Zielone światło dla Habecka

Zielone światło dla Habecka

Wyborcy Die Grünen wierzą, że nowy szef ponownie wprowadzi partię do politycznego mainstreamu

Korespondencja z Berlina

Zanim zaczął karierę polityczną, Robert Habeck był całkiem niezłym pisarzem. Jego powieści są sprawnie napisane, choć nie zaskakują literackimi fajerwerkami. Czy to dlatego ambitny niegdyś filolog zdecydował się pójść do polityki? Kiedy w 2002 r. zasilił szeregi Zielonych, tworzenie beletrystyki było jego głównym źródłem dochodu. – W polityce chciałem się tylko wypróbować, traktowałem ją raczej jako hobby – zasugerował niedawno w wywiadzie dla hamburskiego tygodnika „Die Zeit”. Niespełna 16 lat później 48-letni Niemiec uchodzi za największy talent w swojej partii. W styczniu Habeck i Annalena Baerbock zastąpili na stanowiskach szefów Die Grünen Cema Özdemira i Simone Peter, którzy po zakończonych fiaskiem negocjacjach z CDU i FDP podali się do dymisji.

W centrum uwagi mediów Habeck znajdował się już wcześniej. Od 2012 r. pełni funkcję wicepremiera i ministra środowiska w lokalnym rządzie w Szlezwiku-Holsztynie, gdzie od czerwca 2017 r. funkcjonuje koalicja jamajska, czyli sojusz chadeków, liberałów i Zielonych, do którego na szczeblu federalnym nie doszło. W objęciu przez Habecka stanowiska przewodniczącego Die Grünen niemieccy dziennikarze dostrzegają więc dalszy zwrot ku centrum. Urodzony w Lubece polityk siedział zresztą przy stole obrad podczas jesiennych rozmów sondażowych. Aksjomatem w jego kampanii było przekonanie, że koalicja przyniesie więcej korzyści niż strat. Toteż Habeck i Wolfgang Kubicki, wieloletni lider kilońskich liberałów i od niedawna wiceszef Bundestagu, nie kryli rozczarowania, gdy starania o nią spełzły na niczym. Możliwości nowej odsłony rządu CDU-SPD Habeck zaś ocenił następująco: – Otrzymamy nowe czarno-czerwone sznurowadła, które nie zmieniają faktu, że buty już dawno się rozleciały.

Uwagę mediów Habeck przyciąga jednak nie tylko nietypowym jak na polityka rodowodem czy barwną retoryką, którą zawdzięcza gruntownemu wykształceniu filologicznemu (w 2000 r. obronił doktorat z literaturoznawstwa). Zmian wobec dotychczasowej linii Die Grünen będzie pod jego przewodnictwem wiele.

Zaniedbane tematy

Okazuje się, że Habeck skupia w sobie wszystkie zdolności, które w obecnych czasach gwarantują sukces w polityce: talent retoryczny, znakomite wyczucie nastrojów społecznych i umiejętne posługiwanie się instrumentami władzy. Poza tym jako minister środowiska w Kilonii zajmuje się sprawami autentycznie zielonymi. W ostatnich latach bowiem coraz częściej zarzucano liderom tej partii, że parcie do władzy przysłoniło im zagadnienia, które kiedyś były jej fundamentem. Inna sprawa, że kanclerz Merkel w ostatnich latach zręcznie zagospodarowywała tematy działaczy ekologicznych. W swoich woltach szefowa rządu widziała możliwość zdobycia ich elektoratu – i rzeczywiście ten pozwolił CDU utrzymać pozycję lidera w kolejnych sondażach, a Zielonych niemal zrzucił poniżej progu wyborczego. Lecz zdaniem Habecka szefowa rządu nigdy nie była w stanie pogodzić kwestii ekologicznych i społecznych. – Merkel obawia się rezygnacji z węgla, ponieważ boi się, że wielu Niemców obarczy ją odpowiedzialnością za utratę pracy. Ale wymogi czasu są takie, że nie będzie mogła tego uniknąć. Trzeba to jakoś pogodzić – żądał Habeck w telewizyjnej Jedynce. On sam utrzymuje, że jest zdolny do podjęcia tak odważnych decyzji, choć nie uważa siebie za nieokiełznanego buntownika. Wśród członków partii nowy przewodniczący uchodzi za realo, czyli pragmatyka ze zdolnościami do ucierania kompromisów nawet z potencjalnymi oponentami.

Wszystkie te kompetencje, które w wielkim skrócie można opatrzyć metką „lewicowe centrum”, kwalifikują go do poważniejszych zadań. Wielu wyborców Die Grünen wierzy, że właśnie Habeck po niemal dwóch dekadach może dokonać tego, co nie udało się ani Claudii Roth, ani Cemowi Özdemirowi – ponownie wprowadzić Zielonych do politycznego mainstreamu. Ci, którzy poprzednio sprostali temu zadaniu, Joschka Fischer i Jürgen Trittin, są dziś w partii niekwestionowanymi autorytetami, przy czym Habeck chciałby powtórzyć ich sukces na swój własny sposób. – Jest zwierzęciem politycznym, zarazem ma wysoki intelekt i fachową wiedzę, potrafi przewidzieć, kiedy ktoś chce go przechytrzyć – mówi jego poprzedniczka Simone Peter. Habeck nie tylko jest fachowcem, ale potrafi też podjąć grę, przybrać pokerową twarz i niekiedy podjąć ryzykowną decyzję. – Tego brakowało naszej partii w ostatnim czasie – uważa jeden z młodszych członków Zielonych w Berlinie. Nawet sam przewodniczący przyznał we własnym artykule dla dziennika „FAZ”: „Podczas rozmów sondażowych z CDU i FDP byliśmy zbyt życzliwi. To musi się zmienić”.

Robert Habeck nie chce być jedynie szefem i fachowcem, pragnie być również autorytetem, co w „antyautorytarnej” partii o spłaszczonej hierarchii nie jest oczywiste. Przed objęciem urzędu postawił kilka warunków. To pokazuje, że jeszcze nikt nie miał na tym stanowisku tyle władzy co on, nawet jeśli formalnie dzieli je z młodszą o dziesięć lat Annaleną Baerbock. Habeck zaznaczył, że chce jeszcze przez jakiś czas pozostać ministrem środowiska i wicepremierem Szlezwika-Holsztynu. Dotąd każdy kolejny przewodniczący Zielonych rezygnował z innych stanowisk, by nie narazić się na zarzut skupiania w swoim ręku ponadprzeciętnej władzy. Tymczasem Habeck zapowiedział, że jeśli członkowie partii się nie zgodzą, zrezygnuje z kariery w stolicy.

W styczniu udało mu się jednak zjednoczyć wokół siebie większość Zielonych. Do października 2018 r. nowy lider będzie więc stał jedną nogą w Kilonii, a drugą w Berlinie. To zrodziło także skutki prawne, bo specjalnie dla Habecka musiały zostać zmienione pewne ustępy w statucie partii.

Silny prezes

Styczeń 2018 r. Robert Habeck siedzi w restauracji przy Fiordzie Kilońskim, pije kawę z mlekiem i czyta opasłą powieść. Gdy w lokalu pojawiają się redaktorzy z telewizji ZDF, od razu zamyka książkę i przechodzi do politycznych konkretów, nie odpowiadając na pytanie dotyczące lektury. – Nie rezygnuję ze stanowisk w Kilonii nie dlatego, że chcę więcej władzy. Chodzi o spełnienie oczekiwań, które pokładają we mnie wyborcy w Szlezwiku-Holsztynie. Przecież tyle im naobiecywałem i teraz mam zwijać manatki? – pyta. Te niespełnione jeszcze obietnice to rozwój energetyki wiatrowej i zmiany w prawie dotyczącym stosowania nawozów. Kubicki, oficjalnie adwersarz polityczny, a prywatnie dobry znajomy Habecka z czasów kilońskich, potwierdza, że szef Zielonych, pozostając ministrem środowiska, kieruje się głównie odpowiedzialnością. – Chce najpierw doprowadzić w Kilonii kilka rzeczy do końca i namaścić następcę. Habeck jest po prostu sumienny, ale chce również być silnym szefem swojej partii, chciałby do każdej decyzji przekonać jak najwięcej członków. Choć na pewno nie jest człowiekiem, który osiąga szczyty za wszelką cenę – sądzi wiceszef FDP.

Wymowną ilustracją tych słów jest konwencja Die Grünen z 2013 r. Już wtedy jako minister środowiska w Kilonii Habeck musiał przekonać całą partię do swojej decyzji. Peter Altmaier, zaufany Merkel i minister środowiska w rządzie federalnym, poprosił go, aby zwrócone przez Anglię odpady radioaktywne zostały tymczasowo zmagazynowane w Szlezwiku-Holsztynie. Większość Zielonych nie kryła oburzenia. Minister środowiska na to się zgodził? Na dodatek minister z ramienia ugrupowania, które po tragedii w Fukuszimie wypisało na sztandarach hasło: Atomkraft? Nein, danke! (Energia atomowa? Nie, dziękuję!)? – Gdybym ich wtedy nie przekonał, zrezygnowałbym ze wszystkich stanowisk. Jeszcze nigdy nie byłem tak blisko końca kariery jak wtedy – przyznał Habeck tuż przed objęciem urzędu w styczniu. Ale w końcu przekonał. Przeprosił pokornie, zapewniając, że nie miał innego wyjścia, po czym otrzymał wsparcie miażdżącej większości członków. – Habeck dobrze pojmuje zasady gry politycznej. I dokładnie wie, czego chce – tłumaczy Kubicki.

Szybka kariera

Mimo że dziś Habeck skromnie twierdzi, jakoby zawsze chciał być tylko pisarzem, a w 2002 r. wszedł do polityki na próbę, szybko połknął bakcyla. Jego kariera w partii przebiegała błyskawicznie. Już w 2004 r. został szefem Zielonych w Szlezwiku-Holsztynie. Stanowisko prezesa partii na szczeblu federalnym zaproponowano mu cztery lata później, ale wówczas odmówił, bo jego dzieci (Habeck ma czterech synów) były wtedy jeszcze – jak powiedział – „w wieku niepozwalającym ojcu na większe zaangażowanie polityczne”. Zamiast tego pozostał w Kilonii i w pobliżu swojego ukochanego morza, wspinał się po szczeblach lokalnej kariery, zostając najpierw w 2009 r. szefem frakcji Zielonych w Szlezwiku, a już dwa lata później wiceszefem lokalnego rządu. – Wszystko albo nic, tyle że w odpowiednim momencie. Robert potrafi czekać – mówi Kubicki.

Z tym że Habeck nie zawsze potrafił wyczuć odpowiednią chwilę. Już w styczniu 2017 r. był przekonany, że zostanie szefem Zielonych i poprowadzi partię do wyborów parlamentarnych. Przegrał wtedy ze swoim przyjacielem Cemem Özdemirem o niewiarygodne 0,22 pkt. Mimo to wytrwale czekał i polityczni bukmacherzy liczyli na to, że po powstaniu koalicji jamajskiej zostanie ministrem środowiska. Jeszcze przed wyborami do Bundestagu stołeczni liderzy Die Grünen zainicjowali tzw. Operation Robert, chcąc go wtedy ściągnąć do Berlina. Ale on odmówił, zasłaniając się argumentem, że dopiero dwa miesiące wcześniej po raz drugi został ministrem środowiska w Kilonii. Chętnie weźmie udział w negocjacjach, ale ma sporo pracy w Szlezwiku-Holsztynie – podkreślał. Według opinii innych obawiał się, że przedwczesna przeprowadzka do Berlina mogłaby wywołać w mediach wrażenie wewnętrznej batalii z Özdemirem. To całkiem prawdopodobna teoria. Habeck jest wprawdzie zwierzęciem politycznym, mającym konkretne cele i chcącym coś zmienić, ale jak wskazuje jego biografia – spędzanie życia w domowym zaciszu literackim, gdzie tworzy teksty z żoną, pisarką Andreą Paluch – także indywidualistą, któremu udział w bieżących wojenkach partyjnych jest obcy. I co ważniejsze – zgoła niepotrzebny.

Habeck doskonale wie, że wyborcy nie lubią wewnętrznych potyczek wysoko opłacanych polityków, i dlatego wszelkie nieporozumienia z kolegami załatwia za zamkniętymi drzwiami. Najważniejsi politycy Zielonych – od prawego do lewego skrzydła – są zgodni co do tego, że teraz nadszedł czas Habecka. Dlatego próbowali go odwieść od zamiaru pozostania ministrem w Kilonii. Jürgen Trittin, Cem Özdemir, Anton Hofreiter i Winfried Kretschmann zastosowali wtedy wszelkie możliwe argumenty. Habeck zaś zamknął się z nimi na godzinę w bibliotece w centrali Zielonych przy Invalidenpark i przekonał ich do swoich racji. – To polityk zrównoważony i spokojny, a jednocześnie mający niezwykłą siłę perswazji – mówi o nim Simone Peter. Przede wszystkim jednak wicepremier Szlezwika-Holsztynu ma jasną wizję, marzy o odrodzeniu Zielonych jako szerokiego zjednoczonego ruchu, który zajmie miejsce pozostawione jego zdaniem przez lewicowe partie, takie jak SPD i Die Linke. „Die Linke zachowuje się coraz bardziej jak populistyczna AfD, wygłaszając egzotyczne postulaty zamykania granic i wykluczania grup etnicznych. Sahra Wagenknecht żąda redystrybucji środków budżetowych, ale to samo w sobie nie czyni jeszcze jej ugrupowania lewicowym”, tłumaczył w niedawnym wywiadzie dla „Spiegla”.

Zielony Trudeau

Kiedy Habeck opowiada, że chciałby przeistoczyć swoją partię w szeroki ruch, niektórzy komentatorzy zaczynają go porównywać z Emmanuelem Macronem. „Zielone En Marche?”, pyta Leonhard Landes z „Huffington Post”, podkreślając, że Habeck pragnął skończyć z reputacją Zielonych jako Verbotspartei (partii zakazów). – Nie jestem niemieckim Macronem – utrzymuje Habeck, choć reformatorska odwaga prezydenta Francji wzbudza w nim pewną dozę szacunku. Inni porównują szefa Zielonych z Joschką Fischerem. Wszyscy pamiętają nieugiętego maratończyka, który w ciągu roku schudł 40 kg i w 1998 r. sensacyjnie został szefem niemieckiej dyplomacji. Lecz i to porównanie nie jest na miejscu. – Joschka bywał niekiedy arogancki i macho, podobnie jak Schröder. Trudno porównać z nimi Roberta, bo te cechy potwornie go wkurzają – twierdzi jeden z moich rozmówców, członek Zielonych. „U Habecka dążenie do władzy jest jakby owinięte poetycką bawełną”, napisał kiedyś celnie dziennik „Augsburger Allgemeine”. W istocie nowy szef Zielonych bywa śmiały, ale na pewno nie jest zawadiaką. Cechuje go stanowczość, ale także wrażliwość, każąca mu stronić od stosowania Basta-Politik, czyli Schröderowskich metod podejmowania decyzji nawet wbrew konstruktywnej krytyce.

Skoro ani Macron, ani Fischer – to kto? Każdy, kto przyjrzy się wywiadom, których Habeck udzielił w ostatnich latach (a jest ich bez liku), zauważy, że z jego ust pada często nazwisko innego polityka, na którym lider Zielonych być może się wzoruje. „Kanadyjski premier Justin Trudeau doskonale pokazał, jak można skutecznie rządzić. Więcej sprawiedliwości społecznej, lepszy dostęp do nauki, obniżenie podatków. Te kwestie się u niego nie wykluczają. Podczas każdego przemówienia odnosi się z osobna do różnych środowisk – zamożnych, ubogich, a jednocześnie zwraca się do całego społeczeństwa, nikogo nie dyskryminując. To genialne, od niego powinniśmy się uczyć”, przekonywał w dzienniku „taz”. Czy „zielony Trudeau” zmieni oblicze niemieckiej lewicy?

Wydanie: 10/2018

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy