Archiwum
Europa znów na peryferiach?
Atlantycki patron chce zmienić architekturę ładu światowego, by zachować dotychczasową hierarchię
Przyczyny mizerii debaty publicznej w Polsce zgłębił prof. Waldemar Karpa („Pollicitatio nad Wisłą”, „Przegląd” nr 16/2026). Wracamy do czasów sejmowego i sejmikowego warcholstwa szlachty z jej obsesją absolutum dominium – strachem przed wzmocnieniem prawie szczątkowej władzy króla. To chyba trafniejsza analogia niż niewiele mówiąca polskiemu czytelnikowi metoda ogłupiania rzymskiego plebsu ówczesnymi CPK.
Pułapka postępu
Obecnie problem jest poważniejszy, bo dotyczy całej UE. Zamęt w umysłach unijnych przywódców powstał, kiedy atlantycki patron zmienił strategię utrzymania hegemonii. Chce teraz zmienić architekturę ładu światowego, by zachować dotychczasową hierarchię. Przy okazji właściciele portfeli inwestycyjnych, w tym kongresmeni, mogą zarabiać na wojnie. Nie przypadkiem wszyscy „miłujący pokój i prawa człowieka” kupują akcje hien zbrojeniowych, takich jak Lockheed Martin czy Rheinmetall AG. W amoku zbrojeń giną inne zagrożenia: następstwa kryzysu planetarnego. To następstwa kapitalizmu, wzrostu gospodarczego i masowej konsumpcji: ludzie zbędni, efekt cieplarniany, księżycowe pejzaże. Przynajmniej dzięki nim będzie można zaoszczędzić na turystyce kosmicznej.
Najgroźniejsza jest pułapka postępu, w której uwięzili nas właściciele, udziałowcy oraz zarządzający wielkimi korporacjami cyfrowymi, zbrojeniowymi, wydobywczymi i finansowymi. To oni decydują o kierunkach rozwoju technologii i nie pytają nikogo o zdanie. Te pijawki realnej gospodarki całego świata wynagradzają swoich menedżerów success fee, nie bacząc na koszty społeczne i ekologiczne ich wirtuozerii finansowej. Na giełdzie Polymarket możesz obstawić nawet datę śmierci nowego przywódcy Iranu.
Historia się powtarza. Jak pisze archeolog i antropolog Ronald Wright: „Myśliwi, którzy nauczyli się zabijać dwa mamuty zamiast jednego, dokonali postępu. Ci, którzy wpadli na pomysł, by zagnać stado na krawędź urwiska i uśmiercić 200 sztuk naraz, posunęli się za daleko. Żyli na wysokim poziomie… przez chwilę. Potem nastał głód” („Krótka historia postępu”, 2021). Chwilo, trwaj – jak długo jeszcze?
I kierujący UE, i ekonomiści, i zauroczeni darami Rynkowego Pana wierni konsumenci myślą naiwnie, że to kapitalizmowi, prywatnej własności i wolnemu rynkowi zawdzięczamy obecny komfort życia na Północy. A przecież naszymi dobrodziejami są wynalazki, technika i napędy – dzieło nowoczesnego przyrodoznawstwa. I do tego energetyczni niewolnicy, czyli tania do niedawna energia z węglowodorów napędzająca maszynerię zysku. Wydatki na zbrojenia tylko stabilizują koniunkturę. Przynajmniej przez jakiś czas. Ale na dalszą metę jedynie pogłębią
Tadeusz Klementewicz jest politologiem, profesorem nauk społecznych, wykładowcą na Wydziale Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego, specjalistą w zakresie teorii polityki i metodologii nauk społecznych
Poraź talentem, zrób wrażenie i zniknij
Widzowie polubili moje serialowe bohaterki
Ewa Szykulska – jedna z najbardziej rozpoznawalnych aktorek kina i teatru
Rolą jednej z trzech dziewczyn – dziewczyny pracującej na poczcie – w „Dziewczynach do wzięcia” w reżyserii Janusza Kondratiuka pokazałaś, że nie pozwalasz zaszufladkować się do jednego typu ról.
– Wypłakałam i wykrzyczałam u Janusza tę rolę. Było mi o tyle łatwo, że byłam już wtedy kobietą Kondratiuka, a bardzo chciałam zagrać… Dziewczynę do wzięcia. I zagrałam. To jedyna wyproszona rola na moim koncie. Warunkiem, że ją dostanę, była moja zgoda na zeszpecenie. Przez srebrne nakładki zniszczyłam sobie zęby, bo się porozsuwały, ale w tym zawodzie przecież zdarzają się gorsze rzeczy, np. 20 kg na plus do roli albo na minus. (…) Dzięki „Dziewczynom” nabrałam szacunku do ludzi, których w odniesieniu do sztuki nazywa się amatorami albo naturszczykami. Moi koledzy często powtarzali i powtarzają, że w naszym zawodzie trzeba być profesjonalnym. Cholera jasna, czy profesjonalnym się stajesz, bo pewne rzeczy tyle razy powtarzasz? A czy nie chodzi przede wszystkim o to, na ile mocno rozbłyskasz, grając, nieważne, czy jako amator, czy profesjonalista? Jeśli jest taka potrzeba, zawsze bronię amatorów przed profesjonalistami z tytułem magistra.
Chciałam być w „Dziewczynach” tak zwyczajnie przezroczysta jak moje koleżanki z planu – a potem też przyjaciółki w życiu – jak Ewa i Regina, czyli Ewa Pielach i Regina Regulska. Obserwowałam obie i wtulałam się w nie. Chciałam zagrać w tym filmie na pograniczu grania i niegrania. Tak, żeby widzowie nie wiedzieli, czy ja gram, czy ja jestem. Żeby wytworzyło się coś między jawą a snem. Może się udało? (…)
Na planie „Dziewczyn” zdarzały się nam różne przygody, śmieszne i mniej śmieszne, znaczące i ulotne. Podczas kręcenia sceny na schodach ruchomych na dworcu kolejowym w Warszawie jakiś no name, cham bez zębów złapał mnie za tyłek. Mnie – Księżniczkę, Królewnę Śnieżkę! Aktorkę! Byłam w brązowym, nędznym paltociku z tygrysim kołnierzykiem, nieumalowana, ale jakbym włożyła ładną sukienkę, to…
Ten facet nie widział w tobie gwiazdy, tylko dziewczynę do wzięcia…
– Nie obraziłam się. Po chwili spokorniałam. Dlaczego uważam, że jestem lepsza od innych? Bo mówię cudzym tekstem, kamera mnie „bierze” i zobaczą mnie na ekranie? Z tego powodu nie mam prawa myśleć, że jestem wybrańcem bogów. (…)
Na przełomie lat 70. i 80. stałaś się jeszcze bardziej rozpoznawalna dzięki rolom w niezwykle popularnych serialach telewizyjnych. Były to m.in. takie hity, jak: „07 zgłoś się”, „Rodzina Połanieckich”, „Kariera Nikodema Dyzmy”, „Jan Serce”, „Ballada o Januszku”.
– W serialu „07 zgłoś się” zagrałam dwie postaci w dwóch odcinkach nakręconych przez dwóch reżyserów. Wolę siebie w roli młodej kurewki niż szantażowanej dyrektorowej. Odcinek z tą pierwszą moją bohaterką przypomniałam sobie niedawno. Praca na planie tego serialu była dla mnie w porządku, bo dało się odczuć, że między aktorami nie ma przeciwciał. Byłam w uroczym – na pewno dla mnie, nie wiem, jak dla innych – amoku grania. To strasznie ważne, żeby grać z ludźmi, których lubisz, a oni, mam nadzieję – ciebie. Żebyśmy się nie odpychali, niezależnie, czy gramy postacie, które się lubią, czy nie. Żeby nie było rodzaju wyższości między aktorami, bo jeśli jest, to się robi pusto i bez sensu. Musi stykać, musi kopać „prund”.
W „Karierze Nikodema Dyzmy” idealnie oddałaś osobowość ekscentrycznej hrabiny Lali Koniecpolskiej, Niemki, która wyszła za mąż za polskiego arystokratę, wielbicielki szybkiej jazdy samochodem i – jak to Lala mówiła łamaną polszczyzną – adoratorki „mezczyzn, które nie boją się ryzyka”. Dyzma był w jej typie. Dlatego pułkownik Wareda, grany przez Leonarda Pietraszaka, ostrzegł go podczas wyścigów konnych skupiających śmietankę przedwojennej Warszawy: „Uważaj, Nikodem. Lala Koniecpolska to prawdziwa wampirzyca”.
– Świetnie mi się grało z Romkiem. Jak to się mówi w aktorskim żargonie, maksymalnie skupieni na sobie „wyżeraliśmy” z siebie wzajemnie, czerpaliśmy z siebie, nie kalecząc się przy tym. Byliśmy dla siebie pożywką. Pasożytowaliśmy na sobie. Patrząc po latach np. na naszą scenę z samochodem, myślę, że dobrze ją zagrałam, uruchamiając strumień wewnętrznej energii, intuicyjnie. To jest rozkoszna sytuacja dla aktora, gdy wtula się w rolę, wtapia się w nią, i tak było wtedy z Lalą Koniecpolską. Przywłaszczyłam sobie od Romka najkrótszą lekcję aktorstwa. Pokrywa się ze wskazówkami Janiny Żejmo z planu „Człowieka z M-3”. W przypadku Romka sprowadza się do słów: „Przypierdol i odskocz”.
Co znaczy?
– Poraź talentem, zrób wrażenie i zniknij.
Żeby skorzystać z tej „najkrótszej lekcji aktorstwa”, trzeba ją było najpierw zrozumieć.
– Romek nie znosił niezdolnych kolegów. Nie obrażał ich, nie wytykał im błędów, tylko dawał im popalić w trakcie gry, zresztą mówiąc tekstem zapisanym w scenariuszu. Niuansami potrafił wywołać istną burzę z piorunami. Trup ożywał. Taki mało zdolny partner filmowy Romka czy partnerka nie wiedzieli, co stanie się za moment. Musieli mierzyć się ze swoimi rozchwianymi emocjami i pod presją często bardzo szybko uczyli się sztuki aktorskiej od Romka.
Dyzmę zagrał genialnie. Z pasją pochłaniał tę rolę. Niby grał lekko, ale to było coś niezwykłego. Był wielki jako Dyzma, bo nie bał się być mały. Cała ekipa miała radochę z gry. Przetańczyliśmy ten film. Graliśmy jak w szale. Być może nasza energia przeniknęła przez ekran. Każdy z aktorów chciał dobrze wypaść, ale nikt nikogo nie przeskakiwał, nie rywalizowaliśmy ze sobą w sposób chamski i nieetyczny.
Zapewne duża w tym zasługa reżysera Jana Rybkowskiego.
– Pan Jan… Pan Jan Rybkowski… Pan Tata Jan Rybkowski… ubóstwiał aktorów i opiekował się nami. Był dla nas czuły i cudowny. Związywał się z nami. Po skończonej pracy nad jednym filmem zapraszał nas, „swoich aktorów”, do kolejnego. Tak było np. ze mną. W „Karierze Nikodema Dyzmy” zagrałam po „Rodzinie Połanieckich” w jego reżyserii. Z Markiem Nowickim, operatorem i scenarzystą, tworzyli z panem Janem fantastyczny tandem.
Pamiętam, gdy w jakiejś knajpce we Włoszech nasz kochany reżyser tak perorował, tak nie mógł się nas nachwalić, że aż sztuczna szczęka wypadła mu na kamienną posadzkę. Nie wiedzieliśmy, co robić. Śmiać się? Podać reżyserowi szczękę? Rybkowski rozwiązał problem jakoś tak naturalnie. Jakby nic się nie stało. Ten pobyt we Włoszech był bardzo radosny. W Wenecji spontanicznie przyłączyła się do nas grupa amerykańskich studentów ze szkoły teatralnej. Razem wędrowaliśmy na kolacje (to dużo powiedziane) i tańce.
W Wenecji kręciliście sceny do…
– …„Rodziny Połanieckich”. Konkretnie na Placu Świętego Marka, a więc w najważniejszym punkcie miasta. Wydaje się nieprawdopodobne, że właśnie dla nas w takim miejscu udało się zatrzymać zawsze nieprzebraną falę turystów. Zwracaliśmy ich uwagę strojami z epoki. (…) Pamiętam też w Wenecji gondolę z niezwykłymi pasażerami. Gondolier płynął nią po Canal Grande. Razem z nim płynęły kobieta okryta żałobnym welonem i – najpewniej – jej córka, także ubrana na czarno, oraz trumna. To nie była scena z filmu
Fragmenty książki Entliczek mętliczek. Ewa Szykulska w rozmowie z Karoliną Prewęcką, Prószyński i S-ka, Warszawa 2025
Nasza polska schizofrenia
Do licznych już objawów doszedł kolejny. Ogromny baner sławiący Zondacrypto na froncie gmachu Centrum Olimpijskiego im. Jana Pawła II. Te dwa wielkie napisy, z których jeden sławi polskiego papieża, a drugi gigantyczne oszustwo, jakoś prezesowi Piesiewiczowi dziwnie się komponują w całość. Jakby dotąd tych objawów narodowej schizofrenii było mało! PiS na straży polskiej rodziny i nierozerwalności małżeństwa! PiS z Ryszardem Terleckim, Martą Kaczyńską, Jackiem Kurskim i całą masą innych prominentnych postaci prawicy sprawdzających się w kolejnych związkach małżeńskich.
„LGBT to nie ludzie, to ideologia!”, twierdził pewien wybitny filozof pełniący przez dwie kadencje urząd prezydenta. Ten przynajmniej miał stałe stanowisko w sporze o uniwersalia („Unia to wyimaginowana wspólnota” – to też jego mądra myśl godna wyrycia na jakiejś kamiennej tablicy umieszczonej w Muzeum Historii Polski). Rzecz w tym, że na czele wrogiego środowiskom LGBT ugrupowania politycznego stała osoba (nie wyimaginowana idea!) jak najbardziej do środowiska LGBT należąca. Ci sami ludzie wielbili wodza i rozwieszali afisze z „zakazem pedałowania”. Wodzowi chcieli zabronić? Kochali wodza, a potępiali jego inklinacje?
PiS i jego elektorat były i są bardzo antykomunistyczne. Ale nie przeszkadzał im sędzia Kryże, wyniesiony na stanowisko wice-Ziobry za pierwszego PiS. Ten sędzia, który w schyłkowej PRL skazywał m.in. Bronisława Komorowskiego za składanie 11 listopada kwiatów przed Grobem Nieznanego
Utajony ośrodek zagłady w Działdowie
W Polsce mało znana jest chyba historia hitlerowskiego obozu zagłady Soldau, jak po niemiecku zwane było Działdowo. To niewielkie miasto leżące na pograniczu Mazowsza i Mazur decyzją traktatu wersalskiego (1919) przyznano odrodzonemu państwu polskiemu. Nie było to w smak mieszkającym tam Niemcom, którzy 20 lat później, po napaści Hitlera na Polskę, brutalnie odgrywali się na polskich sąsiadach. Prawie od razu zaczęły się szykany wobec działdowskiej elity, więzionej w okazałej prywatnej willi, gdzie przywiązywano ludzi na łańcuchach jak psy i kazano im szczekać, a nawet kąsać tych, którzy wchodzili do celi.
To był dopiero początek kaźni. W dawnych koszarach i okolicznych barakach Niemcy urządzili najpierw obóz przejściowy dla jeńców wojennych, głównie obrońców Modlina, a potem obóz eksterminacji ludności polskiej. Formalnie Lager Soldau nie był obozem koncentracyjnym, lecz „wychowawczym obozem pracy”, nosił jednak wszelkie znamiona miejsca kaźni. Zwłaszcza wtedy, gdy jego komendantem był Hans Krause, prawdziwy zwyrodnialec, którego nadzorował dr Emil Otto Rasch, inspektor policji i służby bezpieczeństwa w Königsbergu (Królewcu). „Więźniowie albo stali na baczność, albo siedzieli na barłogu, w równej linii, ręce mieli oparte na kolanach wyciągniętych nóg, a głowy zwrócone prosto przed siebie, wpatrzone nieruchomo w jeden punkt, jak na baczność”, wspominał jeden z nich.
W obozie Soldau hitlerowcy przeprowadzali liczne egzekucje i mordy, a ciała ofiar wywozili poza Działdowo, gdzie grupa żydowskich „grabarzy” musiała je zakopywać w lesie (do dziś dużej części szczątków nie znaleziono). Sami Żydzi też byli ofiarami zbrodni, tak jak polska inteligencja i duchowieństwo, m.in. metropolita płocki abp Julian Antoni Nowowiejski i bp Leon Wetmański, a także zakonnice. Zmarł tam również Bohdan Jałowiecki, konsul RP w Olsztynie. Obrazu tragedii dopełniła epidemia tyfusu.
Niewielu więźniów miało takie szczęście jak rodzina Romualda Drohomireckiego, którego ojciec zginął w rzezi wołyńskiej, a jego, brata i siostrę jesienią 1943 r. wywieziono do Soldau. Gdy zbliżało się wyzwolenie, Niemcy popędzili resztę żyjących więźniów, głównie Polaków i Rosjan, w „marszu śmierci” – wielu po drodze rozstrzelali. Ale matka Romka zaryzykowała, ukryła dzieci w więziennej piwnicy, dzięki czemu cała rodzina doczekała wyzwolenia obozu przez Armię Czerwoną.
Według niepewnych szacunków (hitlerowcy niszczyli dokumentację) przez Lager Soldau przeszło 20-30 tys. więźniów, z których od 5 tys. do nawet 10 tys. zamordowano. Trzeba jednak dodać, że w tym samym obozie po zajęciu Działdowa przez Armię Czerwoną w 1945 r. NKWD urządziło własny obóz nakazowo-rozdzielczy, skąd wywożono więźniów na Syberię. Taka zamiana jednego totalitaryzmu na drugi. Też były ofiary śmiertelne, choć opracowania naukowe na ten temat są jeszcze skromne.
Ostatnio ukazały się dwie książki, które opisują tę ponurą historię. Szkoda, że w odbudowanym głównym gmachu obozu wciąż nie powstało muzeum, o co upomina się m.in. Jerzy Buczyński z Olsztyna, wielki propagator tej idei, lecz władze Działdowa nie mają na to środków.






