Wojna Jarosława

Wojna Jarosława

Ci, którzy nami rządzą, nie są w stanie zrozumieć, że w sprawowaniu władzy państwowej potrzebny jest pewien umiar

Dr hab. Wawrzyniec Konarski – politolog, profesor nadzwyczajny i kierownik Zakładu Polityki Etnokulturowej na Uniwersytecie Jagiellońskim. Badacz zagadnień polityczno-ustrojowych w systemach demokratycznych i autorytarnych, oraz etnopolityki, w tym nacjonalizmów i regionalizmów na tle nowożytnej perspektywy historycznej. Analityk i komentator polityczny w mediach w Polsce i za granicą. Autor ok. 180 publikacji z dziedziny nauk politycznych, stosunków międzynarodowych i medioznawstwa.

Czy demokracja w Polsce jest zagrożona? W państwie należącym do Unii Europejskiej, powiązanym ze światem, z Zachodem…
– Nominalnie nie jest zagrożona, ponieważ cały czas funkcjonuje u nas pluralizm polityczny w takich segmentach życia publicznego jak parlament czy istnienie coraz większej grupy organizacji pozarządowych. Wciąż są spluralizowane media, publiczne i prywatne, rośnie też rola mediów społecznościowych. Poza tym samo pojawienie się tendencji wznoszącej, jeśli chodzi o protest przeciw metodom rządzenia PiS, dowodzi, że mamy w Polsce pluralizm i że demokracja istnieje. Tyle że ta demokracja dzisiaj podlega szczególnym formom jej kształtowania przez rządzących.
Taką „szczególną formą” jest wyeliminowanie Trybunału Konstytucyjnego? Żeby uchwalać ustawy, jakie się chce?
– To broń obosieczna. Ta sytuacja z jednej strony oznacza spacyfikowanie istotnego filaru władzy sądowniczej, ale z drugiej odbije się rykoszetem na tych, którzy nami rządzą, a którzy nie są w stanie zrozumieć, że w sprawowaniu władzy państwowej potrzebny jest pewien umiar.
Ależ PiS steruje w przeciwnym kierunku! W ciągu paru tygodni rządów zdążyło odświeżyć podziały i skonfliktować kolejne grupy.
– Polityka to gra interesów, konflikt musi tu mieć miejsce, bo – paradoksalnie – jest ożywczy. Pytanie tylko, jaki ma on być, jak długo ma trwać i z jakim natężeniem. Groźny jest nie konflikt jako taki, ale ten typ konfliktu, który generuje znaczące podziały i tworzy polityczną dwubiegunowość społeczeństwa, niebezpieczną szczególnie w młodej demokracji. Próby podzielenia ludzi na dwa obozy, jak podpowiada historia części krajów europejskich, wcale nie muszą prowadzić do załagodzenia sporów, wręcz przeciwnie, prowadzą do ich intensyfikacji.
Tak jak było w Hiszpanii, w Irlandii…
– Znamy te przypadki wojen domowych. Dodam do tego spór w przedwojennej Czechosłowacji, między czeską administracją państwową a separatystami słowackimi. Nie doszło wtedy do wojny domowej, bo…
…uprzedziła ją aneksja Niemiec.
– I doszło do rozbioru Czechosłowacji.

Kto jest narodem?

Polacy okazali się zaskakująco czujni, gdy PiS zaczęło podporządkowywać sobie Trybunał. Czy Jarosław Kaczyński nie przelicytował? Nie stracił zbyt wiele w tej grze?
– Myślę, że stracił. PiS było przekonane, że społeczeństwo polskie dało mu tak znaczące poparcie, że może prawie wszystko. A nie zauważyło, że w liczbach bezwzględnych ma poparcie nie większe niż niespełna 20% ogółu dorosłych Polaków. Przesłanki do swoich działań wyprowadziło z przekonania, że liczą się tylko ci, którzy w wyborach biorą udział. Problem jednak polega na tym, że jeżeli przyjmiemy takie założenie, to znaczy, że będziemy chcieli wprowadzić rządy stanowiące formę tyranii względnej – na tle ogółu obywateli – większości. A taka sytuacja zawsze źle się kończy.
Jeżeli zsumujemy elektoraty PO, Nowoczesnej, PSL i Zjednoczonej Lewicy, będzie to większa grupa niż ci, którzy głosowali na PiS. 6,7 mln wobec 5,7 mln głosów.
– Można założyć, że mamy sytuację, w której PiS jako partia rządząca nie może sobie przyznawać absolutnych praw do dokonywania tak mocnych zmian. Nie może ignorować opinii tych, którzy oddali głos na inne partie. Do tego dodajmy to, co jest patologią polskiego życia politycznego, czyli sytuację, w której jedynie około połowy obywateli bierze aktywny udział w życiu politycznym, o czym świadczy frekwencja. Niepoważnie brzmią więc stwierdzenia PiS, że wyraża wolę narodu, wolę większości, bo tak nie jest. Co więcej, obserwujemy przecież przyrost tych, którzy czują się zawiedzeni przejęciem rządów przez PiS.
Widać to na ulicach. Kaczyński był zaskoczony aktywnością KOD?
– Tak. W PiS spodziewano się, że 12 grudnia wyjdzie na ulicę nieznaczna grupa, a nie 50 tys. ludzi.
Co wypchnęło ich na ulice?
– Duża część biorących dziś udział w akcjach publicznego protestu to osoby, które czują się zaniepokojone rządami PiS, a równocześnie mają do siebie pretensję o to, że nie uczestniczyły w wyborach w październiku, uważając, że nic się nie zmieni, że wszystko będzie po staremu.
Że zlekceważyli.
– Komitet Obrony Demokracji pojawił się jako próba mobilizacji społecznej ze strony osób, które czuły się sfrustrowane swoją absencją wyborczą. Żeby ten grzech zaniechania odkupić, bardzo aktywnie zaczęły się angażować w KOD. Dobrze, że te manifestacje są pokojowe, ale…
Czegoś panu w nich brakuje?
– Hasła typu „precz z komuną” są groteskowe, ponieważ komuny w Polsce nie ma od lat. Dlatego wypadałoby przestać się ośmieszać i zacząć stosować inne formy krytyki rządzących. Tym bardziej że krytykę uprawiają głównie ci, którzy są beneficjentami zmian, grupa swoistych białych kołnierzyków, lepiej wykształceni, mieszkający w dużych miastach… Oni problemów ludzi mieszkających w Bieszczadach czy Beskidzie Niskim praktycznie nie rozumieją. Odwiedzam miejsca, gdzie żyją wykluczeni, zajmuję się dziećmi niepełnosprawnymi w stowarzyszeniu Dobra Wola, mam często do czynienia z obszarami ludzkiej biedy. W związku z tym sugerowałbym, aby ludzie, którzy chcą stworzyć duży ruch oporu wobec rządzących, poznali rzeczywiste problemy Polaków, a nie odnosili się głównie do dużych miast.

PiS w składzie porcelany

Dlaczego PiS okazało się tak niezręczne w grach ostatnich tygodni?
– Dlatego, że jest to partia ręcznie sterowana. Funkcjonuje w niej autorytarny typ przywództwa, nie ma tam swobodnej dyskusji będącej wyrazem demokracji wewnątrzpartyjnej, bo demokratyczna jest tam głównie wola prezesa. A to prowadzi do wizerunkowego uwiądu. Gdyby istniał tam pluralizm w sferze wymiany poglądów, byłby dla tej partii wzmocnieniem. Oznaczałoby to bowiem, że do dialogu z opozycją kierowani są ludzie intelektualnie nowatorscy. To robiłoby z PiS bardziej interesującą strukturę polityczną, która jest w stanie podjąć polemikę, czymś przyciągnąć. Tymczasem grę z opozycją prowadzą nierzadko ludzie przewidywalni i mało samodzielni.
PiS siłą przepycha zmiany, nikogo do nich nie przekonując. Jego politycy argumentują słabo, przegrywają debaty z opozycją, z politykami Nowoczesnej, z nowymi posłami, którzy pojawili się w Sejmie.
– W pojedynkach twarzą w twarz ludzie PiS, nawet ci najwyżej umocowani, po prostu wypadają gorzej. A za to w polityce się płaci.
PiS utraciło inteligencję, tych centrowców? Poparcie dla niego spadło, a przecież zawsze po wyborach zwycięskiej partii rośnie.
– Widać, że także wśród części osób, które wspierały PiS na niwie intelektualnej, by wspomnieć choćby Jadwigę Staniszkis, rodzi się frustracja z powodu tego, jak ta partia rządzi. Skoro państwo miało zostać oddane obywatelom, a dzisiaj jest zawłaszczane przez jedną partię, będzie to z oczywistych powodów krytykowane również przez tych, którzy byli przeciwnikami rządu koalicji PO-PSL. Jeśli PiS chciałoby utrzymać, a nawet powiększyć stan posiadania, powinni tam zyskiwać na znaczeniu ludzie z pokolenia Andrzeja Dudy. Wtedy ci wyborcy, którzy wcześniej wsparli Dudę, a później obóz prawicy (a byli to także ludzie wahający się i wcześniej głosujący na PO, a nawet na lewicę, którzy uwierzyli, że wygrana PiS będzie zarazem otwarciem pokoleniowym), zostaliby przy tej partii. Nic takiego jednak się nie dzieje.
A dlaczego miałoby się dziać?
– Prezydent sprawia dzisiaj wrażenie osoby, która wciąż potrafi gładko i sprawnie przemawiać, ale niewiele z tego wynika dla wzmocnienia jego samodzielności. Jest postrzegany jako osoba niesamodzielna, a mógłby się pokusić o odgrywanie roli arbitra. Taką możliwość daje mu nawet ta konstytucja, krytykowana przez jego polityczne zaplecze.

Starzy nie dopuszczą nowych

Kto jest dzisiaj twarzą PiS, oprócz prezesa – Piotrowicz, Pawłowicz, Kuchciński, Brudziński, Błaszczak? Dla inteligenta nie są to ludzie porywający.
– To szerszy problem, ponieważ w Polsce nie ma polityków, którzy potrafiliby dobrze przemawiać. Dowcipnie, złośliwie, ale też inteligentnie. W pewnym sensie wygrana PiS daje więc opozycji fantastyczny argument – że można się bawić w popisy erystyczno-retoryczne, ponieważ i tak nie będzie to oznaczało, że nagle rząd upadnie i trzeba będzie przejąć władzę.
Opozycja jest tak słaba?
– Platforma jest ideologicznie nijaka, wewnętrznie podzielona, nie wiadomo, kto będzie jej szefem. Nowoczesna pnie się do góry, ale jeszcze nie ma tam żadnych sprawdzonych indywidualności. Widać w niej osoby młode, którym potrzeba czasu na polityczną naukę. Nowoczesną blokuje też to, że nie jest partią, która rozumie potrzeby niedojadających dzieci na polskiej prowincji, która będzie w stanie zrozumieć trudną sytuację górników. To partia neoliberalna, ma zdolnego przywódcę, umiejącego dowcipnie i złośliwie przemawiać na forum sejmowym, ale to za mało, żeby…
…występować jako partia ogólnonarodowa?
– Nowoczesna nie jest i nie będzie wyrazicielką interesów upadających branż czy grup społecznych, które czują się outsiderami zmian transformacyjnych. To głos tych przedsiębiorczych, którym się udało – z biznesu, z korporacji.
Czyli przed PiS świetlana przyszłość!
– Nie! Ta świetlana przyszłość byłaby tylko wtedy, gdyby w partii doszło do zmiany pokoleniowej. A na to się nie zanosi. Tam może niebawem dojść do pęknięcia między starą wiarą, ludźmi ślepo oddanymi prezesowi, a młodymi, którzy są wykształceni, mają ugruntowane poglądy prawicowe, ale nie dopuszcza się ich do dzielenia tego tortu. To może zachwiać spoistością PiS.
Czy da się w Polsce rządzić wbrew inteligencji?
– Inteligencja była ważnym segmentem oporu wobec władz Polski Ludowej. Jeśli nie w sposób czynny, to z pewnością w sposób bierny, poprzez jakąś drwinę czy odnajdywanie się w kręgach towarzyskich będących alternatywą dla funkcjonowania oficjalnych władz. Natomiast dzisiaj wewnętrznie bardzo się podzieliła. Jej część zawierzyła PiS, ale im bardziej ta partia okazuje chęć okopywania się na swoich pozycjach, tym bardziej owa część inteligencji będzie się od niej odwracać.
Czy można rządzić w takiej sytuacji? Nawet mając większość w parlamencie.
– Można. W PiS zresztą uważają, że sobie poradzą, choćby przejmując media publiczne. PiS postrzega media publiczne w ujęciu tradycyjnym. Uważa, że kontrolując je, można sterować nastrojami społecznymi. To oczywiście olbrzymi błąd.
Dlaczego?
– Przejęcie mediów publicznych przez PiS i zakładane przekształcenie ich w maszynkę propagandową rządu spowoduje wzrost znaczenia portali społecznościowych i różnych ich form internetowej drwiny. Internet stał się medium, którym posługują się miliony. Im bardziej więc działania partii rządzącej będą odbierane przez opozycję pozaparlamentarną jako forma prowokacji wobec niej, tym bardziej będzie się ona napędzać w internecie. I za pomocą mediów społecznościowych mobilizować do działań wobec rządu. Nieumiejętność zrozumienia istoty mediów społecznych przez PiS może mieć dla tej partii zgubne skutki. Rozumieją to młodzi gracze prawicowi, ale oni nie wpływają obecnie na to, jak PiS ma funkcjonować. I koło się zamyka.

W okopach

Do czego to doprowadzi?
– W ramach tego rządu zostały rozdane pewne role. Jest w nim grupa polityków, którzy dziś piastują funkcje ministerialne i których nazywam menedżerami. Nieduża, ale ważna wizerunkowo. To Mateusz Morawiecki, Paweł Szałamacha, Anna Streżyńska… Wyznaczona im rola jest bardzo istotna z punktu widzenia interesów rządzącej struktury. Chodzi o takie prowadzenie spraw, by pokazywać wewnętrzne spluralizowanie tego rządu, ale przede wszystkim dopomóc w wygenerowaniu środków finansowych na realizację zapowiedzi, które padły podczas kampanii wyborczej. I które muszą szybko się zmaterializować, po to by utrzymać poparcie dla rządu, zwłaszcza w Polsce prowincjonalnej. Oni stanowią grupę, z którą możliwy będzie pewien dialog, na poziomie eksperckim. Kiedy okaże się, że te osoby wykonały swoje zadania – albo, co gorsza, nie są w stanie ich wykonać – ich pozycja będzie zagrożona. Wówczas możliwa byłaby też silna ideologizacja struktur państwa. Ta ideologizacja postępuje, ale jeszcze jest hamowana.
Załóżmy, że program 500+ zakończy się sukcesem. Co wtedy? Ludzie dadzą się kupić? Będą bronić PiS jak niepodległości?
– Oczywiście, że tak. Sprawne przeprowadzenie tego programu będzie wielkim atutem PiS w rozgrywce z opozycją. Choć miejmy świadomość, że rozpocznie to fazę konieczności prezentowania kolejnych tego typu pomysłów. To będzie eskalowało. Wyborcy będą się spodziewać kolejnych ofert.
Czyli naród jest wdzięczny ale tylko przez chwilę.
– Jak zawsze. Łaska wyborców na pstrym koniu jeździ.
Będziemy mieli w najbliższym czasie kolejne awantury?
– PiS chce zmieniać i przejmować dużo więcej. Trybunał Konstytucyjny nie był tu pierwszym celem, miały nim być media publiczne. Po podpisaniu przez prezydenta ustawy o Trybunale może dojść do operacji pod tytułem przejęcie mediów publicznych. To zresztą już się dzieje na poziomie koncepcyjnym. Są przecież osoby odpowiedzialne za przeprowadzenie tej akcji.
Będziemy mieli coraz bardziej brutalne PiS i opozycję, zwłaszcza pozaparlamentarną, która będzie coraz bardziej zdeterminowana?
– Będziemy mieli sytuację, którą nazywam roboczo dwubiegunowością polskiej sceny politycznej. To będzie kontynuacja podziałów istniejących wcześniej, kiedy PiS było w opozycji partią doktrynerską, a Platforma partią kartelem. Mieliśmy wówczas sytuację wykluczającą dialog, taką, że gdy jedna strona wysuwała argument, druga niekoniecznie nań odpowiadała, zamiast tego wygłaszała swój punkt widzenia. Taki pseudodialog również dziś ma miejsce. I ten syndrom okopywania się na swoich stanowiskach będzie się nasilał.


Czy sytuacja wymyka się PiS spod kontroli?

Dr Olgierd Annusewicz, Instytut Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego
Z perspektywy krótkoterminowej obecna sytuacja zdecydowanie wymyka się PiS spod kontroli. To nieczęste zjawisko, by miesiąc po powołaniu rządu i niecałe dwa miesiące po wygraniu wyborów poparcie dla obozu rządzącego spadało. Wśród przyczyn tego zjawiska wymieniłbym tę, którą nazywam rewolucyjną strategią wdrażania zmian. Dla Polaków jest ona trudna do zaakceptowania. Dotychczas było przecież tak, że programy polityczne zakładające zmiany, nawet radykalne, wdrażano stopniowo, a im bardziej skomplikowana była zmiana, jak w przypadku reform premiera Buzka, tym więcej rząd inwestował w procesy komunikacyjne. Przygotowywał się do oporu wobec reform i miał wypracowane mechanizmy zarządzania tym oporem.
Prawo i Sprawiedliwość odrzuciło tę koncepcję. Wybrało metodę rewolucyjną, którą charakteryzują: pośpiech i budowa poczucia zagrożenia (w polskiej kulturze przyjęło się, że coś, co się dzieje w nocy, odbywa się w sytuacji wyjątkowej), ideologia „dobrej zmiany”, która ma wszystko tłumaczyć (naród jako absolut), i polaryzacja. Ostatni komponent jest potrzebny, by oddzielić „dobrych” od „złych”. Stąd bierze się agresywny język obecnej większości.
Moim zdaniem, polskie społeczeństwo w skali makro tej formuły rewolucyjnej nie zna i nie akceptuje. Ma to swoje uzasadnienie. Proszę sobie wyobrazić, że w jakiejś firmie szef ogłasza, że od jutra wszyscy mają chodzić do pracy we frakach i pod muchą, a kto się nie dostosuje, zostanie nazwany fleją i zwolniony. Zawsze jeśli zmianę narzuca się z mechanizmem polaryzacyjnym, budzi to opór znacznej części. Strategia rewolucyjna stoi w poprzek całej wiedzy z psychologii organizacji dotyczącej zarządzania zmianą. Mówienie, że protestują ci, których oderwano od koryta, to element ideologii, bo protestują przeróżni ludzie. Takie działanie jest dużym błędem, który – w krótkim terminie – stanowi główną przyczynę osuwania się partii Kaczyńskiego gruntu spod nóg.
Dlaczego zatem PiS jej się trzyma? Sądzę, że istnieje tam silna wiara, że w długim terminie takie działanie okaże się skuteczne. Poparta jest ona głębokim przekonaniem o słuszności tych zamierzeń. Wydaje się, że założenie jest takie: wszystkie bolesne zmiany, w tym przejęcie kontroli nad mediami publicznymi (które mają największą siłę dotarcia), spowodują, że dzięki skutecznej komunikacji prowadzonej tymi kanałami PiS na powrót odzyska poparcie społeczne. Partia liczy także na sukces projektu 500 zł na dziecko, który złagodzi jej wcześniejsze działania. Nie można przecież ignorować danych ekonomicznych, z których wynika, że dla wielu rodzin ten projekt będzie oznaczał niebagatelny zastrzyk finansowy.
Zazwyczaj jednak w Polsce rzeczywistość skrzeczy. Już teraz wiemy, że 500 zł będzie jedynie na drugie dziecko. To oznacza wykluczenie z dotowania sporej grupy rodzin. Poza tym ta kwota będzie wchodziła w dochody, więc najubożsi mogą stracić inne zasiłki. Może więc się okazać, że realnie na tym projekcie nie wszyscy skorzystają. Należy także mieć na uwadze, że bonusy oferowane przez PiS będą okupione kosztami gdzie indziej, m.in. szykuje się ustawę, która nakłada podatek VAT na szkoły językowe. Skok cen rodziców z pewnością nie ucieszy.
Dlatego przewiduję, że w różnych okresach protestować będą różne grupy. To będzie kula śniegowa, tocząca się powoli i osłabiająca wiarę elektoratu PiS w to, że ta partia może wygrać kolejne wybory.

Dr Aleksandra Porada, Katedra Psychologii Historycznej i Politycznej Uniwersytetu SWPS we Wrocławiu
Nie, wręcz przeciwnie – PiS skutecznie dąży do rozciągnięcia kontroli nad wszystkimi obszarami rzeczywistości w Polsce. Ma większość w Sejmie i sformowało rząd, a możliwość wyrażenia przez prezydenta innego zdania, niż ma partia, wydaje się nierealna. Do tego PiS właśnie usuwa ryzyko, że wygodną dla rządu i przegłosowaną przez Sejm ustawę zakwestionuje Trybunał Konstytucyjny.
Kolejnym krokiem będzie praktyczna likwidacja służby cywilnej; możemy się spodziewać, że wykwalifikowanych urzędników tej służby zastąpią ludzie PiS. O obsadzaniu spółek państwowych ludźmi partii rządzącej nie ma nawet co wspominać – po to przecież te spółki istnieją. W efekcie większość pracowników instytucji państwowych przechodzi właśnie pod kontrolę PiS. W wyjątkowej sytuacji są pracownicy samorządów, których kadencja powinna trwać jeszcze trzy lata – być może dlatego w ostatniej kampanii wyborczej prezes PiS napomykał o ustanowieniu nowych województw.
A co z mediami, zwanymi chętnie czwartą władzą? PiS zawsze może liczyć na entuzjastyczne poparcie każdego jego kroku przez liczne czasopisma, portale i stacje telewizyjne i, co bardzo ważne, właśnie jest procedowana nowa ustawa medialna.
Pozostają media, których dziennikarze mają o PiS zdanie jak najgorsze – a nie są to media niszowe. „Gazeta Wyborcza” ma wielokrotnie więcej czytelników niż „Nasz Dziennik”, „Polityka” wraz z „Newsweekiem” mają imponujące nakłady w porównaniu ze sprzedażą czasopism przychylnych PiS.
Oczywiście PiS może próbować wpływać na to, co się dzieje w mediach: rządzący politycy mogą odmawiać kontaktów z krytykującymi partię dziennikarzami, media im przychylne będą dostawać rewelacyjne „przecieki” i zamówienia na reklamy ze strony państwowych spółek. Doświadczenie uczy jednak, że nie należy przeceniać skuteczności takich zabiegów. Kto z zasady nie ogląda TV Trwam, nie dołączy do grona stałych widzów tej stacji, nawet gdyby miała ona praktycznie monopol na wywiady z członkami rządu. Żyjemy w epoce internetu, który pozwala ominąć większość przeszkód w dostępie do dowolnych informacji. Umożliwia też komentowanie działań rządzących, zwłaszcza że dotąd internauci funkcjonowali w błogim poczuciu anonimowości, a skala i jadowitość ich anonimowych wypowiedzi na temat partii rządzącej i prezydenta powinna dać do myślenia. Z drugiej strony złośliwe posty na Facebooku na działania rządu i prezydenta nie mają najmniejszego wpływu.
Zresztą wpływu nie mają także demonstracje KOD, listy otwarte naukowców, wypowiedzi przedstawicieli środowisk prawniczych – pokojowy protest i merytoryczna krytyka decyzji władz mieszczą się w ramach normalnego funkcjonowania społeczeństwa demokratycznego. Jedyne, co polityków PiS może (ale nie musi) nieprzyjemnie dotknąć, to komentarze mediów zachodnich. Kontrolować sposobu, w jaki niemieccy czy brytyjscy dziennikarze piszą o sprawie Trybunału Konstytucyjnego czy o marszach KOD, PiS nie może. Za to w Polsce sytuacja bynajmniej nie wymyka mu się spod kontroli.

Dr Magdalena Żemojtel-Piotrowska, Instytut Psychologii Uniwersytetu Gdańskiego
PiS udowodniło w wyborach, że od strony marketingowej jest partią sprawną i korzystającą z najnowszych zdobyczy tej dziedziny. Władze PiS z pewnością są więc w pełni świadome spadku poparcia i zaufania do rządu. Jednak mimo pozorów nowoczesności PiS jest partią starego typu, mającą z góry założony program, który zamierza wdrożyć bez oglądania się na potrzeby szerokiego elektoratu czy sondaże. Wynika to z konserwatywnej (i autorytarnej) wizji społeczeństwa, jaką wielokrotnie prezentowali politycy tej partii. Opiera się ona na założeniu, że naród nie wie, co jest dla niego naprawdę dobre, został ogłupiony przez nieprzychylne PiS media, a społeczeństwo potrzebuje silnego przywódcy z wizją, który naprawi całe zło wyrządzone przez inne rządy po 1989 r. Szybkie wprowadzanie zmian jest podyktowane co najmniej kilkoma przyczynami. Bardziej racjonalne wynikają z kwestii pragmatycznych – nie daje to czasu na dyskusję. Presja czasu i nocne obrady są obliczone na zmęczenie społeczeństwa i opozycji parlamentarnej, która nie może się przygotować do debaty i reagować na propozycje PiS. Te mniej oczywiste wynikają z przyjętych założeń na temat społeczeństwa i instytucji publicznych oraz samego sposobu funkcjonowania władz PiS.
Pośpiech może też wynikać z doświadczeń przedterminowych wyborów w 2007 r. Stąd chęć maksymalnego wykorzystania czasu i jak najszybszego wprowadzania zmian. Władze PiS sprawiają wrażenie głęboko przekonanych o ich słuszności i protesty obywatelskie nie są w stanie tego przekonania zmienić. Na to nakłada się jeszcze sposób podejmowania decyzji. Centralizacja władzy umożliwia szybkie decydowanie i sprawne działanie według planu, jednak wiąże się z dużym ryzykiem. Najpoważniejszy problem to tzw. syndrom myślenia grupowego, czyli bezrefleksyjne przyjmowanie pomysłów przywódcy bez dyskutowania o ich słabości czy przygotowania planu awaryjnego na wypadek porażki. W psychologii społecznej jest też znane złudzenie fałszywej powszechności, które polega na niewłaś-
ciwej ocenie stopnia rozpowszechnienia własnych poglądów (i poglądów przeciwstawnych) – przecenia się liczbę osób zgadzających się z nami, a nie docenia liczby tych o zdaniu odmiennym. Wynika to m.in. z braku kontaktu z ludźmi o odmiennych poglądach, z unikania mediów, w których są prezentowane inne opinie, i otaczania się osobami, które potwierdzają nam naszą wizję świata. Dlatego nawet mając do dyspozycji wyniki sondaży, można uważać, że nie są one wiarygodne i nie oddają prawdziwego stanu rzeczy.
Dwa czynniki, których nie doceniły władze PiS, to silny opór społeczny i sprawność Nowoczesnej. Zapewne PiS założyło, że społeczeństwo jest zainteresowane tylko reformami, które dotyczą spraw ekonomicznych i obyczajowych, i nie uwzględniło tego, że kwestia Trybunału Konstytucyjnego spowoduje, że Polacy wykażą zainteresowanie funkcjonowaniem państwa. Paradoksalnie kryzys konstytucyjny ujawnił dojrzałość polskiego społeczeństwa obywatelskiego i niechęć do autorytarnego sposobu sprawowania rządów. PiS musi więc zmierzyć się z szerokim oporem społecznym, który obejmuje bardzo różne środowiska i grupy zawodowe, zaniepokojone nie tylko treścią proponowanych ustaw, ale i stylem ich wprowadzania. Na razie trudno jeszcze mówić o utracie kontroli nad sytuacją, ale PiS najprawdopodobniej wpada właśnie w błędne koło samospełniającego się proroctwa. Zakładając niechęć opozycji i obawiając się Trybunału Konstytucyjnego podczas wprowadzania zmian, wywołało bardzo szybko spadek poparcia i wzrost nieufności nawet w tych środowiskach, które pozostawały neutralne wobec tej partii.

Dr Rafał Towalski, Kolegium Ekonomiczno-Społeczne Szkoły Głównej Handlowej
Rosnące niezadowolenie społeczne z polityki obecnego rządu rodzi uzasadnione pytanie o przyszłość obietnic, których realizacja ma poprawić los milionów pracujących. Chodzi o wprowadzenie minimalnej płacy godzinowej, podwyższenie płacy minimalnej do wysokości 50% przeciętnego wynagrodzenia, cofnięcie reformy wieku emerytalnego czy konieczność pisemnego potwierdzania pracownikowi ustaleń związanych z zawarciem umowy o pracę. Podzielam obawy o to, co się stanie z tymi postulatami.
Nie mam wątpliwości, że realizacja przynajmniej części z nich, w sytuacji kiedy pogłębiają się nierówności płacowe, a szara strefa na dobre zakorzeniła się w gospodarce, mogłaby się przyczynić do wyraźnej poprawy położenia dość licznej grupy pracowników. Tylko czy tak się stanie?
Najpierw podzielę się obawami wyrosłymi na gruncie ekonomicznym. Polska nadal korzysta z najprymitywnejszej przewagi konkurencyjnej, jaką są koszty pracy. Dotyczy to nie tylko możliwości przyciągania inwestorów zagranicznych, ale również konkurencyjności rodzimych producentów zorientowanych na eksport.
Trudno mi także oszacować zarówno w krótkim, jak i w długim terminie koszty kolejnej zmiany w systemie emerytalnym. Przywrócenie wieku emerytalnego sprzed reformy to rozwiązanie na krótką metę.
Realizacja obietnic może też napotkać poważne bariery polityczne. I nie są nimi siły opozycyjne. Prawdziwym problemem jest złożona struktura wewnętrzna PiS. Liczne frakcje wewnątrz partii, często reprezentujące odmienne ideologie ekonomiczne, obsadziły resorty swoimi ludźmi. Nie jest tajemnicą, że w Ministerstwie Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej znajdziemy ludzi kojarzonych ze związkami zawodowymi. Ale już w innych resortach na wysokich stanowiskach zasiadają osoby wywodzące się z organizacji pracodawców. „Lepiej zorientowani” uważają, że prędzej czy później dojdzie do tarć wewnątrz rządu. A zawarte w ich wyniku kompromisy będą rozwiązaniem cząstkowym.
Wreszcie kwestia bardzo ważna, czyli nastroje społeczne. Słabnąca legitymacja społeczna obecnego rządu może być przeszkodą, ale o wiele ważniejsze może być niezadowolenie społeczne grup, które dotkną zapowiadane reformy. Nowa ustawa o służbie cywilnej związana jest z masowymi zwolnieniami w administracji. Propozycja ustawy o funkcjonowaniu górnictwa węgla kamiennego, zawierająca tajemną formułę wygaszania, może być dużym rozczarowaniem dla górników, do tej pory wspierających PiS. Znając siłę struktur branżowych, obawiam się, że autorytet szefów central związkowych może nie wystarczyć do powstrzymania na dłuższą metę protestów pracowników górnictwa, kolei czy energetyki. Z kolei organizacje pracodawców, reprezentujące interesy przedsiębiorców, nie będą bezczynnie się przyglądały sięganiu przez rząd do kieszeni banków i sieci handlowych.
Może zatem dojść do poważnych konfliktów z partnerami społecznymi i tym samym do blokady niedawno wznowionego dialogu społecznego. Wraz z nadejściem nowego roku rząd stanie przed wielkim wyzwaniem realizacji obietnic wyborczych, mogących stworzyć nowe pola konfliktów, przy których przemarsze obrońców demokracji będą tylko powierzchowną raną na obliczu nowej władzy.
Not. Wiktor Raczkowski

 

Foto: Krzysztof Żuczkowski

Wydanie: 1/2016

Kategorie: Wywiady

Komentarze

  1. Damian
    Damian 5 stycznia, 2016, 03:49

    Przeczytajcie artykul Maxa Kolonko o zamachach we Francji oraz ludziach, ktorzy steruja ISIS. To szokujace, ze ludzie potrafia zabic wlasnych rodakow dla wladzy i pieniedzy… http://www.bookstar.pl/7980

    Odpowiedz na ten komentarz
  2. Stefan2015
    Stefan2015 6 stycznia, 2016, 22:04

    Szanowny Panie prof.Konarski ,czytając pański wywiad :wojna Jarosława nabywa się przekonania że nie zależy Panu na dążeniu do wypracowania płaszczyzny porozumienia stron ale podgrzewaniu atmosfery politycznej w Polsce. Z jednej strony sugestia dla rządzących umiaru w sprawowaniu władzy ,a innym /Nowoczesnej czyli przeczkolaków z lat 80-tych którzy mają teraz uczyć nas na czym ma polegać demokracja w Polsce/ udziela Pan wskazówek do nabywania wiedzy jak manipulować społeczeństwem jako ruch oporu.
    Nie słyszałem wcześniej o udzielaniu przez Pana takich wskazówek innym partią.
    Jeden z naszych wieszczy kiedyś napisał : „Ludzie są jak piękna bryła Granitu z której można wyrześbić piękny posąg „Apalla” albo kicz. My wszyscy jesteśmy rześbiarzami tego posągu” Pytanie jest : Co chcemy „ rzeźbić”? Ku posągowi „Apolla” chyba nie za bardzo ,gdyż to wymaga pewnego kunsztu i wyobraźni .Tworzenie kiczu jest łatwiejsze i prostrze w” sterowaniu dłutem”.A obwiniać za to można zawsze wielu. Zdziwieniem dużym jest jak Pan sam przyznaje „mamy w Polsce pluralizm i że demokracja istnieje „
    Tu stawia Pan dobre pytanie : Kto jest narodem? I tu małe przekłamanie z Pańskiej strony „Polacy okazali się zaskakująco czujni,gdyż PiS zaczoł podporządkowywać sobie Trybunał”.To przecież PiS wykazał się zaskakująco czujny przy manipulacji ustaw w wyborach sędziów do TK .Mających być później „Kartą przetargową” do dalszych manipulacji gdyby PiS dostał się do władzy.” Pisze Pan dalej „Taką „szczególną formą” jest wyeliminowanie Trybunału Konstytucyjnego? Żeby uchwalać ustawy, jakie się chce?” A co do tej pory dokonywało PO.? Jakie ustawy z jakim poszanowaniem prawa. Czyjej demokracji? Po przez fałszywą partyjną solidarność posłów PO w parlamencie. Inne przysłowie mówi:Na złodzieju czapka goreje. Jakich to ustaw można się obawiać? Strach ma duże oczy i przejaskrawia realia? Panie profesorze dom jakim jest Polska musi mieć mocne i zdrowe podstawy prawne budowane w spokoju i rozwadze a nie w napuszczanie jednych na drugich.

    Odpowiedz na ten komentarz
    • manjaa
      manjaa 25 stycznia, 2016, 07:04

      „A co do tej pory dokonywało PO?” W ZSRR kiedyś na zarzuty o braku wolności odpowiadano: „A u was murzynów biją” Czy to, że PO robiła źle, znaczy, że PIS może jeszcze gorzej? Daje to legitymację do łamania demokracji? Czy nie można tak zorganizować konkursów na rożne stanowiska, by nie były one polityczne? Trzeba od razu mówić, że wcześniej i tak były ustawione, więc my tez możemy? Oni byli źli, więc my nie możemy inaczej, a nawet powinniśmy byc gorsi, bo będziemy bardziej skuteczni. To dla mnie rozumowanie prostaków, dzikusów polityki. No i jeśli pouczają nas państwa starej demokracji, to może nie wykrzykujmy, że my dzisiaj jesteśmy lepsi, bo to nas kiedyś zaatakowano w II wojnie św. Jeśli trzy osoby ci mówią, że jesteś pijany to idź się połóż.

      Odpowiedz na ten komentarz
      • Stefan2015
        Stefan2015 30 stycznia, 2016, 18:48

        Czytając coś tu napisał ,dajesz mocno do zrozumienia że brakuje Ci jeszcze jeden kieliszek abyś poszedł spać.
        Wybacz nie zafunduje Ci tego ,bo już za mocno się plączesz.

        Odpowiedz na ten komentarz
  3. Ryszard
    Ryszard 1 lutego, 2016, 07:07

    Dlaczego wielu myśli że demokracja jest zagrożona? Przecież nigdy w Polsce nie było demokracji.
    Na polityce się nie znam, ale widzę że jest coś nie tak z tą demokracją. Mam małe gospodarstwo rolne i nie mogę sprzedać rąbanki, nie wolno mi nic robić z płodów rolnych. Czuję że jestem oszukany przez rządy PO i PIS. Demokracja polega na tym że chłop może sprzedawać swoje produkty jak chce, a nie słuchać prawa napisanego przez wielkie korporacje międzynarodowe.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy