Żadnych „wizji” i „przełomów”

Rok 2007 to był rok kraksy Czwartej RP. Dla większości Polaków wydarzenie szczęśliwe, ale dla sporej mniejszości powód do żałoby. Należę do większości i 21 października był dla mnie dniem radości, podobnym trochę do wielkiego szczęścia końca roku 1989, kiedy upadał w Polsce komunizm. Piszę o pewnym podobieństwie, bo nie można przyrównywać wyborów sprzed dwu miesięcy do ogromu przemiany, która dokonywała się 18 lat temu. Podobne było to, że w obu wypadkach odchodziliśmy od nienormalności i wracaliśmy do normalności. Nie przypadkiem to określenie często wtedy używane pojawiło się ponownie teraz. W latach 2005-2007 przeżyliśmy antydemokratyczną dewiację, która, choć krótkotrwała i nie do końca wykluta, dała się mocno we znaki większości Polaków. Gdyby trwała dłużej, wyklułaby się bardziej, niszcząc pluralizm instytucji publicznych i dałaby nam o wiele bardziej w kość. Na szczęście stało się inaczej. Bardzo ważne jest, że owa dewiacja została odrzucona, i to z wielką siłą emocjonalną z powodu jej samej, a nie przy okazji, jako uboczny efekt niezadowolenia z innych, na przykład ekonomicznych powodów. Ekonomiczne i socjalne powody nakazywały raczej głosować za kontynuacją rządu Kaczyńskiego, na prostej zasadzie, by czegoś dobrego i znanego nie zastąpić czymś nieznanym i nie wiadomo, czy nie gorszym. Dwa ostatnie lata to okres wyraźnej poprawy poziomu życia ludności, mało związany z działaniami rządu, ale dający się łatwo zapisać na jego korzyść. Mimo tego ogromna większość wyborców, a wśród nich jedna trzecia tych, którzy wcześniej zostawali w domach, głosowała przeciwko rządowi PiS. To jest optymistyczne, bo oznacza, że u większości wyborców lata 2005-2007 były jak kuracja antydemokratyczną szczepionką. Jest więc szansa, że ta część elektoratu uodporni się na pokusy tak zwanej silnej władzy, na wodzowskie zadęcia, na mamienie przełomami i mocarstwowymi niemal wizjami, na ustawianie narodu do marszu w świetlaną przyszłość wymyślaną najczęściej pod wpływem psychopatologicznych skłonności, których w polityce nigdy nie brakowało.
Polsce nie są potrzebne rewolucje takie i owakie, przełomy, wizje i marsze. To się czasami zdarza, ale to są chwile wyjątkowe, rzadkie. Naród musiał stanąć w szeregu marszowym w roku 1939, kiedy zostaliśmy napadnięci. Wtedy przydałby się wódz, lepszy niż Rydz-Śmigły, ale go nie było. Polska przeżyła rewolucję i przełom w roku 1989, kiedy zrzucała komunistyczną dyktaturę. Dziś jest czas pokoju, Polska ma wytyczone miejsce, mamy też stworzone przez 18 lat zbiorowego wysiłku nowy ustrój i nową gospodarkę. Mamy więc ramy i narzędzia tak dobre, jakich nie mieliśmy od niepamiętnych czasów. One powinny być udoskonalane, modyfikowane, czasami zastępowane innymi, ale nie wywracane na nice. Trudno o większą katastrofę niż następowanie po sobie przy każdej zmianie ekipy rządowej nowej wizji do realizacji. Właśnie taką nieszczęśliwą próbę odrzuciliśmy. Naród jest od trwania, a nie od maszerowania, politycy od tego, by państwo ze swej strony dopomagało systematycznemu poprawianiu tego trwania. To także wymaga wyobraźni, finezji, oczywiście mozołu, bo bez mozołu nie ma niczego, i to także może być fascynujące, porywające. Nawet bardziej niż rewolucje i przełomy.
Rząd Tuska istnieje niespełna dwa miesiące i już słychać liczne wydziwiania, że nie ma wizji, że nie zrobił tego, owego, tamtego. Gdy chodzi o wizję, to uważam, że rząd nie musi jej mieć, byle wiedział, co wymaga zmiany i poprawy w różnych dziedzinach, a co kontynuowania. I by nie mylił jednego z drugim. I sądzę, że rząd taką orientację ma, a w każdym razie za wcześnie, by twierdzić, że jej nie ma. Przypominam sobie też, słuchając tych wymądrzeń, czego to jeszcze nie zrobili i jakie to błędy już popełnili (wygląda, jakby komentatorzy, nie tylko ci o PiS-owskim nachyleniu, wzięli sobie do głowy „Notatnik Agitatora”, tej partii, o którym było głośno), jak to miesiąc i trochę po utworzeniu rządu Mazowieckiego zrobiłem naradę wybitnych intelektualistów, by posłuchać mądrych rad. Zostałem zarzucony lawiną pretensji, co to już spieprzyliśmy i czego jeszcze nie załatwiliśmy, choć być powinno. Był tylko jeden trzeźwy na tamtej sali, mecenas Jan Olszewski, który powiedział: opamiętajcie się, przecież oni są u władzy dopiero miesiąc! Kiedy Mazowieckiemu pokazałem „syntezę” tej dyskusji, prawie mnie wyrzucił za drzwi: „Nigdy mi czegoś takiego nie przynoś! Ja wiem, co mam robić, nie muszą mi mówić. Niech mi podpowiedzą, jak to zrobić!”.
Życzę nam wszystkim, aby w nowym roku rząd nie miał żadnej wizji i nie planował żadnych przełomów, tylko żeby skutecznie poprawiał to, co poprzednicy zepsuli, i to, co było od dawna do poprawienia w Trzeciej Rzeczypospolitej, która okazała się Najjaśniejszą po skosztowaniu Czwartej.

Wydanie: 1/2008

Kategorie: Blog

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy