Zostaję w domu

Zostaję w domu

A mogło być tak. Gdy Lech Kaczyński został prezydentem RP, na prezydenta Warszawy PiS wystawiło Kazimierza Marcinkiewicza. I zimą 2006 r. niewiele brakowało, by ekspremier z PiS został wybrany. Ciekawe, w jakim miejscu byłaby dziś stolica po latach jego rządów? Można gdybać, ale jedno jest pewne. Trudno byłoby mu postawić zarzut, że nie ma kontaktu z mieszkańcami. Warszawiacy oglądaliby go codziennie. Głównie za pośrednictwem mediów, bo Marcinkiewicz okazał się celebrytą z powołania. Jego żywiołem są zaś występy przed kamerami. Byłby więc Kaz w wielu smakach. A to prężący klatę na piaskach nadwiślańskich. A to na balu maturzystów czy na studenckiej dyskotece. Bądź w gumowcach na zalanej ulicy. Liczne biuro promocji miałoby z pewnością wiele pomysłów na lansowanie swojego szefa. Częste występy mają, niestety, ten mankament, że bardzo skracają realny czas pracy. A takie miasto jak Warszawa potrzebuje przede wszystkim mało efektownej pracy menedżerskiej, budżetowej i analitycznej. Od szefa wymaga się zwłaszcza umiejętności pozyskiwania ogromnych środków finansowych i kierowania wielkimi i skomplikowanymi przedsięwzięciami. A te umiejętności w większości ma Hanna Gronkiewicz-Waltz. W takim kolosie jak Warszawa, by wszystko jako tako harmonijnie działało, muszą ze sobą dobrze współpracować tysiące instytucji i dziesiątki tysięcy ludzi. Każda wielka inwestycja to operacja na żywym organizmie miasta. Samorządowcy, przynajmniej ci mądrzejsi, dobrze to wiedzą i nie powinni opowiadać, że mają patent na to, by za ich rządów linie metra, mosty i nowe drogi rosły jak grzyby po deszczu, w dodatku bez kłopotów dla mieszkańców. To, że niestety politycy są gotowi jak hieny rozszarpać każdego dla małego nawet profitu, doskonale wiadomo. Ale samorządowcy są bliżej wyborców i lepiej wiedzą, że zrobić można tylko to, na co są środki finansowe i na co jest społeczna zgoda.
Siedem lat temu o wyborze Hanny Gronkiewicz-Waltz zadecydowali wyborcy o poglądach lewicowych. Był to dla nich także akt sprzeciwu wobec marazmu w Warszawie za rządów PiS i wyraz dezaprobaty wobec wszystkich grzechów IV RP, którą reprezentował Marcinkiewicz. Teraz sytuacja jest w gruncie rzeczy podobna. Z tą różnicą, że zamiast Marcinkiewicza pani prezydent ma konkurenta wielogłowego i tak politycznie cudacznego, że trudno tę układankę sensownie opisać. Jedno jedyne wspólne kryterium sprowadzające się do hasła: „Pogonić Hankę” to stanowczo zbyt mało. Bo co później? Ano później się zobaczy. Inicjator referendum Piotr Guział już zobaczył. Od kierownicy odsunęli go politycy PiS, którzy mając kasę, zdominowali kampanię, widząc się w niej w roli powstańców warszawskich. A Guział, by zupełnie nie zniknąć, wynajął samochody, które jeżdżą po Warszawie z jego ogromnym portretem.
O powodzeniu referendum zadecyduje frekwencja, a rozstrzygający głos będą mieli znowu wyborcy lewicowi. Zapytaliśmy więc o jego sens byłych lewicowych prezydentów miasta i szefa stołecznego SLD. Sebastian Wierzbicki przypomina, że z każdym dniem lepiej widać, że referendum nie jest inicjatywą obywatelską, a jego celem jest utorowanie IV RP drogi do władzy w Warszawie. A za tym przecież nikt rozumny z lewicy głosować nie może. Wierzbicki zostaje więc w domu. I ja też, po raz pierwszy w życiu, nie pójdę do lokalu wyborczego.

Wydanie: 41/2013

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy