Inni

Kuchnia polska

Jedna jaskółka wiosny nie czyni. Ale dwie, trzy?
Obejrzałem więc ostatnio jeden po drugim trzy nowe filmy polskie. Są to „Warszawa” Dariusza Gajewskiego, „Żurek” Ryszarda Brylskiego i „Zmruż oczy” Andrzeja Jakimowskiego.
Nie będę wdawał się w polemikę, czy „Warszawa” słusznie obsypana została nagrodami przez festiwalowe jury w Gdyni (niesłusznie). Ważne natomiast jest dla mnie to, że te trzy filmy, łącznie z kilkoma oglądanymi już wcześniej, zaczynają układać się w pewną całość. Są po prostu inne. I opowiadają o innych sprawach niż te, które oglądaliśmy dotąd na ekranie.
Ta inność nie dotyczy tylko filmu. Dotyczy całości naszej kultury, życia społecznego, także polityki.
Przed rokiem mniej więcej polemizowałem na tym miejscu z p. Januszem Lewandowskim („Jak inteligent z inteligentem”) i jego tezą, że inteligencja polska wchodzi obecnie w podejrzany sojusz z „populizmem”, pokazując w takich filmach jak „Cześć, Tereska” czy „Dzień świra” ciemne strony naszej rzeczywistości, zamiast kibicować budowaniu systemu liberalnego kapitalizmu ze świadomością, że budowla nie jest jeszcze ukończona i nie ukazała nam jeszcze wszystkich swoich uroków. Uważałem wówczas, że nie chwalenie ustroju, ale bicie na alarm jest tradycyjnym obowiązkiem inteligencji, a jej winą jest to, że czyni to półgębkiem i niemrawo.
Otóż trzy przytoczone wyżej filmy czynią to odważnie i na serio. Pokazują sytuacje, o których rzadko pisze się w gazetach i ludzi, których w Sejmie i gabinetach władzy określa się jako „ludność”, zastanawiając się, ile jeszcze obciążeń ta „ludność” wytrzyma i czy jej postawy nie są przypadkiem nadmiernie „roszczeniowe” i „populistyczne”. Bohaterami „Warszawy” są ludzie odrzuceni przez to miasto, poniżeni, zdesperowani. Bohaterami „Zmruż oczy” są mieszkańcy ruin dawnego PGR-u, bezrobotni, pogodzeni z losem, patrzący z odcieniem łagodnego zdziwienia na przemykające co jakiś czas przed ich oczami wytworne samochody elit lub rozklekotane pojazdy miejscowej policji. Bohaterkami „Żurku” są matka (wielka rola Katarzyny Figury!) i jej niedorozwinięta córka, których mąż i ojciec, kolejarz, właśnie rzucił się pod ostatni przejeżdżający przez ich miejscowość pociąg, ponieważ linia ta okazała się nieopłacalna; teraz bohaterki chodzą po pustych torach, odliczając podkłady, co daje nieco do myślenia w obliczu strajku kolejarzy i reformy kolei.
Przed laty Adam Ważyk, ukazując w „Poemacie dla dorosłych” kulisy Nowej Huty, nazwał to „Polską nieczłowieczą”. Otóż uderzającą cechą wspomnianych tu filmów jest to, że wszystkie one pokazują Polskę poniżoną, ale człowieczą. Ich bohaterowie są prości, ale wrażliwi, życzliwi, niekiedy nawet obdarzeni perfekcyjną i nie wiedzieć skąd nabytą wiedzą, a to w dziedzinie radiotechniki, a to poezji greckiej, która nie służy niczemu i jest ich prywatną sprawą. Ponieważ należą oni do Polski odrzuconej, zmarginalizowanej i nieobecnej. Jeśli zastanawiamy się czasami, dlaczego 60% naszego społeczeństwa nie bierze żadnego udziału w wyborach i życiu obywatelskim, to warto obejrzeć „Warszawę”, „Żurek”, „Zmruż oczy”. Jak mają ci ludzie znaleźć się w strukturach obywatelskich czy politycznych, skoro nie ma dla nich miejsca w strukturach ekonomicznych i społecznych kraju? A przecież takich ludzi jest coraz więcej.
Można zarzucać, że filmy te są „przeczernione”, ale to nieprawda. Są raczej nieco wyidealizowane, bowiem w obszarach, które pokazują, gęściej plenią się alkoholizm, degeneracja, przestępczość. Ich bohaterowie oczywiście nie obejrzą „Warszawy”, „Żurku”, „Zmruż oczy”, ponieważ nie chodzą do kina, podobnie jak nie czytają książek ani gazet, nie widać też, aby ich dzieci chodziły do szkoły. Na to wszystko brakuje im pieniędzy, a także mechanizmów społecznych, które by ich do tego skłaniały.
Natomiast wnioski z tych filmów powinny wyciągnąć elity nie tylko kulturalne, ale także polityczne. Dla tych ostatnich stanowią one, jak sądzę, dość istotne pytanie, jak długo właściwie można kontynuować przebudowę i modernizację kraju przy 60-procentowej absencji jego mieszkańców? I gdzie tu się kończy „populizm”, a zaczyna zwyczajne poczucie odpowiedzialności za to, co się dzieje dookoła nas?
Filmy, o których tu mówię, a które stanowią ważny głos w debacie o państwie, powstały całkowicie („Żurek”) lub w jakimś procencie („Warszawa ” – 76%, „Zmruż oczy” – 16%) za pieniądze telewizji publicznej. Jak wiemy, toczy się teraz, głównie za sprawą komisji Nałęcza i jej rozlicznych reperkusji, zażarta dyskusja na temat telewizji publicznej, jej miejsca na rynku mediów, jej kierownictwa i jej polityki. Warto jednak zdać sobie przy okazji sprawę z tego, że debaty te dotyczą bądź to rozgrywek personalnych, bądź też zaangażowania politycznego telewizji publicznej, co odnosić się może najwyżej do 10% programu TVP, a więc serwisów informacyjnych i dyskusji politycznych. Tymczasem jest faktem, że w roku bieżącym aż 70% polskiej produkcji filmowej powstało za pieniądze telewizji publicznej, która wydała na to ponad 121 mln zł, podczas gdy budżet państwa, poprzez Ministerstwo Kultury, przeznaczył na produkcję filmową jedynie 15-20 mln zł. Czy nie warto więc zastanowić się jednak, jakie praktyczne skutki dla kinematografii polskiej miałoby odcięcie TVP od rynku reklam, z którego w lwiej części pochodzą jej środki? A także czy ocena TVP w obecnej jej postaci nie powinna brać jednak pod uwagę również jej dorobku filmowego i kulturalnego, a nie tylko gier personalnych rozgrywanych na jej terenie?
Są to pytania na czasie nie tylko w obliczu rodzącej się ustawy o radiu i telewizji, ale także ustawy o kinematografii, którą minister kultury skierował we wrześniu do Sejmu. Recepta ministra, na co zwrócił już uwagę Leszek Żuliński swoim felietonem w „Trybunie”, jest prosta. Otóż wszelkie niedomogi tego resortu ma, jego zdaniem, naprawić powoływanie obok normalnych komórek administracyjnych Ministerstwa Kultury odpowiednich „instytutów”. W ten sposób zamiast lub obok departamentu książki powstać ma Instytut Książki, zamiast departamentu plastyki – Instytut Plastyki, a w miejsce komórek zajmujących się filmem – Instytut Filmowy.
Miło jest tworzyć nowe urzędy dostarczające nowych posad, a także, jak się można domyślać, gwarantujące znacznie swobodniejszy przepływ wszelakiej gotówki niż w ministerialnych strukturach budżetowych.
Ale czy z tego powstaną „Warszawa”, „Żurek”, „Zmruż oczy”?

 

Wydanie: 47/2003

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy