1968 – to był podły rok

1968 – to był podły rok

Antysemityzm jest chorobą, którą trudno wyleczyć, bo sprawia ona przyjemność choremu

Józef Hen – rocznik 1923, pisarz, dramaturg, scenarzysta, reżyser

Jak panu się żyje w takim kraju, gdzie znów tłoczno od antysemitów?
– Życie jest ważniejsze od nich. Mam dzieci, mam wnuki, przyjaciół. To wszystko jest udane.

Twórczość…
– Nie będę biadolił, że nie pisałem w innym języku. Niektórzy mówili: gdybyś to pisał po angielsku. Albo choćby po rosyjsku! Ale wyrosłem w polszczyźnie. W polskiej kulturze, w kulcie polskiej historii. Od dzieciństwa byłem „piłsudczykiem”.

Czyli to było naturalne?
– Tak, polszczyzna. Tuwim się z tym męczył, zwłaszcza jak się dowiedział o zamordowaniu jego matki.

Jest na łódzkim cmentarzu, / Na cmentarzu żydowskim, / Grób polski mojej matki, / Mojej matki żydowskiej.
– Sformułował to tak: moja ojczyzna-polszczyzna. Opublikował mocno emocjonalny tekst: „My, Żydzi polscy”. I napisał, że jest Żydem z powodu krwi. „Nie tej płynącej w żyłach, ale tej płynącej z żył”. A ja… cóż, było nas czworo, wszyscy czytali, Mama też, najchętniej czytała Dołęgę-Mostowicza i Wiecha. Odczuwałem potrzebę pisania od dziewiątego roku życia. Nie wiedziałem, że dobrze piszę, koledzy mi to uświadomili. W „Nowolipiu” jest scenka, kiedy kończę wypracowanie, streszczenie czytanki. I przychodzi Pani, czyli nauczycielka, która prowadziła nas w pierwszej klasie. Odwiedzała nas przez sentyment, patrzeć, co z nami dalej się dzieje. A my byliśmy już w czwartej klasie. I chłopcy mówią: „Niech pani przeczyta, co on napisał!”. Ona bierze to streszczenie, czyta i mówi: „No, no…”. Wtedy zrozumiałem, że mnie coś wyróżnia.

Sława…
– Często mówię – chciałem być sławny, ale jako piłkarz. Albo jako śpiewak. Bo śpiewałem repertuar Kiepury. O pisarskiej sławie nie myślałem.

Co w niej jest, w tej literackiej polszczyźnie, że pana tak wciągnęła?
– Romantyzm. Jednak! Miałem osiem-dziewięć lat, siostra moja dostała od jakiegoś chłopaka – ona była osiem lat starsza ode mnie, więc miała absztyfikantów – cztery pięknie wydane tomy Słowackiego. Wszystko przeczytałem. Te poematy. W pierwszej klasie, kiedy zachorowałem na szkarlatynę i nie wychodziłem z domu, mama przyniosła kupionego na straganie „Pana Tadeusza”. Zachwyciłem się. Słyszę, że dziś nie chcą tego czytać. A to jest wspaniałe! Boy pisał, że trzeba mieć wrażliwość na język, żeby to czuć. Język Mickiewicza jest nie do oddania, nie do przetłumaczenia. „Panno Święta, co Jasnej bronisz Częstochowy / i w Ostrej świecisz Bramie”. Wejście czasownika między dwa słowa! To jest coś nie do oddania w innych językach.

Nie czuł pan, że wprawdzie język polski jest wspaniały, ale już ta polskość nie musi być dla pana miła?
– Miałem nianię, którą dobrze pamiętam. Kiedyś wzięła mnie na spacer i poszła ze mną do kościoła. Ładnie tam pachniało. Jakby malinami. Nie wiedziałem, że to kadzidło. Ale do kościoła mnie nie ciągnęło. Chociaż, kiedy przeczytałem „Quo Vadis”, wydanie dla młodzieży…

Ocenzurowane.
– Bo Sienkiewicz był autorem bardzo erotycznym. Wydawano go więc też w wersji dla młodzieży. W takiej wersji przeczytałem „Ogniem i mieczem”. Więc po tym „Quo Vadis” czułem się tak, że chętnie zginąłbym za wiarę. Tylko nie wiedziałem jaką. A w gimnazjum trafiłem na wybitnego polonistę, Ludwika Ratha, który pisywał do „Wiadomości Literackich”. I na dobrych kolegów.

W gimnazjum im. Magnusa Kryńskiego.
– Róg Senatorskiej i Miodowej, naprzeciwko pałacu Prymasowskiego. Egzamin do Kryńskiego do dziś pamiętam. Było wypracowanie, temat: „Najważniejszy dzień mojego życia”. Akurat było po pogrzebie Piłsudskiego. Jako uczniowie mieliśmy oddać hołd jego zwłokom, trumna była jeszcze w Warszawie, myśmy czekali na placu Zamkowym, strasznie zziębliśmy, chociaż był to maj! Wtedy śnieg nawet spadł. Ja to jakoś opisałem i zachwycił się tą opowieścią szef komisji egzaminacyjnej, historyk zresztą. Usiadł koło mnie, jak był egzamin z matematyki. Podpowiadał. A ja i tak wszystko poplątałem. Zdałem do matematyczno-przyrodniczego gimnazjum z dwójką z matematyki! Ale uznali, że tak jestem dobry w pisaniu, że należy mnie przyjąć. Moi koledzy byli świetnymi matematykami, ja byłem jedynym w klasie humanistą. Oni to cenili. Żadnych zazdrości. A poza tym grałem w reprezentacji szkoły w piłce nożnej. I byłem sekretarzem klubu i przewodniczącym sądu koleżeńskiego.

Kiedy pan się zetknął z polskim antysemityzmem?
– W „Nowolipiu” jest dosyć dokładnie ta historia opisana. Chodziłem na Nowolipkach do czterooddziałowej szkoły Krelmana. Stałem w bramie, kiedy przechodziła dziewczynka. Taka ośmioletnia, ja też chyba miałem osiem lat. Ani ja jej nie znałem, ani ona mnie. Przechodziła, spojrzała i powiedziała do mnie: „Ty parszywy Żydzie”. I poszła dalej. Wtedy zrozumiałem, że jestem kimś gorszym.

Dlaczego gorszym?
– Gorszym w tym kraju. Bronisław Łagowski był wstrząśnięty, kiedy podczas jakiejś naszej rozmowy powiedziałem mu, że nigdy w moim kraju nie czułem się równouprawniony. Pewnych rzeczy nie robiłem, czasem nie brałem w czymś udziału, bo nie chciałem, żeby mówili, że Żyd, że syjonista. W 1975 r., jesienią, kiedy zbierano podpisy przeciwko zmianom w konstytucji, ja to podpisałem. Potem Michał Sprusiński, który był w Czytelniku zastępcą redaktora naczelnego, bardzo ze mną zaprzyjaźniony, świetny facet, erudyta, ostrzegał mnie: „Łukaszewicz wyliczał im na odprawie, kto protest podpisał. I przy twoim nazwisku rozkrzyczał się: »Znowu pokazał oblicze wroga klasowego!«. I dodał, że widzicie, to zorganizowali syjoniści”. Wtedy postanowiłem nigdy niczego więcej nie podpisywać. Nie będę im ułatwiał. Że syjonista.

Schroniłem się w bramie

Przedwojenna Polska była mocno antysemicka?
– To się odczuwało szczególnie kilka lat przed wojną. Na uniwersytecie antysemicki Bratniak, getto ławkowe. Teraz ktoś napisał, że w roku 1922 nie było żadnego ONR. Ale była endecja, ataki na Narutowicza, że żydowski prezydent, dobitnie to pokazuje film „Śmierć prezydenta”. Są na ten temat opracowania, choćby Aliny Całej. One potwierdzają to, czego nie rozumiał nawet Karl Popper, że póki Żydzi trzymali się swojej religii, mieli pejsy, chodzili w chałatach, mówili w jidysz – byli tolerowani, łatwi do wydrwienia. Groźni zaczęli być, jak zaczęli studiować, jak zaczęli być Europejczykami, jak pojawiły się wielkie umysły. Ale także po prostu wykształceni ludzie: lekarze, inżynierowie, prawnicy. To dlatego pojawiły się paragrafy aryjskie. Nie mówiąc już o tym, że prawie do samej wojny „ABC” było prohitlerowskie. Życie jest bogate. Kiedyś znalazłem się na ulicy Bielańskiej, gdy policja rozpędzała jakichś ONR-owców. Chłopaki schronili się do bramy. Ja też. Byliśmy razem. Ja się schroniłem w tej bramie przed nimi, a oni przed policją.

Nie zazdroszczę.
– Ale chodzi o to, że policja wiedziała, że ma rozpędzić wrzeszczący ONR, że taki jest rozkaz. Różnica jest wyraźna: jak ktoś mnie napadł i krzyczał „Bij Żyda!”, to ja mogłem podejść do policjanta i on wiedział, że ma mnie chronić.

Dziwili pana ci dzisiejsi z ONR?
– Pamiętam z 1968 r., jak podczas jakichś zajść na uniwersytecie stałem z Kazimierzem Brandysem na Krakowskim Przedmieściu, naprzeciw UW. I on powiedział: „Dokładnie 31 lat temu dostałem tu pałką w głowę. W tym samym miejscu”.

To wszystko się powtarza: lata 30., rok 1968 i teraz. Co to jest?
– Odpowiem jednym zdaniem – antysemityzm jest chorobą, którą trudno wyleczyć, bo sprawia ona przyjemność choremu. Przed wojną czasem o ONR mówiono: młodzież musi się wyszumieć. Ale teraz nie widzę, żeby ta obecna na taką wyglądała. Żeby za 20 lat ci ludzie mówili: „Alem się wygłupiał!”. W tej chwili to jest coś innego. To jest rzeczywiście patologiczne.

Jeżeli był pan ofiarą ataków przed wojną, to czy chciało się panu żyć w takim kraju?
– Nie byłem fizycznie ofiarą ataku. To był mój kraj. Warszawa – moje miasto. Wrzesień 1939 r. to pokazał. Byłem, jak wszyscy, nastrojony patriotycznie. Napisałem powieść „Opór”, która jest dokumentalną powieścią, jak wyglądała obrona w kamienicy. Niektórzy mądrzy ludzie mówili mi, że książka jest tak dokumentalna, że gdyby to nie była kamienica na Nowolipiu, tylko w innej dzielnicy Warszawy, stałaby się lekturą obowiązkową. Pisałem tam o Starzyńskim, którego nigdy w życiu nie widziałem, ale słuchałem jego głosu zachrypniętego… „Nowolipie” zostało przetłumaczone na niemiecki i tam jest rozdział „Opór”, o Wrześniu w Warszawie, właściwie ekstrakt tej powieści. A na końcu jest scena, że mają wejść Niemcy, ja zdejmuję orzełka z czapki i zakopuję w piwnicy, pod warstwą miału. Żeby łatwo było go znaleźć, jak będzie można znowu założyć, gdy przyjdzie wolność. Ten fragment odczytał młody niemiecki aktor na spotkaniu w miasteczku koło Kolonii, w 1999 r., w 60. rocznicę najazdu. Na spotkaniu pełna sala, większość panie, eleganckie Niemki w drogich okularach. I one wychodziły zapłakane. Dziękowały mi za przeżyte wzruszenie. To było coś niesamowitego, coś się w tym kraju stało, Niemki płaczą, kiedy polski chłopiec, żydowskiego pochodzenia, chowa orzełka. I to je wzrusza!

Podpisałem poręczenie

Dzisiejszym argumentem antysemitów są czasy stalinowskie. I to, że wówczas rządziła żydokomuna.
– Kiedyś powiedziałem coś bardzo odważnego: głupi Żyd to bardzo dokuczliwy głupiec, ponieważ jest to głupiec myślący. Ja w każdym razie nie chciałem wstąpić do partii.

Migał się pan.
– Po wojnie, wciąż jeszcze będąc w wojsku, pracowałem w redakcji tygodnika „Żołnierz Polski”. Tzw. prasą wojskową dowodził płk Henryk Werner, dyrektorem był płk Adam Bromberg. I oni postarali się, żeby sekretarzem podstawowej organizacji partyjnej był por. Lendzion. Lendzion zawołał mnie pewnego dnia, dał mi kwestionariusz i mówi: „Możecie wstąpić do partii, towarzyszka mjr Zatorska powiedziała, że chętnie podpisze wam rekomendację”.

Na wniosku o wstąpienie do partii.
– A miałem do niej kilkanaście metrów korytarzem! Szedłem, myśląc: coś się stanie, coś się stanie. Dotarłem, ona wzięła ten kwestionariusz, pióro zamoczone w kałamarzu, i mówi: „Cieszę się, kpt. Hen, żeście dojrzeli wreszcie do partii”. Mnie olśniło: już wiem, jak się tego pozbyć! Powiedziałem: „Przepraszam, ja to widzę inaczej; partia wreszcie dojrzała do mnie”. Ona wściekła rzuciła kwestionariusz: „Nie podpiszę!”. A ja wyszedłem szczęśliwy.

Takie zdarzenia decydują o drodze życiowej.
– Jak byłem kierownikiem literackim teatrzyku dywizyjnego, to było jesienią 1944 r. w Rzeszowie, wezwano mnie do Informacji Wojskowej. A wszyscy chłopcy u mnie w zespole byli z AK. Dekowaliśmy ich w teatrzyku. Więc przychodzę do tej Informacji, tam dwaj oficerowie w mundurach radzieckich, a nie przebrani w mundury polskie, tak było uczciwiej – i oni do mnie: „Czy wy wiecie, że ci wasi to wszystko są akowcy?”. Ja do nich: „Nie wiem, może, nie interesuję się tym. Ale wiem jedno, że dopóki ja jestem ich dowódcą (a dowódca miał 21 lat), to mogę za nich ręczyć, za ich lojalność”. I oni nagle mówią: „Podpiszecie poręczenie?”. Podpisałem. Że ręczę za nich. Chłopcy wiedzieli, że wezwała mnie Informacja. Czekali na mnie. Przychodzę, mówię: „Chłopcy, poręczyłem za was, za waszą lojalność”. 15 czerwca 1945 r., po wojnie, przeniesiono mnie do Poznania, do gazety 2. Armii. Ktoś inny zajął moje stanowisko. I tego 15 czerwca Wiesiek Smyk dał dyla. Jak przestałem być dowódcą, już go nie obowiązywała lojalność. Ale jakie to były czasy – nikt go nie szukał! On wkrótce się zapisał na Politechnikę Wrocławską, którą otworzono jesienią, pod swoim nazwiskiem. No i druga puenta tej historii, bardzo znamienna. Jest marzec 1968 r., jeden z chłopaków z tamtego teatru, Kazik Wrona, teraz już dyrektor sanatorium przeciwgruźliczego w Bystrzycy Kłodzkiej, zresztą sam chory na gruźlicę, napisał do mnie: „Józiu, w razie czego ty i twoja rodzina macie u mnie schronienie. Nigdy nie zapomnimy tego, co zrobiłeś dla nas w Rzeszowie”. Bo gdybym wtedy nie poręczył za nich, toby ich wywieźli.

Nie chciałem wyjechać

Jaki był ten rok 1968? Agresywny?
– Podły był. Był rasistowski przede wszystkim. Wystarczyło, że ktoś miał babkę nie taką jak trzeba, już było źle.

To gorzej, niż przewidywały ustawy norymberskie.
– A dlaczego? Moim zdaniem chodziło o to, żeby mieć mieszkania, posady… Po tych Żydach. Był prof. Halpern, wybitny fizyk. A znaliśmy się jeszcze z Samarkandy, kiedy on miał 17 lat, a ja 20. Przychodził z żoną na obiady do Związku Literatów, bo to było modne wśród niektórych ludzi, no i myśmy sobie gadali. To był nie byle kto, proszę sobie wyobrazić, że jak było stulecie Marii Skłodowskiej-Curie, to on był przewodniczącym obchodów. Pracował w instytucie w Świerku i tam na zebraniu oskarżono go, że jego praca jest plagiatem z angielskiej pracy wydrukowanej w Szwecji. On mówił: „Tak, zgadza się, to jest moja praca, wydrukowałem ją po angielsku w Szwecji”. Nic nie pomogło, wyrzucili go. Musiał wyjechać. Kto wyjeżdżał, musiał zostawić mieszkanie, zapłacić za jego remont itd. Więc on wyjechał, bez rzeczy, jak stał, wziął ze sobą tylko narty, żona została, mieszkania nie można było odebrać. Ona była w ciąży. I nadal przychodziła na obiady do ZLP. Któregoś dnia mi mówi: „Wkrótce wyjeżdżam”. I opowiedziała taką historię: przyszła do pałacu Mostowskich z wnioskiem, że chce emigrować do Izraela, bo tak się musiało oświadczać. A tam facet patrzy w kwestionariusz i zauważa: „Pani tu nie napisała, że jest narodowości żydowskiej”. „Bo nie jestem”. On czyta dokumenty, patrzy, a tam napisane: z domu Piłsudska, wnuczka Rowmunda Piłsudskiego, to był chyba kuzyn Józefa. Z tej rodziny! Zrobił się z wrażenia czerwony na twarzy, krewna Wodza, prawdziwego Wodza, nie wychodźcy z Krosna. I pyta: „I co panią łączy z tym Żydem?”. A ona klepnęła się w brzuch i powiedziała: „To!”. „Proszę pani, kiedy pani zechce wyjechać, niech pani przyjdzie, w dwa tygodnie dostanie pani wszystkie potrzebne dokumenty”. Potraktował ją zupełnie inaczej niż pozostałych.

A pan nie chciał wyjechać?
– Nie chciałem wyjechać jako emigrant. Napisałem parę opowiadań do „Kultury” Giedroycia. Pod pseudonimem Korab. On wziął się z tego, że przyszedłem do Andrzejewskiego po odbiór maszynopisu, nie było wtedy jeszcze ksera, przynajmniej w Polsce. I była tam Helena Stachova, tłumaczka, i słyszała, o czym mowa. Powiedziała: „Jeśli pan chce to przekazać »Kulturze« paryskiej, to za kilka dni idą taternicy”. Potem Jakub Karpiński żartował, że przeze mnie siedział. On nie wiedział, kto to jest Korab, wiedział Maciej Kozłowski. I nigdy nie sypnął.

Potem wyjechał pan do Paryża.
– Napisałem podanie, że chcę jechać do Paryża, na zaproszenie kuzynów. Wtedy zaczął mnie nachodzić płk Władysław K. z kontrwywiadu. Spotkaliśmy się kawiarni, w Alejach Ujazdowskich. Porozmawialiśmy o niczym i on do mnie: „Jutro znowu się spotkamy”. Już wiedziałem, co mi zaproponuje. I oczywiście zaproponował, żebym im „pomógł”. Więc mu odpowiedziałem: „Panie pułkowniku, pan przyszedł do mnie, pokazał z pewną dumą swoją legitymację, to ja panu pokażę swoją – Związek Literatów Polskich, i chcę robić tylko to, co jest na tej legitymacji”. (Ten pułkownik i rozmowy z nim są wykorzystane w powieści „Bruliony profesora T.”). A on wtedy ze smutkiem: „Nikt nie chce pomagać! A pan nie rozumie, jakim zagrożeniem są syjoniści!”. Więc go zapytałem: „Czy grozi nam desant Dajana w Gdyni?”. Tadek Konwicki, któremu to opowiadałem, śmiał się: „Ciebie wyraźnie to bawi!”. „Tak, to jest taka gra!”.

Potem ten pułkownik wprosił się do mnie, przyniósł śliwowicę. „Napije się pan?”, namawiał. „Tylko jeden kieliszek”. I ten jeden wypiłem, a on całą butelkę. Zapytałem go: „A na czyj koszt ta butelka?”. On na to: „Ja daję rachunek”. „A zagrycha?”. „No, dopisuję sobie”. „Czyli może pan każdą sumę i każde nazwisko wstawić!”. „Tak!”. Oni mogli skompromitować, kogo chcieli.

Organizowałem to zebranie ZLP

Ostatecznie dali panu paszport.
– W roku 1969 wyjechałem do Paryża i prawdopodobnie, gdyby pewne sprawy się rozwinęły, kilka lat tam bym był. Sprowadziłbym żonę, dzieci. Była taka sytuacja, że w wydawnictwie Gallimard pytali mnie: „Co pan może dla nas napisać?”. Mówiłem im, że o Boyu-Żeleńskim, tłumaczu, który został rozstrzelany. Odpowiedzieli: „Nas tłumacze nie interesują”. I żebym napisał, co się dzieje w Polsce. Ale ja wiedziałem, że nawet jak napiszę pod pseudonimem, to się domyślą, kto jest autorem, a ja mam żonę i dzieci w kraju. A wróciłem, kiedy do Paryża na zaproszenie Julliarda przyjechał z wystawą PIW. I Alicja Ostrowska powiedziała mi, że maszynopis mojej „Mgiełki” poszedł do składu. To przeważyło. Bo w Polsce jestem pisarzem. W trudnych warunkach, ale jestem nim. To moje miejsce. Kot Jeleński namawiał mnie: „Błagam pana, niech pan nie wraca, akurat jest proces taterników i w »Prawie i Życiu« piszą, że prokurator bardzo się interesował, kto to jest ten autor »Westernu«. Nie dowiedział się. Jeleński załatwił mi z Kongresu stypendia na cztery miesiące. Wypłacono mi od razu na te cztery miesiące, zadzwoniłem do niego: „Proszę pana, mogę z tymi pieniędzmi jechać do kraju? Bo one tam są pięć razy tyle warte! Będzie miał pan do mnie pretensję?”. Nie, żadnych pretensji. „To pan ryzykuje”. I wróciłem.

W ‘68 Polska to była pańska ojczyzna?
– Zawsze była. W tym 1968 r. interesujące było to, także dla tych, którzy wyjeżdżali, że była nadzieja, to musi upaść. No i upadło. Bunt w Gdańsku, strzelanie do robotników, Gomułka odszedł, nastał Gierek. Nikogo wprawdzie nie przywrócił, ale nastał inny język.

Czy byli porządni ludzie w ‘68?
– Piszę o tym w „Dzienniku na nowy wiek”. Byłem wiceprezesem oddziału warszawskiego ZLP i to ja w praktyce organizowałem zebranie nadzwyczajne, które miało potępić zdjęcie „Dziadów” ze sceny narodowej. Trzeba było zebrać przynajmniej 242 podpisy, żeby to nadzwyczajne zebranie doszło do skutku. I co widziałem? Że wszyscy koledzy moczarowcy biegli podpisywać, jakby się bali, że do zebrania nie dojdzie.

Chcieli podgrzewać atmosferę…
– Coś sprowokować. Ja się wahałem. Wniosek adresowany był do zarządu warszawskiego ZLP, więc mówię do Andrzeja Kijowskiego: „Andrzej, jak my możemy podpisywać list do samych siebie?”. On na to: „To jest co innego, to jest udział w proteście”. Więc i ja podpisałem. W zarządzie był Jan Władysław Grabski, bardzo bliski człowiek Piaseckiego. I jako szczery antysemita przynosił zawsze pejsachówkę, żeby ze mną wypić. Poza tym – Zofia Bystrzycka, która się wiła, bo była członkiem partii. Zenon Kosidowski, który też wolał nie zabierać głosu. Przewodniczącą była Wanda Żółkiewska, którą staraliśmy się oszczędzać, nie chcieliśmy, żeby ją wyrzucono z partii, woleliśmy, żeby w niej była. No i Auderska, Kijowski, ja, Odojewski, Bereza, który był bardzo wystraszony, bo go oskarżano, że razem z Tyrmandem zabili syna Piaseckiego. Takie coś wymyślili!

Na zebraniu głosowano, tajnie, nad dwoma projektami – waszym, potępiającym zdjęcie „Dziadów”, i partyjnym, krytykującym studentów.
– Ten nasz, który zgłosił Kijowski, dostał dwa razy więcej głosów.

I potem zostaliście zarzuceni oświadczeniami organizacji partyjnych z zakładów pracy, które was za tę rezolucję potępiały.
– A my w odpowiedzi wysyłaliśmy im jej tekst.

Byłem taki lepszy Żyd

Czy dzisiejsze czasy przypominają panu marzec ‘68?
– Przypominają, z tym że nie widzę nadziei na zmianę. Wtedy wyłaniali się pewni ludzie. Gierek co prawda mówił o potłuczeniu kości, ale nie było u niego wątków antysemickich. U Tejchmy w ogóle tego nie było. Czuło się, że może coś nastąpić.

A teraz? Nie ma szans na to, żeby się uspokoiło?
– To są kaprysy pewnego pana, na ogół. Właściwie szansa by była, gdyby u nich znaleźli się inni ludzie. A takich nie widzę.

A ulica? Pisał pan, jak niedawno zaczepił pana przechodzień i wołał, że Żydzi w Polsce rządzą.
– Ale nie wziął mnie za Żyda. Tylko gadał: „Kiedy my z niemy zrobiemy porządek?”. A potem, kiedy powiedziałem mu, że ja jestem Żydem, chciał mnie przekonać do antysemityzmu. Już dla niego byłem taki lepszy Żyd. Mamy dziś w Polsce takich lepszych Żydów. Nawet ich nazwałem – że to są ludzie o umysłowości renegatów. Renegat to nie jest ten, kto się asymiluje, bo to proces naturalny, każdemu wolno. Renegat to ten, kto oczernia tych, z których wyszedł.

Kłopot jest taki, że politycy wrzeszczą swoje i to zapada ludziom w pamięć.
– Ktoś musi być winien, że jest bieda, smog, artretyzm, mróz, synowa niedobra… Żydzi! A jak Żydów nie ma, to geje, muzułmanie, feministki… Wiesiek Smyk powiedział pielęgniarkom w Krakowie, a one mi to powtórzyły: „Józka to ja kocham. Ale takich jak on to myśmy wieszali”. Miał 24 lata, w Krasnostawskiem był dowódcą obwodu AK. Powiedziała mi to pielęgniarka, Żydówka, on tego nie wiedział, powiedział i się rozpłakał. Ja też się rozpłakałem. Dlatego, że to on. To była mocna przyjaźń z tym Wieśkiem. Był bardzo inteligentny, oczytany. Od niego dowiedziałem się, że istnieje w podziemiu książka „Dywizjon 303” Fiedlera. Miał wspaniały baryton. Został inżynierem. Kiedyś go spotkałem, po latach, w banku w Warszawie. O tym, co się działo wtedy, nie rozmawialiśmy.

Nie mamy optymistycznego zakończenia.
– Nie mamy. To może tak – moja wnuczka powiedziała: „Dziadku, ale tylu wspaniałych ludzi się pokazało!”. Więc odparłem: „Tak, są wspaniali ludzie. Ale nie oni rządzą. Ale może będą rządzić. To jest bardzo pomieszany kraj”.

Wydanie: 10/2018

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy