Zaloty w Hawanie

Zaloty w Hawanie

Dla USA Kuba to po prostu kolejny rynek zbytu, na którym w dodatku nie ma żadnej konkurencji

Trudno o bardziej symboliczny moment we współczesnych stosunkach międzynarodowych. Szef amerykańskiej dyplomacji John Kerry przybywa do stolicy jednej z ostatnich komunistycznych republik na świecie, by uroczyście wciągnąć na maszt flagę Stanów Zjednoczonych i otworzyć na nowo ambasadę. Oficjalne przywrócenie stosunków dyplomatycznych jest konsekwencją grudniowego porozumienia między Barackiem Obamą (a właściwie jego głównym negocjatorem z Narodowej Rady Bezpieczeństwa, Benjaminem Rhodesem) i Raulem Castro, a pojawienie się na stałe jankesów na wyspie wzbudziło emocje nie tylko wśród Kubańczyków, ale i na całej półkuli zachodniej.

Do pełnej normalizacji jeszcze daleka droga, a nadchodzące wybory prezydenckie i republikańska większość na Kapitolu mogą zniweczyć lata negocjacji. Przed Kubą jednak szeroko zdają się otwierać drzwi do globalnej wioski.

Hiszpanie nie śpią

25 lat po zakończeniu zimnej wojny względy ideologiczne mają dla Waszyngtonu znaczenie być może mniejsze niż kiedykolwiek. Coraz trudniej uzasadnić nie tylko embargo handlowe, ale i zakaz podróżowania na wyspę czy takie uregulowania prawne jak słynny Helms-Burton Act z 1996 r., pozwalający Stanom Zjednoczonym nakładać kary na firmy handlujące zarówno w USA, jak i na Kubie.

Zmiany zaszły zresztą nie tylko w Białym Domu. Partia Komunistyczna też nie ma takiej władzy nad życiem Kubańczyków jak w czasach młodości Fidela, a przede wszystkim nie ma już bogatego zagranicznego sponsora. Po upadku Związku Radzieckiego rolę tę na chwilę przejęła Wenezuela, ale z powodu chaosu wewnętrznego i kryzysu na rynkach ropy Caracas także nie jest w stanie utrzymywać nierentownych projektów braci Castro. W ostatnich latach reżim bardzo zelżał, zliberalizowała się również gospodarka. Kubańczycy zakładają własne mikroprzedsiębiorstwa i w pełni korzystają z dobrodziejstw kapitalizmu, zapożyczając się na potęgę w bankach.

Ta powolna transformacja na wyspie nie mogła pozostać niezauważona przez potężnego sąsiada. Obama wydaje się doskonale świadom zmian, co może tłumaczyć nagłe przyspieszenie w negocjacjach. Zbliżenie z Kubą, również poprzez likwidację kontrowersyjnej bazy w Guantanamo, obiecywał bowiem jeszcze na początku swojej pierwszej kadencji, w 2009 r. Niedotrzymanie tych obietnic często zarzucali mu przeciwnicy we własnej partii. Wiele wskazuje na to, że teraz od całej sprawy oddzielono jednak aspekt polityczny. Dla Waszyngtonu Kuba to po prostu kolejny rynek zbytu. W dodatku taki, na którym nie ma żadnej konkurencji. Przy sprawnym działaniu dyplomatycznym Stany mogą tu zapanować niepodzielnie.

Strony: 1 2 3

Wydanie: 36/2015

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy