Złodziejska reprywatyzacja

Złodziejska reprywatyzacja

Od 15 lat piętnujemy w PRZEGLĄDZIE reprywatyzacyjne patologie

Morze gruzów. Tak po powstaniu warszawskim wyglądała stolica Polski. Podobnie inne miejsca w całym kraju. Wysiłkiem społeczeństwa wiele zrujnowanych kamienic, pałaców i zakładów przemysłowych udało się odbudować. Tam, gdzie tego nie zrobiono, postawiono nowe domy oraz budynki użyteczności publicznej. To wszystko nie byłoby możliwe bez przeprowadzenia nacjonalizacji gruntów. W latach 90. postanowiono to zakwestionować. W imię świętego prawa własności dawne krzywdy zaczęto naprawiać nowymi. Lokatorzy tracili mieszkania, uczniowie – szkoły i boiska, a wszyscy – publiczne parki i muzea. O tej jawnej niesprawiedliwości piszemy w PRZEGLĄDZIE od 15 lat.

Bubel AWS

O reprywatyzacji, szczególnie tej warszawskiej, jest w mediach ostatnio bardzo głośno. Społecznicy i lokatorzy słusznie domagają się przyjęcia przez Sejm ustawy, która ostatecznie ureguluje w całej Polsce sprawę roszczeń. Przy tej okazji zazwyczaj mówi się, że w 2001 r. była na to szansa, ale została zmarnowana. Prezydent Kwaśniewski zawetował bowiem ustawę reprywatyzacyjną opracowaną i przeprowadzoną przez Sejm przez rząd AWS pod koniec III kadencji Sejmu.
W tym miejscu warto jednak przypomnieć sobie, co to była za ustawa. Jej zapisy zakładały m.in. aż 50-procentowe odszkodowanie za mienie utracone po wojnie, w dodatku bez odliczenia środków włożonych przez państwo w jego utrzymanie. Co więcej, za bezprawne uznano en bloc wszystkie przepisy, na mocy których w naszym kraju dokonano nacjonalizacji. Nielegalne stały się więc również te przejęcia nieruchomości, które odbyły się zgodnie z ówcześnie obowiązującym prawem. A przecież PRL – jakkolwiek daleka od ideału – była uznawana przez cały świat i miała wszelkie formalne atrybuty niepodległego państwa.
Ustawa AWS szeroko otwierała furtkę do występowania o odszkodowania, których łączna wysokość przekraczała możliwości budżetu państwa, niebędącego jeszcze – dodajmy – członkiem Unii Europejskiej. Świetnie zdawali sobie z tego sprawę ekonomiści, którzy w liście otwartym skierowanym do Aleksandra Kwaś­niewskiego apelowali o zawetowanie ustawy. Pisali: „Uważamy, że ustawa ta zagraża bezpośrednio bezpieczeństwu ekonomicznemu Polski, stwarzając obciążenie rzędu ponad 10% PKB przy ogólnym braku środków na najważniejsze cele rozwojowe i społeczne kraju”. Wśród sygnatariuszy znajdziemy prof. Pawła Bożyka, Witolda Kieżuna i Tadeusza Kowalika. Prezydent ich wysłuchał. Zanim to jednak nastąpiło, na łamach PRZEGLĄDU Andrzej Dryszel tak oceniał dzieło autorów ustawy: „Rzadko się zdarza, by wynikiem długotrwałych i żmudnych prac parlamentu stał się akt prawny równie szkodliwy dla Polski i Polaków, jak ustawa reprywatyzacyjna. Jej zapisy podzieliły nas na lepszych i gorszych”.

Czy reprywatyzacja jest sprawiedliwa?

Dlatego, rozmawiając o polskiej reprywatyzacji i zrodzonych przez nią patologiach, warto wrócić do debaty nad jej słusznością. U progu transformacji stwierdzono, że nacjonalizacja była krzywdą, która spotkała posesjonatów, dlatego teraz, w nowej Polsce, należy ją sowicie zrekompensować. Co więcej, argumentowano, że na reprywatyzacji skorzystają wszyscy. Andrzej Wielowieyski, były poseł UW, przed laty przekonywał, że jej skutkiem będzie „odtworzenie klasy średniej”. Prof. Janusz Gołaski z poznańskiego Uniwersytetu Przyrodniczego (dawnej Akademii Rolniczej) dodawał, że „powrót ziemiaństwa na wieś może wzbogacić wiejskie społeczeństwo pod względem intelektualnym, kulturowym i ekonomicznym”. Takie przekonania przełożyły się na orzecznictwo sądów, które w sprawach reprywatyzacyjnych lekką ręką rozdawały nieruchomości.
Teraz, kiedy znów tyle mówi się o reprywatyzacji, warto spytać, czy po 70 latach możliwe jest cofnięcie zegara historii. Czy to sprawiedliwe?
Sama idea reprywatyzacji faworyzuje niewielką część społeczeństwa, której przodkowie przed II wojną światową byli posiadaczami nieruchomości. Zabranie gruntów to dla nich niewątpliwie rodzinna tragedia. Pamiętajmy jednak, że nie byli oni jedynymi pokrzywdzonymi. W czasie kiedy właścicielom odbierano grunty, ale i wcześniej, na ziemiach polskich działy się rzeczy straszne. Wojna wszystkim przyniosła ogromne straty. Przez kraj przewalały się fronty, zmieniały się granice. Ludzie migrowali, tracili cały dobytek i rozpoczynali wszystko od nowa.
Nikomu nie przyszło do głowy, aby rekompensować straty tym, którzy po wojnie zmuszeni byli świadczyć obowiązkowe dostawy płodów rolnych lub stracili na wymianie pieniędzy. Złośliwi dodają, że należałoby cofnąć się w czasie dalej i zadbać o potomków wyzyskiwanych chłopów pańszczyźnianych, którzy także powinni mieć prawo domagania się od arystokratycznych rodów odszkodowań.
Przede wszystkim warto by poznać społeczny odbiór reprywatyzacji. O ile w 1991 r. opowiadało się za nią 65% obywateli, o tyle później poparcie dla tego procesu malało. W ostatnim badaniu na ten temat, przeprowadzonym w 2008 r., reprywatyzację akceptowała jedna trzecia społeczeństwa. 44% respondentów sprzeciwiało się zwrotom. Ciekawe, jak teraz, po ujawnieniu wszystkich reprywatyzacyjnych patologii, rozkładają się opinie Polaków.
Zawetowanie złej i niesprawiedliwej ustawy AWS było konieczne, ale nie rozwiązywało problemu. Cały czas brakowało aktu prawnego, który symbolicznie uznawałby krzywdy posiadaczy i ewentualnie przewidywał niskie rekompensaty. Racjonalne z punktu widzenia budżetu i nienaruszające interesu całego społeczeństwa. Nad takim projektem pracował rząd Marka Belki, zakładając w nim 15-procentowe rekompensaty. W 2005 r. projekt trafił nawet do Sejmu, ale do czasu wyborów w roku 2007 komisje sejmowe nie zakończyły nad nim prac. Trzy lata później własny opracowywał rząd Donalda Tuska. Rekompensaty za utracone mienie miały być wypłacane w formie pieniężnej lub w drodze obniżenia ceny nieruchomości kupowanej od państwa. Również w tym dokumencie, podobnie jak w ustawie AWS, stwierdzono, że nacjonalizacje przeprowadzone zgodnie z prawem PRL były nielegalne. Skończyło się jednak na założeniach, co dobitnie pokazuje, że politykom bądź brakowało woli, aby uporać się z reprywatyzacją, bądź ulegali silnemu lobby, które naciskało na zwracanie jak najwięcej.

Jaśniepaństwo wracają

Kwestia ta pozostawała więc nieuregulowana. To tworzyło szerokie pole manewru dla sprytnych prawników oraz biznesmenów, którzy w mechanizmie skupowania roszczeń dostrzegli prawdziwą żyłę złota. Zanim proceder ten rozkręcił się na szeroką skalę, o nieruchomości upomnieli się spadkobiercy dawnych właścicieli, nierzadko z arystokratycznym rodowodem.
W czerwcu 2009 r. na łamach PRZEGLĄDU opisywaliśmy próby odzyskania pałacu w Wilanowie podejmowane przez rodzinę Branickich. Przedstawiciele rodu jeszcze w latach 90. zarzekali się, że nigdy nie będą występowali o zwrot tej nieruchomości. Później jednak zmienili zdanie. O pałac, symbol polskiej kultury oraz siedzibę muzeum, postanowił walczyć jego dyrektor Paweł Jaskanis. Głośno mówił o finansach Wilanowa, o tym, że przed wojną majątek był potężnie zadłużony, a tuż po niej państwo nie szczędziło nakładów na jego utrzymanie. Za te słowa arystokraci pozwali go do sądu za naruszenie dóbr osobistych. Sprawa została umorzona.
Walkę o zwrot nieruchomości toczyły także inne rodziny arystokratyczne: Lubomirscy o Wiśnicz, Druccy-Lubeccy o Bałtów, Radziwiłłowie o Jadwisin, a Raczyńscy o stołeczną Akademię Sztuk Pięknych. Jeszcze do niedawna na dobrej drodze do odzyskania warszawskiego pałacu Królikarnia wraz z otaczającym go parkiem, ulubionym miejscem spacerów mieszkańców Mokotowa, była rodzina Krasińskich. W budynku Królikarni znajduje się Muzeum Rzeźby im. Xawerego Dunikowskiego, filia Muzeum Narodowego w Warszawie. Arystokraci swego czasu wystąpili do sądu o jego eksmisję. Sam pałac w czasie wojny stał się ruiną, a odbudowany został dopiero w 1965 r. przez państwo, które do dzisiaj ponosi koszty jego utrzymania.
Podobnie wygląda historia pałacu w Jabłonnie, który w czasie wojny został obrócony w perzynę. W 1944 r., w ramach reformy rolnej, ruiny zostały przekazane Ministerstwu Kultury. Resort ogromnym nakładem środków odbudował i wyposażył zarówno pałac, jak i oranżerię. Budynki zostały w 1953 r. przekazane Polskiej Akademii Nauk, która urządziła w nich swój Dom Zjazdów. Od 2003 r. w Jabłonnie odbywa się Festiwal Nauki – wielka atrakcja dla dzieci i młodzieży. Przyszłość festiwalu cały czas stoi jednak pod znakiem zapytania, ponieważ rodzina Lubomirskich od 2009 r. domaga się zwrotu całego kompleksu pałacowego.
Cel rodzin szlacheckich został postawiony jasno. Poznać go może każdy, kto odwiedzi stronę Polskiego Towarzystwa Ziemiańskiego, gdzie wprost napisano, że PTZ zabiega o „unieważnienie stalinowskich dekretów z 1944 r. i lat późniejszych, wstrzymanie sprzedaży nieruchomości ziemiańskich i wspieranie powrotów do rodzinnych siedzib”. Skuteczności polskich ziemian dowiodła rodzina Przeździeckich, która na początku tego roku doprowadziła do wyprowadzki Ministerstwa Spraw Zagranicznych z pałacyku przy ul. Foksal w Warszawie.
Do dzisiaj wiele dawnych nieruchomości arystokratycznych mogłoby pozostać ruiną, gdyby nie wysiłek całego społeczeństwa przy ich odbudowie. Osoby ubiegające się o ich zwrot nie chcą jednak słyszeć o pokryciu kosztów odbudowy i utrzymania. Od odzyskujących nie wymagają tego również sądy.

Lokator zawadą w interesach

Reprywatyzacja to przede wszystkim jednak dramat lokatorów budynków, które oddawane są w prywatne ręce. Kamienice najczęściej znajdują się w atrakcyjnych punktach. Większość odzyskujących nie chce zarabiać na czynszach od dotychczasowych lokatorów, bo budynek można przecież sprzedać lub wynająć na biura za o wiele większe pieniądze. Dlatego właściciele robią wszystko, aby ludzi z mieszkań wyrzucić. Arsenał wykorzystywanych do tego środków stał się już słynny na całą Polskę. Co ciekawe, o pierwszych przypadkach „czyszczenia” kamienic mówił już w 2001 r. nie kto inny jak Mirosław Szypowski, szef Polskiej Unii Właścicieli Nieruchomości: „Spotykam się także ze złośliwym podejściem do lokatorów ze strony właścicieli. (…) Zdarza się, że właściciel, który odebrał nieruchomość, chce wykurzyć najemców, rozbiera więc dach. (…) Niestety, wytworzyła się jakaś taka mentalność, o czym mówię uczciwie, że niektórzy właściciele mówią: po 2004 r. (rok uwolnienia czynszów – przyp. aut.) to ja już pokażę tym moim najemcom, gdzie raki zimują”.
I pokazują do dzisiaj. Scenariusz jest zazwyczaj podobny. Najpierw windowane są czynsze, np. z 400 do 4,5 tys. zł. Niektórzy właściciele naliczają według własnego widzimisię różnego rodzaju opłaty karne. Tak było w przypadku Jolanty Brzeskiej, zamordowanej działaczki warszawskiego ruchu lokatorskiego, od której nowi właściciele żądali 2 tys. zł miesięcznie z tytułu rzekomo nielegalnego, bo bez umowy najmu, korzystania z mieszkania. Tu warto nadmienić, że dom przy ul. Nabielaka 9, w którym mieszkała Jolanta Brzeska, został po wojnie odbudowany przez jej ojca i sąsiadów.
Jeśli groźba zrujnowania domowych budżetów nie skutkuje, do akcji wkraczają czyściciele, czyli wynajęte przez właściciela zbiry. Metody ich działania poznali np. mieszkańcy kamienicy przy ul. Strusia w Poznaniu. Najpierw uszkodzono im kanalizację, przez co fekalia spływały po schodach. Mieszkańcy zostali zmuszeni do załatwiania się do plastikowych toreb. Później wynajęci bandyci zdemontowali poręcze na klatce schodowej i okna. Wybili w ścianach dziury i zniszczyli dach, by zimą wrzucać do środka śnieg. Z kolei w warszawskich Włochach właścicielka, która odzyskała nieruchomość, zamknęła na kłódkę bramę do posesji. 75-letnia lokatorka, aby dostać się do swojego mieszkania, musiała pokonywać wysokie ogrodzenie. Później i to okazało się niemożliwe, ponieważ zostały zaryglowane drzwi od klatki schodowej. Na prośby wnuczki lokatorki, aby otworzyć drzwi, bo staruszka potrzebuje leków, właścicielka odpowiedziała: – No to macie problem.

Reprywatyzacyjna żyła złota

Nieruchomości zaczęły też wpadać w ręce oszustów, którzy nie mieli do nich żadnych praw. W listopadzie 2007 r. na łamach PRZEGLĄDU opisaliśmy przypadek kamienicy przy ul. Tykocińskiej 40 na warszawskim Targówku, która została przekazana w prywatne ręce na podstawie podrobionego testamentu. Sprawę udało się wyjaśnić dzięki determinacji lokatorów oraz dzielnicowej radnej. Niestety, trwało to długo i oszuści swoje zdążyli zarobić. W Łodzi działała dobrze zorganizowana mafia podrabiaczy. Szacuje się, że na podstawie lewych dokumentów wyłudziła ponad 300 kamienic. Miasto straciło miliardy złotych.
Rajem dla różnego rodzaju hoch­sztaplerów i spryciarzy jest jednak Warszawa, której sytuacja różni się od innych miast w Polsce. W stolicy dawnych właścicieli wywłaszczono na mocy specjalnego dekretu, znanego jako dekret Bieruta. Na jego mocy znacjonalizowano w 1945 r. wszystkie nieruchomości znajdujące się w granicach przedwojennej Warszawy. Przyznawał on pewne odszkodowania przedwojennym właścicielom, ale władza ludowa nie wywiązała się z tego zobowiązania. To stało się podstawą do wysuwania roszczeń. Część historyków i urbanistów twierdzi jednak, że bez krytykowanego dekretu odbudowa Warszawy nie byłaby możliwa. Takie zdanie na łamach PRZEGLĄDU wyraził w styczniu 2014 r. dr Jarosław Trybuś, wicedyrektor Muzeum Warszawy.
Dzisiaj w stolicy głównymi beneficjentami reprywatyzacji są nie spadkobiercy dawnych właścicieli, ale prawnicy i biznesmeni, świetnie zorientowani w meandrach prawnych i administracyjnych. Skupują roszczenia, a później odzyskują nieruchomości lub żądają odszkodowań. Robią to niewielkim kosztem. Prawowici spadkobiercy często nie wiedzą, ile warta jest nieruchomość, do której mają prawa. Handlarze roszczeniami straszą ich wizjami ogromnych kłopotów wynikających z posiadania budynku. W ten sposób od pewnej staruszki za 50 zł udało się odkupić roszczenia do kamienicy w dobrej lokalizacji.
Szczytem bezczelności i pazerności było stosowanie tzw. metody na kuratora. Handlarze zatroskani o majątek przedwojennych posesjonatów występowali jako reprezentanci dawnych właścicieli. Stawali się kuratorami osób, które wedle aktu urodzenia powinny mieć grubo ponad sto lat, a polskie sądy na to się zgadzały. Wszystko w imię świętego prawa własności. Handlarze „szukali” po całym świecie zaginionych stulatków. Oczywiście bezskutecznie, dlatego decydowali się na zabezpieczenie interesów dawnych właścicieli. Występowali więc o zwrot nieruchomości, podpisywali akt notarialny i sami stawali się posiadaczami gruntów.
Stosowanie triku na kuratora nie jest już możliwe dzięki małej ustawie reprywatyzacyjnej, którą 16 sierpnia br. podpisał prezydent Andrzej Duda. Jej zapisy zaczną obowiązywać od września br. Jednak utraconych w ten sposób nieruchomości nie da się już odzyskać.

Polska już zapłaciła

Bezprawnie nie tylko w Warszawie, ale i w całej Polsce zwraca się nieruchomości, za które odszkodowanie państwo już zapłaciło w ramach tzw. umów indemnizacyjnych. PRL podpisała je z rządami Francji, Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej, Danii, Holandii, Szwajcarii, Szwecji, Norwegii, Belgii, Luksemburga, Liechtensteinu, Grecji, Austrii, Kanady i Stanów Zjednoczonych. Zrujnowany wojną kraj płacił odszkodowania w ratach od lat 50. Umowy te miały jednak istotną zaletę – ostatecznie zwalniały Polskę z obowiązku zaspokajania indywidualnych roszczeń obywateli państw zachodnich. Niestety, za czasów PRL do ksiąg wieczystych nieruchomości, za które zapłacono odszkodowania, nie wpisano informacji, że przeszły one na własność skarbu państwa. To po 1989 r. doprowadziło do ogromnego chaosu, na którym wszyscy tracimy.
Spisy nieruchomości, za które Polska już zapłaciła, znajdują się w Ministerstwie Finansów. Samorządy powinny za każdym razem sprawdzać, czy wysuwane roszczenie nie dotyczy gruntu objętego umową odszkodowawczą. Niestety, współpraca ta układa się różnie. W Krakowie robi się to sprawnie. W Warszawie już niekoniecznie. Urzędnicy i handlarze tłumaczą, że to, iż kamienica jest na listach Ministerstwa Finansów, nie znaczy, że odszkodowanie za nią zostało zapłacone. To nieprawda. Dr Ryszard Ślązak, specjalista w dziedzinie finansów międzynarodowych, w 2014 r. na łamach PRZEGLĄDU mówił: – Uczestniczyłem w powstawaniu umów zarówno z Wielką Brytanią, jak i ze Stanami Zjednoczonymi. Każda pozycja umieszczona w załączniku do tych umów była weryfikowana w terenie przez fachowców z Polski i z zagranicy. Jeżeli jakaś nieruchomość znalazła się w załączniku do umowy, to znaczy, że za nią zapłacono, a były właściciel lub spadkobierca zrzekł się prawa do swojej własności.
O umowach odszkodowawczych najgłośniej jest teraz w Warszawie. Media oraz stołeczne stowarzyszenie Miasto Jest Nasze (MJN) udowodniły, że działka w samym centrum, tuż przy Sali Kongresowej (dawny adres Chmielna 70), została zwrócona niesłusznie siostrze Roberta Nowaczyka, adwokata zajmującego się reprywatyzacją. Jej właścicielem był bowiem Holger Martin, obywatel Danii, z którą Polska podpisała specjalną umowę. Podobnie było z boiskiem liceum im. Jana Zamoyskiego. Grunt pod nim przed wojną należał do spółki obywatela USA. Mimo to znany handlarz roszczeniami Maciej Marcinkowski kupił roszczenie do niego i starał się wymienić boisko na działkę nieopodal Pałacu Kultury, gdzie już wcześniej odzyskał inny grunt. Dzięki połączeniu obu mógłby postawić wieżowiec mający ponad 200 m, bo pozwalał na to plan zagospodarowania przestrzennego. Latem 2014 r. do wymiany gorąco zachęcał na sesji Rady Warszawy Marcin Bajko, dyrektor stołecznego Biura Gospodarki Nieruchomościami, które do lata tego roku zajmowało się reprywatyzacją. Sprawę boiska również nagłośniło MJN, co ową wymianę zablokowało.

Reprywatyzacyjny układ

Z biegiem czasu warszawscy społecznicy coraz intensywniej zastanawiali się, skąd taka skuteczność handlarzy roszczeniami. To, że na styku urzędnicy-handlarze coś się dzieje, już w lutym 2014 r. w rozmowie z PRZEGLĄDEM sugerował Piotr Ciszewski, wieloletni działacz lokatorski, który mówił wówczas: – W jakiś tajemniczy sposób skupywacze roszczeń dowiadują się, kto do jakiego budynku zgłasza roszczenia, jakie roszczenia są najbardziej opłacalne i mogą być szybko załatwione.
Jan Śpiewak z Miasto Jest Nasze zasugerował z kolei, że Maciej Marcinkowski działa na szkodę interesu publicznego i przy sprzyjającym klimacie urzędniczym. MJN upubliczniło w lutym 2014 r. tzw. warszawską mapę reprywatyzacji przedstawiającą powiązania biznesmena z miejskimi urzędnikami. W odpowiedzi Marcinkowski pozwał Śpiewaka do sądu o naruszenie dóbr osobistych. Przegrał w drugiej instancji. Sąd stwierdził, że Śpiewak działał w interesie publicznym.
W stolicy dziwiono się też przypadkowi Jakuba Rudnickiego, byłego miejskiego urzędnika zajmującego się reprywatyzacją, który ostatecznie sam stał się kamienicznikiem. Niedawno ujawniono jego relacje z mecenasem Nowaczykiem, tym samym, którego siostra jest właścicielką działki przy Pałacu Kultury. Obaj panowie byli współwłaścicielami pensjonatu w Zakopanem.
Wątpliwości budził również fakt, że sam Marcin Bajko, szef BGN, nie mógł podpisywać decyzji zwrotowych, ponieważ nie miał odpowiednich pełnomocnictw. Nie chciał ich mieć z własnego wyboru. Społecznicy sugerują, że to dlatego, by nie musiał publikować swojego oświadczenia majątkowego. O dotychczasowych działaniach warszawskiego BGN niech świadczy fakt, że najpierw w lipcu tego roku prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz przekazała zajmowanie się reprywatyzacją do Biura Prawnego, a następnie, 26 sierpnia br., po analizie sprawy zwrotu przedwojennej działki Chmielna 70, postanowiła zlikwidować całe BGN oraz zwolnić dyscyplinarnie dyrektora Bajkę, p.o. zastępcę dyrektora Jerzego Mrygonia oraz pracownika BGN Krzysztofa Śledziewskiego (to on „zgubił” dokumenty świadczące o tym, że Holger Martin był obywatelem duńskim i jego roszczenia zostały już spłacone). Prezydent straciła do nich zaufanie. Dlaczego te decyzje zostały podjęte tak późno? – Dotychczas nie miałam powodów, by wątpić w to, co mówiło mi BGN – przyznawała.
Dzisiaj, w obliczu ujawniania kolejnych przekrętów reprywatyzacyjnych, Jan Śpiewak stwierdza wprost: – W Biurze Gospodarki Nieruchomościami panuje korupcja i mówię to z pełną odpowiedzialnością. W BGN handluje się informacjami na temat spadkobierców roszczeń. Urzędnicy wynoszą informacje. Złożyliśmy w prokuraturze zawiadomienie o podejrzeniu wyłudzenia przy sprawie Chmielnej 70, ujawnionej przez „Gazetę Wyborczą”. Urzędnik wydający tę decyzję robi teraz interesy z osobą, która o nią wnioskowała. Ratusz miał informacje, że Polska za tę działkę wypłaciła odszkodowanie w 1953 r., a mimo to zdecydował się nieruchomość oddać.

Posprzątać bałagan i uratować ludzi

Nieuczciwe wydaje się jednak twierdzenie, że odpowiedzialność za reprywatyzację w Warszawie ponosi wyłącznie prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz. Nieruchomości zwracał już Lech Kaczyński, w tym tę, w której mieszkała Jolanta Brzeska. Dramat reprywatyzacji to lata zaniechań wszystkich rządzących miastem i krajem. Solidarnie. Choć przyznać należy, że najdogodniejsze warunki do rozwiązania tego problemu miała pani prezydent.
Dobrze, że udało się uchwalić małą ustawę reprywatyzacyjną. Ukróci ona kilka patologii. Nie będzie można już odzyskać gruntu pod szkołą, boiskiem, publicznym parkiem. To bardzo ważne. Dzięki temu skarb państwa oszczędzi miliony złotych. Ustawa nie zmienia jednak w znaczącym stopniu sytuacji samych lokatorów. – Niestety, mała ustawa reprywatyzacyjna nie broni wszystkich budynków mieszkalnych przed zwrotami. Nadal istnieją spore możliwości odzyskiwania kamienic przez tzw. prawowitych właścicieli. Pełne rozwiązanie problemu może zapewnić jedynie ustawa reprywatyzacyjna, która zlikwiduje zwroty w naturze, a ustanowi odszkodowania na takim poziomie, aby nie obciążać zbytnio budżetu państwa – w wysokości ułamka wartości odebranego mienia. Powinna ona również brać pod uwagę koszty odbudowy ze zniszczeń wojennych – komentuje Piotr Ciszewski.
Nie jest przesadą stwierdzenie, że reprywatyzacja może zabić. Historię Jolanty Brzeskiej obszernie opisała w PRZEGLĄDZIE już w 2011 r. Ewa Andruszkiewicz. Brzeska heroicznie walczyła o prawo do własnego mieszkania. W marcu 2011 r. została porwana i spalona żywcem w warszawskim Lesie Kabackim. Sprawców tego mordu do dzisiaj nie odnaleziono. Niedawno ponownie wszczęto śledztwo w tej sprawie. A przecież pani Jolanta nie jest jedyną ofiarą. W grudniu 2007 r. zmarł jej mąż – Kazimierz Brzeski. Podupadł na zdrowiu w październiku tego samego roku po nocnym wtargnięciu do mieszkania zbirów z piłą do cięcia metalu. Swoje przeżyła też rodzina Karoliny Skrzypczak z kamienicy przy ul. Strusia w Poznaniu. Wskutek dręczenia przez czyścicieli jej matka wpadła w głęboką depresję, a u syna zdiagnozowano „podejrzenie objawów ubocznych po przebywaniu w otoczeniu gazu bojowego”. Przez reprywatyzację dach nad głową straciła także sama Ewa Andruszkiewicz. Mieszka teraz w domku letniskowym 80 km od Warszawy, z którego także próbuje się ją wyrzucić.
Dlatego politycy nie mogą się zadowolić jedynie zapisami małej ustawy reprywatyzacyjnej. To nie wystarczy. Tylko w Warszawie, jak podał niedawno stołeczny ratusz, toczy się ponad 3,5 tys. postępowań o zwrot nieruchomości i ponad 3,8 tys. postępowań o odszkodowanie, a zobowiązania z nich wynikające są szacowane na miliardy złotych. Uchwalenie prawa, które w sposób kompleksowy i w całym kraju rozwiązywałoby kwestię reprywatyzacji, nie będzie jednak łatwe. Zbyt duże pieniądze leżą na stole. – Obecny bałagan jest na rękę kamienicznikom, czyścicielom kamienic i deweloperom, a to bardzo potężne lobby – przyznaje Piotr Ciszewski. Teraz jednak, dzięki zainteresowaniu mediów i społecznemu oburzeniu, jest świetna okazja do posprzątania wreszcie tego bałaganu. Nie zmarnujmy tej szansy.


Decyzje prezydent Warszawy Hanny Gronkiewicz-Waltz w sprawie reprywatyzacji podjęte 26 sierpnia 2016 r.

• Likwidacja Biura Gospodarki Nieruchomościami.
•  Dyscyplinarne zwolnienie trzech pracowników BGN: dyrektora Marcina Bajki, p.o. zastępcy dyrektora Jerzego Mrygonia oraz Krzysztofa Śledziewskiego zajmującego się zwrotem gruntu przedwojennej działki Chmielna 70.
• Zablokowanie wszystkich zwrotów w Warszawie do momentu uchwalenia „dużej” ustawy reprywatyzacyjnej.
• Zwrócenie się do Rady Warszawy o powołanie komisji nadzwyczajnej, która będzie się zajmowała reprywatyzacją.
• Sporządzenie listy spraw reprywatyzacyjnych prowadzonych przez kancelarie prawne.
• Zapowiedź ogłoszenia przetargu na zewnętrzny audyt dotyczący reprywatyzowanych nieruchomości od 1990 r.
• Zapowiedź zgłoszenia we wrześniu opracowanej przez ratusz ustawy reprywatyzacyjnej, która będzie zakładała odszkodowania w wysokości 10% wartości nieruchomości.

Foto: Krzysztof Żuczkowski

 

Wydanie: 35/2016

Kategorie: Kraj

Komentarze

  1. jea895751
    jea895751 30 sierpnia, 2016, 09:18

    Wojna Światowa i jej skutki moralne,psychiczne,ekonomiczne dotyczą wszystkich nie tylko posiadaczy nieruchomości i byłych właścicieli jakichkolwiek dóbr materialnych i niematerialnych.Rekompensaty strat domagać się trzeba od strony , która wywołała i przegrała wojnę – tak się robi w cywilizowanym świecie.Jakakolwiek reprywatyzacja dotycząca Polski jest wielką niesprawiedliwością dziejową ,skłócającą kolejne pokolenia, które miałby ponosić koszty podziału świata przez ” Teheran i Jałtę ” – abstrahując już od „dzikiej,mafijnej.bezczelnej i złodziejskiej prywatyzacji całego dorobku powojennego kraju – to pozbawione jakiejkolwiek kontroli wszystkich rządów po 1989 r doprowadzi kolejnych rozliczeń i wojny domowej na „pohybel” – „przyjaciół”

    Odpowiedz na ten komentarz
  2. janosik
    janosik 31 sierpnia, 2016, 07:05

    Kościół potęgą jest i basta. Zabrać im wszystko, oni wszak zabierali wieki wszystkim.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy