Żółwiki i obietnice

Żółwiki i obietnice

Na Bliskim Wschodzie Joe Biden wraca do strategii wytyczonej przez Donalda Trumpa

Jeśli świat miałby zapamiętać coś z wizyty Joego Bidena na Bliskim Wschodzie, z pewnością będzie to żółwik przybity przez amerykańskiego przywódcę z saudyjskim księciem koronnym Muhammadem ibn Salmanem. Temu właśnie wydarzeniu media poświęciły najwięcej uwagi, podkreślając kontrowersyjność tego gestu i to, co symbolizował. W końcu relacje między liderami obu państw były napięte przynajmniej od czasu ostatniej kampanii wyborczej w Stanach Zjednoczonych, podczas której Biden wiele obiecywał w kwestii wymuszenia na Arabii Saudyjskiej przestrzegania praw człowieka i pociągnięcia księcia do odpowiedzialności za śmierć Dżamala Chaszukdżiego. Dzisiaj wygląda na to, że Waszyngton nie chce – lub nie może – przyjmować ostrego kursu wobec Rijadu czy innych istotnych sojuszników w regionie.

Właśnie o okazanie wsparcia sojusznikom chodziło w wizycie, która rozpoczynała się od Izraela. Gdy Biden wysiadał z Air Force One w Tel Awiwie, przywitał go świeżo upieczony premier Jair Lapid. Już wówczas mężczyźni nie wymienili uścisku dłoni, tylko przybili żółwika, choć ten gest zdecydowanie nie przykuł uwagi dziennikarzy tak bardzo jak późniejsze przywitanie z Muhammadem ibn Salmanem.

Na dwa fronty

Pobyt amerykańskiego prezydenta w Izraelu nie przyniósł może nowych deklaracji i rozwiązań politycznych, ale potwierdził dotychczasową politykę Waszyngtonu wobec najbliższego bliskowschodniego sojusznika. Dla izraelskich polityków wizyta Bidena miała niebagatelne znaczenie. Lapid nazwał ją historyczną, a prezydent Icchak Herzog porównał amerykańskiego prezydenta do jego biblijnego imiennika, Józefa, syna patriarchy Jakuba i Racheli, podkreślając, że tak jak on Biden jest wizjonerem i przywódcą i właśnie trwa pokojowa podróż z Izraela do Arabii Saudyjskiej, z Ziemi Świętej do Hidżazu (jak nazywa się region, w którym znajduje się Dżudda, do której udał się Biden po spotkaniach z Izraelczykami i Palestyńczykami).

Tym samym Izraelczycy podkreślili swoje nadzieje na rozszerzenie porozumień abrahamowych, czyli wynegocjowanych jeszcze przez administrację Donalda Trumpa umów normalizujących relacje państwa żydowskiego ze Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi i Bahrajnem, co zaowocowało także umowami z Sudanem i Marokiem. Te nadzieje zostały podkreślone także w uroczyście podpisanej przez Lapida i Bidena deklaracji, którą izraelski premier osobiście zawiesił na ścianie gabinetu, gdzie odbywają się posiedzenia rządu.

Według Lapida dokument potwierdzał „wyjątkową naturę” relacji między obydwoma państwami, choć trudno w nim się doszukać nowych deklaracji. To jedynie kolejne potwierdzenie kwestii, w których Tel Awiw i Waszyngton będą współpracować, od powstrzymania Iranu przed zbudowaniem broni jądrowej, przez walkę z antysemityzmem, aż po dalszy dialog dotyczący relacji izraelsko-palestyńskich i właśnie starania na rzecz rozszerzenia porozumień abrahamowych o kolejne państwa arabskie.

Nic nowego, lecz Jair Lapid, piastujący stanowisko szefa rządu do czasu rozpisania wyborów w listopadzie i zbudowania po nich koalicji, musi korzystać z wszelkich okazji do potwierdzenia swojej skuteczności, jeśli chce zapewnić sobie zwycięstwo nad Beniaminem Netanjahu. Waszyngton dostrzega jednak, że Lapid może być szefem rządu jedynie tymczasowo, i nie stawia wszystkiego na jedną kartę. Dlatego Biden spotkał się również z Bibim, z którym rozmawiał przede wszystkim na temat Iranu, postrzeganego dziś w Izraelu jako główne zagrożenie dla regionalnej stabilności.

Netanjahu miał podczas krótkiego spotkania przekazać amerykańskiemu prezydentowi, że tzw. porozumienie nuklearne z Iranem z 2015 r. (Joint Comprehensive Plan of Action, JCPOA), z którego Stany Zjednoczone wycofał Donald Trump, było nieskuteczne w powstrzymywaniu atomowych ambicji Teheranu. Biden prowadzi z Irańczykami rozmowy, które miałyby poskutkować wskrzeszeniem JCPOA, choć wiodąca do tego wyboista droga nie daje nadziei na szybkie rozwiązanie kryzysu. Netanjahu, podobnie jak inni izraelscy politycy, jest przekonany, że jedyną skuteczną metodą walki z rozwojem programu nuklearnego Iranu są działania wojskowe i sabotaż. Izraelski wywiad często oskarża się o akty sabotażu w ośrodkach nuklearnych czy o likwidowanie irańskich naukowców, a politycy Tel Awiwu zazwyczaj nie zaprzeczają tym doniesieniom ani ich nie potwierdzają.

Wygląda na to, że Joe Biden także nie jest już przekonany do rozmów z Irańczykami. Teheran domaga się zdjęcia Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej, jednej z formacji irańskich sił zbrojnych, z listy zagranicznych organizacji terrorystycznych, na którą jednostka ta została wpisana za prezydentury Trumpa. W wywiadzie z Kanałem 12 izraelskiej telewizji na pytanie, czy Biden jest gotów „uśmiercić” porozumienie z Iranem i pozostawić korpus na liście, prezydent USA bez wahania odpowiedział „tak”.

Czekanie na następcę Abbasa

Biden kontynuuje politykę swojego poprzednika, również jeśli chodzi o uznanie przez Waszyngton Jerozolimy w całości jako stolicy Izraela, ku niezadowoleniu Palestyńczyków, którzy też roszczą sobie prawa do Świętego Miasta. Ponieważ jednak podczas wizyty w szpitalu w Jerozolimie Wschodniej prezydencka limuzyna, Bestia, ozdobiona była wyłącznie amerykańskimi flagami, choć według protokołu dyplomatycznego powinna być na niej umieszczona także flaga Izraela, zaczęły się spekulacje, że status Jerozolimy nie jest tak oczywisty dla amerykańskiej administracji i powstała furtka do podważania dotychczasowych ustaleń, które potwierdził jeszcze Donald Trump, przenosząc w 2018 r. amerykańską ambasadę z Tel Awiwu.

Tom Nides, ambasador USA w Izraelu, w rozmowie z „Jerusalem Post” zaznaczył, że wizyta w szpitalu „nie była wydarzeniem politycznym”. Jej celem było przekazanie 100 mln dol. na pomoc Palestyńczykom korzystającym z tej i innych placówek medycznych. Niezależnie od tej kwoty Amerykanie zobowiązali się także do przekazania dalszych 201 mln dol. Agencji Organizacji Narodów Zjednoczonych ds. Pomocy Uchodźcom Palestyńskim na Bliskim Wschodzie, zajmującej się zapewnianiem edukacji, opieki zdrowotnej, opieki społecznej itd. Palestyńczykom na Zachodnim Brzegu, w Strefie Gazy, Jerozolimie Wschodniej, Libanie, Syrii i Jordanii.

Biden potwierdził też przywiązanie Stanów Zjednoczonych do idei tzw. rozwiązania dwupaństwowego, choć Palestyńczycy od lat sceptycznie patrzą na działania Waszyngtonu w tej sprawie. Nic więc dziwnego, że w Jerozolimie Wschodniej i Betlejem amerykańskiego prezydenta przywitały grupy demonstrantów podkreślających, że administracja Bidena poprzez swoje wsparcie dla Izraela przyczynia się do umacniania okupacji. Choćby poprzez fakt, że Amerykanie nie robią nic, by powstrzymać żydowskie osadnictwo na Zachodnim Brzegu, które de facto ciągle zmniejsza obszar, na jakim miałoby powstać państwo palestyńskie, gdyby doszło do trwałego porozumienia pokojowego z Izraelem. Demonstrujący rozciągnęli czarne transparenty, na których widniało hasło „Palestinian Lives Matter”, nawiązujące do głośnego ruchu Black Lives Matter walczącego z niesprawiedliwością dotykającą osoby czarnoskóre.

Palestyńczycy domagają się także działań w sprawie śmierci Szirin Abu Akli, dziennikarki Al-Dżaziry, która zginęła w maju podczas pracy, prawdopodobnie od kuli izraelskiego żołnierza. Rodzina zabitej dziennikarki, legitymującej się również amerykańskim obywatelstwem, oczekiwała, że prezydent spotka się z nimi podczas swojej podróży, lecz do spotkania nie doszło.

Nawet spotkanie palestyńskiego prezydenta Mahmuda Abbasa z Bidenem nie przyniosło spektakularnych rozwiązań, zwłaszcza w kwestii konfliktu izraelsko-palestyńskiego. Trudno jednak się dziwić, gdyż Amerykanie widzą, że 87-letni Abbas jest już u schyłku politycznej kariery, a wciąż nie wyłonił się żaden inny lider, który mógłby go w przyszłości zastąpić. Trudno, by Waszyngton naciskał na doprowadzenie do bezpośrednich negocjacji Palestyńczyków z Izraelczykami, gdy jeszcze nie wiadomo, kto będzie nimi rządził za kilka miesięcy.

Książę koronny wygrywa

Kiedy Air Force One odlatywał do Dżuddy, Izraelczycy chwalili decyzję Rijadu o otwarciu przestrzeni powietrznej dla wszystkich cywilnych przewoźników lotniczych, w tym izraelskich. Prezydencki samolot odbył bowiem pierwszy w historii bezpośredni lot z Tel Awiwu do Arabii Saudyjskiej. Otworzy to liniom lotniczym drogę do wytyczania nowych połączeń, które będą uwzględniały przeloty nad Półwyspem Arabskim do i z Izraela. Nie jest to to samo, co oczekiwane dołączenie Rijadu do porozumień abrahamowych, ale w Izraelu widziane jest jako krok w dobrym kierunku.

Sama wizyta w Dżuddzie obnaża niestety klęskę dotychczasowej polityki Bidena wobec Arabii Saudyjskiej i Muhammada ibn Salmana. Dawniej amerykański prezydent obiecywał, że uczyni Rijad pariasem na arenie międzynarodowej, demonstrując tym samym zerwanie z dotychczasową bezkrytyczną polityką Donalda Trumpa. Zaowocowało to choćby tym, że kiedy rozpoczęła się rosyjska inwazja na Ukrainę, a Amerykanie oczekiwali, że Saudyjczycy zwiększą wydobycie ropy naftowej i będą dostarczali więcej surowca na światowy rynek, by pomóc w ustabilizowaniu cen, Muhammad ibn Salman nie odbierał telefonów z Waszyngtonu.

Dzisiaj wygląda na to, że właśnie saudyjski następca tronu, a rzeczywisty władca królestwa, jest jedynym zwycięzcą całej podróży Bidena na Bliski Wschód. Amerykańskiemu prezydentowi nie udało się przekonać Saudyjczyków do dostarczania większej ilości ropy naftowej na światowe rynki, a na pewno nie natychmiast. Usłyszeliśmy jedynie dość mgliste zapewnienie, że królestwo do końca 2026 r. lub na początku roku 2027 zwiększy swoje zdolności produkcyjne do ponad 13 mln baryłek dziennie. Z tym że zdolności produkcyjne niekoniecznie przełożą się na rzeczywistą podaż. Znamienne jest też to, że krótko po wizycie Bidena cena baryłki ropy Brent znowu podskoczyła powyżej 100 dol.

Amerykański przywódca spotkał się w Dżuddzie nie tylko z Muhammadem ibn Salmanem. Wziął także udział w regionalnym szczycie przywódców sześciu monarchii Półwyspu Arabskiego oraz Iraku, Jordanii i Egiptu, na którym zapewniał, że Stany Zjednoczone przyjmą bardziej aktywną rolę w procesach politycznych Bliskiego Wschodu. Waszyngton nie chce pozostawić po sobie luki, w którą mogłyby wejść Chiny, Rosja czy Iran.

USA zobowiązały się też do udzielenia pomocy finansowej na zabezpieczenie dostaw żywności do regionu, mocno nadwyrężonych przez rosyjską agresję na Ukrainę. To stamtąd wiele państw Bliskiego Wschodu kupuje zboża takie jak pszenica, która stanowi jedną z podstaw jadłospisu w krajach arabskich, zwłaszcza wśród biedniejszych warstw społeczeństwa.

Biden wrócił do Waszyngtonu, nie uzyskując niemal niczego poza drobnymi obietnicami. Wizyta nie umocniła znacząco pozycji Amerykanów w regionie, ale trudno też mówić o nim jako o przegranym. Kiedy obiecywał obranie nowego kursu wobec bliskowschodnich sojuszników, znajdowaliśmy się w innej sytuacji geopolitycznej. Wojna na wschodzie Europy wymusiła na prezydencie powrót na tory wyznaczone przez poprzednika. Nawet za cenę pogrzebania spraw śmierci Dżamala Chaszukdżiego, Szirin Abu Akli czy kwestii praw człowieka w regionie, które miały być dla amerykańskiej administracji priorytetowe lub przynajmniej istotne, jeśli wierzyć zapewnieniom Bidena z kampanii wyborczej.

Fot. East News

Wydanie: 31/2022

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy