyjne przywiązanie do liczb, do mierzenia zawartości białka, węglowodanów i cukru. Człowiek, który staje przed drzwiami lodówki, zamiast w spokoju usiąść do obiadu z przyjaciółmi czy kolegami z pracy, wystawiony jest na groźne pokusy, co często kończy się otyłością, arteriosklerozą, cukrzycą itp. Jedzenie jest czynnością społeczną i nie może się ograniczać do liczenia molekuł! Dla Tybetańczyka, Indonezyjczyka czy Boliwijczyka dobre jedzenie znaczy zupełnie co innego. I bardzo dobrze. W tym zakresie brońmy swojego, zachowując własną kulturę. A to zaczyna się od stołu.

Strony: 1 2 3

Wydanie: 23/2016

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy