Życie w nieludzkich czasach

Życie w nieludzkich czasach

Wojciech Smarzowski: „Wołyń” nie jest przeciwko Ukraińcom, ale przeciwko skrajnemu nacjonalizmowi

Wojciech Smarzowski jest reżyserem i scenarzystą filmów fabularnych. Studiował na wydziale operatorskim w łódzkiej Filmówce i filmoznawstwo na UJ. Debiutował w 1998 r. filmem „Małżowina”. Wyreżyserował „Wesele”, „Dom zły”, „Różę”, „Pod Mocnym Aniołem” i „Drogówkę”. Jest laureatem wielu nagród na festiwalach, m.in. w Gdyni i na Warszawskim Festiwalu Filmowym.

– Chcę zrobić film odważny. Film, który nazwie, nauczy, odda hołd, ale przede wszystkim film, który wzruszy, poruszy i trzepnie po sercu i po głowie. Film, który sponiewiera, ale również zmusi do refleksji. Być może do części widzów dotrze, że czasy, w których przyszło nam żyć, nie są najgorsze. Wrócą do domów, żeby przytulić dzieci – tak Wojciech Smarzowski przekonywał Polski Instytut Sztuki Filmowej, aby wsparł realizację filmu „Wołyń”. Obraz, mimo kłopotów, niedługo wejdzie do kin – 7 października, a w tym tygodniu będzie pokazywany na Festiwalu Filmowym w Gdyni. Entuzjazmu nie kryją kresowiacy. Historia zbrodni na ich rodzinach w końcu zostanie opowiedziana.

Historia nienawiści w pewnej wsi

– Film Smarzowskiego ma być pierwszą pełnometrażową fabułą, która ukaże zbrodnie ukraińskiego ludobójstwa w możliwie pełnym wymiarze. Przez ponad 70 lat nikt nie odważył się nakręcić takiego filmu. Reżyser wykazał się odwagą, siłą charakteru i determinacją – komentował w kwietniu tego roku na łamach PRZEGLĄDU Stanisław Srokowski. To m.in. na jego zbiorze opowiadań „Nienawiść” Smarzowski oparł scenariusz.
Ten reżyser słynie z poruszania tematów trudnych. W „Róży” przejmująco przedstawił dramatyczne powojenne losy luterańskich Mazurów. Opowiedział historię gwałtów i wypędzeń. Nie powinno zatem dziwić, że właśnie on zdecydował się przenieść na ekran to, co działo się na Wołyniu w czasie II wojny światowej. – Czułem, że „Róża” dla dużej grupy widzów jest ważnym filmem, i postanowiłem zrobić inny film historyczny, i tak trafiłem na kresy – mówił Smarzowski. – Wydaje mi się, że film jest dobrym środkiem, żeby przepracować ten temat. Dziś mało kto czyta książki, a film zobaczy więcej osób – dodawał.
Akcja „Wołynia” obejmuje okres od wiosny 1939 r. do lata 1945 r. Toczy się głównie w wiosce w południowo-zachodniej części przedwojennego województwa wołyńskiego, zamieszkanej przez Ukraińców, Polaków i Żydów. Życie wioski zostaje w brutalny sposób zaburzone wybuchem II wojny światowej. Do wsi najpierw wkraczają Sowieci, a później Niemcy. Rozpoczyna się eksterminacja miejscowych Żydów. Narasta również napięcie pomiędzy Polakami a Ukraińcami. Dla tych drugich wejście żołnierzy Wehrmachtu oznacza pojawienie się szansy na stworzenie niepodległego państwa ukraińskiego.
Dramatyczne wydarzenia obserwuje Zosia Głowacka (grana przez Michalinę Łabacz), młoda dziewczyna zakochana w Ukraińcu. Jej rodzice nie chcą jednak się zgodzić na ten związek. Mają wobec niej inne plany. Wydają ją za mąż za bogatego chłopa Macieja Skibę (Arkadiusz Jakubik).
– Gram najbogatszego chłopa ze wsi, wdowca z dwójką dzieci – mówi aktor. – Wracam z kampanii wrześniowej, wojna spustoszyła moje życie, jestem na granicy choroby psychicznej, obłędu. Moja postać próbuje odnaleźć spokój w drugim małżeństwie. Kupuje sobie za kawałek ziemi piękną dziewczynę, Zosię. Wierzy, że miłość z czasem przyjdzie. Ale na nieszczęście zakochuje się w niej, nie wiedząc, że ona kocha już innego, Ukraińca z tej samej wsi.
– To kolejny film o miłości w czasach nieludzkich – podsumowuje Smarzowski proszony o streszczenie fabuły „Wołynia”. W tym przypadku historia miłosna jest jedynie punktem wyjścia do opowieści o trudnych relacjach polsko-ukraińskich na dawnych Kresach Wschodnich. Opowieści o ukraińskiej krzywdzie, życiu w poczuciu niższości, które z czasem przerodziło się w nienawiść. Jej erupcja przypadła na lato 1943 r., a efektem była rzeź polskich mieszkańców Wołynia, ich cierpienie i strach. Film pokazuje tę przemianę sąsiedzkich relacji: – Nienawiść sączy się w serca niemal niezauważalnie, w małych dawkach. Dochodzą jakieś strzępki informacji, co dzieje się w sąsiedniej wsi, ktoś zaginął. I to zło powoli zaczyna wypełniać spokojny, harmonijny świat. Zaczyna się rzeź – mówi Arkadiusz Jakubik.
Skala zbrodni jest przerażająca. Brutalnie mordowano mężczyzn, kobiety i dzieci, młodych i starych. – Na rozkaz OUN i UPA zabito w latach 1939-1947 na Wołyniu oraz w województwach lwowskim, stanisławowskim i tarnopolskim od 120 do 130 tys. Polaków – mówi Leon Popek z lubelskiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej.

To było ludobójstwo

Wojciech Smarzowski nie ma wątpliwości, że to, co się wydarzyło na Wołyniu, z całą mocą należy nazwać ludobójstwem. – Nie możemy zatajać prawdy o zbrodni. Bo zatajenie prawdy o zbrodni to prosta droga do nowych zbrodni.
„Wołyń” budzi kontrowersje w zasadzie od momentu, kiedy ogłoszono, że film o tej tematyce będzie realizowany. Zarzucano mu, że powieli czarno-biały sposób opowiadania w Polsce o zbrodni wołyńskiej. – Projekt przeszedł jednogłośnie. Jako jedyny zgłosiłem uwagę, że scenariusz nie wyjaśnia, skąd w Ukraińcach taka nienawiść do polskich sąsiadów – mówił Jerzy Stuhr, który zasiadał w komisji PISF oceniającej wniosek złożony przez twórców „Wołynia”.
– Opowiadam o ludobójstwie. Opowiadam o tych wydarzeniach, nie stawiając znaku równości. Nie powiem, że to jest moja prawda, bo te wydarzenia nie mają jednej prawdy – tłumaczył Smarzowski i zapowiadał: – Zrobię ten film najbardziej uczciwie, jak potrafię. U mnie nie ma remisu. Liczby ofiar świadczą wyraźnie o tym, która strona była bardziej pokrzywdzona. I która zaczęła. Ale chcę też w filmie opowiedzieć o tym, co się działo wcześniej.
Filmu i reżysera bronił również producent obrazu Dariusz Pietrykowski. – Jeżeli ktoś zna twórczość Wojtka Smarzowskiego, wie, że u niego nie ma tylko dwóch kolorów: czarnego i białego, lecz że najwięcej jest szarości. Są w tym filmie źli Ukraińcy i dobrzy Ukraińcy. A także dobrzy Polacy i źli Polacy. Tak jak w życiu.
Co więcej, w filmie miały być również pokazane akcje odwetowe polskiej samoobrony. Z powodu braku funduszy sceny te jednak musiały zostać wycięte. – By uczciwie zrobić tę scenę, potrzebowalibyśmy czterech dni zdjęciowych, do tego ze cztery dni prób. To okazało się zbyt kosztowne. Dlatego by opowiedzieć płynnie tę historię, musiałem dokonać pewnych ingerencji w scenariusz i teraz nie wiedziałbym, jak tę scenę wmontować – przyznawał reżyser.

Temat odstraszał

Brak pieniędzy na realizację filmu był poważnym problemem. Trudna tematyka odstraszała potencjalnych sponsorów. W trakcie realizacji jeden z producentów wycofał się, a drugi ograniczył swoje wsparcie. Z tego powodu w styczniu powstała fundacja, która zbierała środki na uzupełnienie filmowego budżetu. Widzów o wsparcie prosił sam Smarzowski.
Przy okazji kręcenia „Wołynia” wielokrotnie pytano, czy film ten powinien być realizowany właśnie teraz. W momencie kiedy Ukraina zmaga się z poważnymi problemami: zajęciem Krymu przez Rosję oraz konfliktem w Donbasie. Twórcy odpowiadali jednak, że żaden moment dotychczas nie wydawał się odpowiedni. Podkreślali również, że pomysł realizacji filmu pojawił się przed dramatycznymi zajściami na kijowskim Majdanie.
Wojciech Smarzowski wielokrotnie podkreślał, że film ten nie jest wymierzony w Ukraińców. Jego celem jest opowiedzenie historii miłosnej na tle strasznych wydarzeń historycznych. Co więcej, początkowo „Wołyń” miał być współreżyserowany przez ukraińskiego reżysera. – Gdy wpadłem na pomysł realizacji tego filmu, chciałem, by jego połowę zrobił ukraiński reżyser. W tej sprawie pojechałem nawet na festiwal filmowy do Odessy, ale nie było takiego zawodnika, który byłby na tyle odważny, żeby zrealizować ten temat – wyjaśniał. – Dla mnie „Wołyń” to film, który nie jest przeciwko Ukraińcom, ale przeciwko skrajnemu nacjonalizmowi.
Nie oznacza to jednak, że w filmie nie ma aktorów ukraińskich. Przeciwnie. W obsadzie znalazło się ich prawie 30. Większość pochodzi ze Lwowa i Tarnopola. – Z pełną świadomością wzięli udział w tym przedsięwzięciu. To nie jest tak, że materiały, które od nas dostali, były wyrwane z kontekstu. Dysponowali całym scenariuszem, przetłumaczonym na język ukraiński. Mają pełną świadomość, jaka to historia – podkreślał Dariusz Pietrykowski.
Petra, Ukraińca, w którym zakochała się Zosia, gra młody ukraiński aktor Wasilij Wasilik. – Bardzo spodobała mi się rola Petra – mówił. – Bardzo podobało mi się, że jest dużo miłości w tej roli. Bo uważam, że właśnie przez miłość możemy oddać hołd ofiarom. Przez miłość, a nie przez nienawiść.

Filmowy obowiązek

Zdjęcia do filmu rozpoczęto 19 września 2014 r. Realizowano je m.in. w Lublinie, w Puszczy Kampinoskiej, w Kolbuszowej (sceny polsko-ukraińskiego wesela), Kazimierzu Dolnym, Skierniewicach i w okolicach Rawy Mazowieckiej (sceny z kampanii wrześniowej). Na terenie Muzeum Wsi Lubelskiej w Lublinie zbudowano filmową wieś. To w niej toczy się większość akcji.
Obraz analizowany był pod kątem nie tylko historycznym, ale i etnograficznym. Zaczyna się sceną wesela, jeszcze przed wojną. – Wszyscy są tak ubrani, że właściwie nie można poznać, kto jest Ukraińcem, kto Polakiem – relacjonowała „Newsweekowi” scenografka Magdalena Rutkiewicz-Luterek. – Z miesiąca na miesiąc jednak to się wyostrza, strój stanie się deklaracją narodowościową. Polacy noszą się z miejska, bogaciej i o to ta cała wojna. Ukraińcy biedniej i na ludowo. I jedni, i drudzy nosili koszule, ale inne. Ukrainiec miał lnianą szubę, szeroką, wygodną do pracy, żeby się zamachnąć widłami albo zdjąć, by nie przeszkadzała. Polak – z kołnierzykiem, bawełnianą, delikatniejszą.
„Wołyń” to także wielkie przedsięwzięcie operatorskie. Piotr Sobociński junior przyznał, że na potrzeby produkcji palono całe wsie. Do odpowiedniego oświetlenia takiego obrazu potrzeba było ogromnej ilości sprzętu.
W filmie, co naturalne, nie brakuje scen brutalnych. Mordów dokonywano przecież przy użyciu siekier, wideł i pił. – Nie wiem, jak to przeżyję, ale w takich sytuacjach górę bierze zawodowstwo. Jak reżyser powie, żebym przygotowała cztery trupy, to ja spytam tylko: jak zginęli. I gdy dostanę wskazówki: dwoje wbitych na pale i dwoje przeciętych piłą, będę wiedziała, jak to przygotować – mówiła „Newsweekowi” Ewa Drobiec, szefowa charakteryzacji.
Smarzowski tłumaczy jednak, że brutalności jest tyle, ile być powinno. Nie więcej. W tej kwestii reżysera broni Ewa Siemaszko, autorka monografii „Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939-1945”. Na antenie Polskiego Radia zwracała uwagę: – Dziwna rzecz. Gdy oglądamy horrory z potwornymi scenami będącymi wytworem ludzkiej wyobraźni, to takich krytycznych uwag nie ma. Kiedy odtwarza się prawdę historyczną, to zaczynają się protesty.
Twórcy podkreślają, że „Wołyń” trzeba było zrealizować, bo przez lata czekały na niego osoby, które przeżyły wołyńskie ludobójstwo, ich rodziny oraz rodziny pomordowanych. Jedną z takich osób jest sam Arkadiusz Jakubik: – Moja rodzina pochodzi z okolic Lwowa. Dziadek i babcia w 1945 r. boso uciekali przerażeni tym, co się działo. Wylądowali w Krośnie i tak zaczęła się ich długa tułaczka.
– To jest nasz filmowy obowiązek – tak jak opowiadamy o Katyniu, jak opowiadamy o powstaniu warszawskim, trzeba również opowiedzieć o ludobójstwie na kresach – wyjaśnia Smarzowski.

Korzystałem z materiałów z: „Newsweeka”, Polskiego Radia, portali Dzieje.pl, Wyborcza.pl, Wpolityce.pl.

 fot. Krzysztof Wiktor/Film IT

 

 

Wydanie: 38/2016

Kategorie: Kraj

Komentarze

  1. szlipol
    szlipol 30 września, 2016, 03:20

    Polecam książkę Czesława Młotkowskiego pt. „Zapiski Przymusowego Turysty. Wspomnienia wojenne i starsze”. Książka jest pamiętnikiem z okresu wojennych przeżyć, młodego wówczas Czesława Młotkowskiego, napisanym na podstawie własnych notatek, które prowadził w trudnym okresie Drugiej Wojny Światowej, napisana pięknym literackim językiem i tzw. „lekkim piórem”. Autor ma obecnie 90 lat, mieszka w Gdańsku. Lata dziecięce spędził w Jaworowie i Stanisławowie. Przymusowo, jako skazaniec, przeszedł przez sporą część Europy i kawałek Azji, od Kazachstanu, przez Węgry, Niemcy do Gdańska w powojennej Polsce, gdzie mieszka do dzisiaj. Warto przeczytać te wspomnienia.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy