Życie z trzema metrykami

Życie z trzema metrykami

Alfred Czesla – niemiecki Mazur na polskiej ziemi – dopiero po latach odkrył swoją tożsamość Alfred był posiadaczem trzech metryk urodzenia, choć tej właściwej, niemieckiej, nigdy nie widział. Natomiast w dwóch pozostałych występował jako polskie dziecko, w tym jako syn Berty Cieśli z domu Łoś. Chociaż ona po mężu była Czesla, a jej panieńskie nazwisko brzmiało Losch. Gdyby inaczej potoczyły się powojenne losy, dr Alfred Czesla byłby dziś pewnie szacownym profesorem któregoś z niemieckich uniwersytetów, gdzie – być może – prowadziłby badania dotyczące zachowania się gastarbeiterów z Polski. Pewnie miałby do Polaków inny punkt odniesienia niż jego koledzy socjolodzy, bo przecież urodził się na terenach, które po przegranej przez Niemcy wojnie przypadły Polsce. Jeździłby tam na urlop i szukał wspomnień z dzieciństwa czy może chciałby jak najszybciej zapomnieć o swoich korzeniach jak jego syn Norbert? Młody Czesla jeszcze zdążył urodzić się w Polsce, ale po 15 latach pobytu w Berlinie czuje się prawdziwym Niemcem. Ojciec w mundurze Wehrmachtu Bo Alfred początkowo nie wiedział, kim właściwie jest. Nawet jeszcze wtedy, gdy miał dziewięć lat i do domu dziecka w Reszlu zaczęła przyjeżdżać jego ciotka Ida, siostra zmarłej matki. – Pamiętam, zawsze była ubrana na czarno – wspomina. – Mówiła do mnie po niemiecku, choć wtrącała mazurskie słowa, dlatego ją rozumiałem. Jak przywoziła cukierki, wokół mnie zbierało się grono życzliwych kolegów i koleżanek. Ale jak potem przestała się pokazywać, usłyszałem od dzieciaków: „No co, kiedy przyjedzie ta twoja Szwabka?”. Jak to z nim było, dowiedział się dopiero po latach. Osobliwie wtedy, gdy odnalazł wpis w niemieckiej księdze kościoła ewangelicko-augsburskiego w Sensburgu (tj. późniejszym Mrągowie), wedle którego Alfred Czesla urodził się w tym mieście 23 lutego 1945 r. Czyli prawie miesiąc po zajęciu Sensburga przez Armię Czerwoną. I że jako syn Maksa i Berty Czesla z domu Losch został w tym kościele ochrzczony. Jego ojciec, proletariusz w pierwszej linii, nie zdążył jednak zobaczyć pierworodnego, bo w tym czasie wcielony jako kierowca do Wehrmachtu został wysłany do obrony Królewca (Königsberg), gdzie zginął w nocy z 18 na 19 marca podczas bombardowania. I to nie przez Rosjan, ale lotnictwo brytyjskie. Potem jednak Fredek usłyszał od ciotki Idy, że Max Czesla zdążył dowiedzieć się o jego narodzinach z listu, jaki dostał od żony. – Może i śmierć miał przez to lżejszą? – zastanawia się Alfred. – Ale moja matka też nie pożyła długo, bo zmarła pół roku później. Ciotka Ida nie uciekła Nieświadomy otaczającego go świata Fredzio znalazł się więc w rękach babci Marii Losch, ale i ona po kilku miesiącach odeszła na zawsze. Rocznym sierotą zaopiekowała się więc jej druga córka, Ida Losch. Jednak wciskająca się do jej domu bieda, jak to ocenia dziś Alfred, sprawiła, że chłopak trafił do domu dziecka w Worynach koło Górowa Iławeckiego, blisko nowej granicy polsko-radzieckiej. Ciotka została na miejscu, choć większość autochtonów uciekała przed nacierającymi Sowietami nad Zalew Wiślany i dalej – jeśli się nie potopili – do Niemiec. Dlaczego Ida Losch nie podążyła z nimi? Znawcy tematu tłumaczą, że właśnie powiat mrągowski był tym, w którym zostało najwięcej Niemców i Mazurów. Po pierwsze, ze względu na charakter ofensywy Armii Czerwonej, która z dwóch stron oskrzydliła Sensburg uniemożliwiając ucieczkę. Po drugie, Rosjanie rozebrali tory kolejowe, odcinając miasto na wiele miesięcy. Mogło być też tak – co wynika z opinii prof. Andrzeja Saksona z Instytutu Zachodniego – że ciotka Alfreda identyfikowała się z liczną grupą miejscowych, którzy nie chcieli początkowo opuszczać rodzinnej ziemi i których nazywano niemieckimi Mazurami. Faktem jest, że Ida Losch wyjechała do RFN dopiero w 1957 r. Bez siostrzeńca. Ale tuż przed wyjazdem zdążyła wyrobić Fredowi polską metrykę w mrągowskim urzędzie stanu cywilnego. I to według oryginalnej niemieckiej metryki, o której młody Czesla nie miał wtedy nawet pojęcia. – Dopiero po latach dowiedziałem się, że miałem taką niemiecką metrykę – wspomina. – Ale z kolei moja ciotka pewnie wówczas nie wiedziała, że rok wcześniej ostródzki dom dziecka wystawił mi polski akt urodzenia w drodze administracyjnej. Tak więc w 1957 r.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 2008, 33/2008

Kategorie: Reportaż