Ze Szwajcarii do Polski

Ze Szwajcarii do Polski

Małe szwajcarskie miasteczko. Sielsko, anielsko, dostatnio, każdy centymetr tego świata zadbany, ostrzyżony, wymyty i wypieszczony. Kiedy idę na spacer, widzę roboty strzygące trawę, suną bezszelestnie po trawnikach wielu posesji jak żółwie. Wkrótce ten wynalazek dotrze do Polski. Wcześniej w Izraelu uderzyło mnie, że tam prawie już nie ma tradycyjnych rowerów, są te na małych kółkach, z akumulatorem, który napędza elektryczny silniczek, wtedy nie trzeba pedałować. To także wkrótce opanuje Polskę. Oczywiście te akumulatorki są powszechnie kradzione, więc rowerzyści zabierają je ze sobą, kiedy schodzą z roweru. Wiele się zmienia w świecie, ale natura człowieka nie.

Berno, stolica Szwajcarii, niemałe miasto, a taki spokój, nawet tam, gdzie tłok, nie ma napięcia, które jest w Polsce czy we Włoszech. Chciałoby się powiedzieć: tak procentuje brak wojen od stuleci. Ale przecież Niemcy zostały przemielone przez dwie wojny światowe, a ta społeczność wydaje się już zdrowa, duchowo harmonijna i spokojna. Klęska i jej upokorzenia nie muszą prowadzić do choroby duszy, jeśli po traumach następuje czas dobrobytu. Tak się stało w Japonii. Straszne rzeczy się dzieją, gdy klęska i jej upokorzenia łączą się z kryzysem ekonomicznym, jak w Niemczech w latach 20. Polska dostała po zaborach chaos 20-lecia, klęskę wojny, stalinizm, biedę PRL. Gniła nam dusza. Po 1989 r. wszystko szło w dobrą stronę, ale dwa lata temu to się skończyło.

W małym Burgdorfie tydzień z Grzegorzem Rosińskim, autorem „Thorgala”, wybitnym ilustratorem. Mówi mi: „Wiesz, ja właściwie jestem już Belgiem”. Ja na to: „A guzik prawda”. Co chwila przybiegał do mnie z jakimiś rewelacjami z Polski, raz nawet z tabletem, by pokazać relacjonowaną na żywo blokadę marszu faszystów na warszawskim Nowym Świecie. Mówię: „Ty przecież cały jesteś zrobiony z Polski, znasz nie gorzej niż ja wszystkich aktorów naszego politycznego »Muppet Show«. Odpowiada: „Może masz rację, wcześniej od jakiegoś czasu byłem tylko dumny z Polski, że dokonała takiego skoku cywilizacyjnego. Wtedy byłem Belgiem. Od kiedy Polska jest chora i niszczona, poczułem się w 100% Polakiem”.

A ja przez tydzień z zapartym tchem obserwowałem, jak Grzegorz wyczarowuje nowe światy błyskawicznymi ruchami dłoni z ołówkiem lub pędzlem. I ta jego serdeczna skromność mimo światowej sławy i wielkiej popularności.

W małym niemieckim miasteczku blisko Norymbergi nocleg w gospodzie pachnącej golonką i pieczenią. Miasteczko miniaturowe i ładne aż do bólu. Ryneczek z fontanną, dwa bardzo stare kościoły, wieża obok sędziwego budynku, przy nim na zasadzie kontrastu aparat do ładowania samochodów elektrycznych. Bogato, czysto, sennie, świetne miejsce do pisania grubych powieści. Na dachu jednego z kościołów stoi dziewięć bocianów, Kiedy się zbliżyłem, pojąłem, że zostałem oszukany, bociany są sztuczne, gdy nagle któryś podniósł jedną nogę.

W drodze wiadomość, że nie żyje Janusz Głowacki. Przypominają mi się różne scenki z nim, choćby jak gramy w tenisa. Opisałem kiedyś nieco ironicznie nasze spotkania w Nowym Jorku, o co się zaskakująco długo gniewał. Miał niezwykły, ironiczny dystans do wielu rzeczy i do Polski, może tylko trochę brakowało mu go do siebie samego. W smutku, że już go nie ma, jest poczucie, że na szyi czas zaciska mi pętlę. Przychodzi taka chwila, gdy każda śmierć jest kroplą, która przepełnia nasz dzban. Dzwoniono do mnie z Programu I Polskiego Radia, by coś o Januszu powiedzieć. Prowadziłem, nie mogłem odebrać. I przepadło. Może dobrze, niepokój, jak to możliwe, że dzwoni do mnie publiczne radio. Jak się zachować? Do tego już doszło.

Tego nie doświadcza kierowca w Czechach ani nawet w zakręconych Włoszech, tym bardziej w Szwajcarii czy w Niemczech. Na szybkim pasie skacze ci na kark pojazd znacznie przekraczający obowiązujący limit prędkości. Miażdży niemal zderzak, mruga światłami, trąbi, wierci się. Nerwica, ale też egotyczne chamstwo. Oto ja jadę, pan szos, wszyscy won. Ale trzeba też powiedzieć, że teraz powrót do domu trasami szybkiego ruchu i autostradami to luksus. I poczucie, że te arterie łączą nas jednak mocno z Europą. Wcześniej niezauważalnie przekroczyliśmy niemiecko-polską granicę. „Jakby Polska się nie liczyła”, mówi Antoś. A ja myślę: to właśnie znak, że jeszcze się liczy. Jak tak dalej pójdzie, trzeba będzie rozpisać architektoniczny konkurs na budynki kontroli granicznej.

Wydanie: 35/2017

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy