Archiwum

Powrót na stronę główną
Technologie Wywiady

Kopiowanie nie wystarczy

Jak przejść na europejskie narzędzia cyfrowe

Yanis Kerdjana – francuski inżynier, 10 lat temu założył firmę programistyczną, którą niedawno sprzedał. Twórca wtyczki Charles pokazującej użytkownikom alternatywy dla amerykańskich produktów cyfrowych.

Charles – europejska alternatywa już czeka

Charles to nowoczesna wtyczka do przeglądarek internetowych, która wspiera użytkowników w budowaniu cyfrowej niezależności od amerykańskich gigantów technologicznych poprzez promowanie sprawdzonych europejskich alternatyw, zgodnych z unijnymi wartościami i przepisami RODO. Stworzył ją pochodzący z Francji inżynier Yanis Kerdjana.

Rozszerzenie działa jak osobisty przewodnik po europejskim ekosystemie cyfrowym. Analizuje odwiedzane strony i – w zależności od wybranego poziomu ochrony – informuje, ostrzega lub blokuje usługi spoza Europy, jednocześnie proponując bezpieczne zamienniki. Użytkownik ma do dyspozycji cztery tryby działania: od biernej obserwacji nawyków, przez delikatne sugestie, aż po pełne blokowanie niepożądanych serwisów.

Dzięki wtyczce Charles użytkownik może w prosty sposób dowiedzieć się o alternatywach dla amerykańskich programów, z których korzysta. Odkryć takie rozwiązania jak kDrive, Tresorit czy pCloud zamiast Google Drive; Element w miejsce Slacka; Jitsi zamiast Zooma czy GitLab jako alternatywę dla GitHuba. Wszystko to w przyjaznej, wielojęzycznej formie dostępnej w 24 językach krajów UE.

Wtyczka oferuje także elementy tzw. grywalizacji – użytkownik zbiera punkty i odznaki motywujące do konsekwentnych wyborów cyfrowych. Co najważniejsze, Charles w pełni respektuje prywatność użytkownika: nie zbiera danych osobowych, a wszystkie statystyki pozostają wyłącznie na urządzeniu lokalnym. To narzędzie stworzone dla osób i organizacji, które chcą korzystać z internetu w sposób bardziej świadomy, bezpieczny i europejski. Charles jest darmowy, a jego twórca obiecał, że tak pozostanie.

Jaką politykę cyfrową powinna przyjąć Europa?
– Sytuacja jest tragiczna. Udział rynku amerykańskiego w sektorze oprogramowania w Europie wynosi ok. 80%. Gdyby pojawił się problem z USA i Amerykanie chcieliby wywrzeć presję na Unię Europejską, np. odłączając część usług, to nie ma szans, aby europejscy dostawcy zdołali zaspokoić nagły popyt. Są zbyt mali i mają za mało kapitału. Stworzenie oprogramowania wydaje się proste, ale wymaga infrastruktury. Ta zaś potrzebuje ogromnych nakładów finansowych. Mam na myśli przede wszystkim centra danych, których nie da się stworzyć z dnia na dzień. To zajmuje lata.

To jak można pomóc europejskim dostawcom?
– Europejscy politycy powinni kierować przychody w stronę alternatyw poprzez kontrakty publiczne. Ale Unia Europejska nie może być naiwna i finansować firm, które po osiągnięciu odpowiedniej wielkości przeniosą się do USA. Europejscy obywatele, a zwłaszcza przedsiębiorstwa,

k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Patola zwana zgorszeniem

W Kościele wszyscy udają. Każdy ma jakieś swoje drugie życie, ale udaje, że to jego nie dotyczy

Co robi zdrowy byczek, kiedy zbliżają się dni wolne? Ano idzie się zabawić. Wie przecież, że z każdego grzechu po prostu można się wyspowiadać. Wbija się więc w cywilki, zamyka za sobą plebanię i rusza na kilkudniową imprezę. No, ale nie zawsze. Czasem to impreza przyjeżdża do niego. (…)

Mój rozmówca, w celach i na zasadach, o które się nie dopytuję, spotyka się po godzinach z księżmi, tłumaczy mi, że przeniknął do tego środowiska polecony przez jednego z duchownych. I tak się zaczęła ta niesamowita historia. (…)

– Jacy są? To zależy. Bo jednak się różnią. Proboszczowie bez szaleństw. Pogodni, inteligentni, z nimi można nawet pogadać. Czytają książki, znają nowe filmy. A młodzi… jacyś autystyczni tacy, wycofani, zalęknieni – mędrkuje, sącząc białe wino. – Sam nie wiem, wolę starszych. Młodzi poza tym przychodzą po narkotykach.

– A co lubią zażywać?

– Koka, meta, mefedron…

– Chodzisz do kościoła?

– Absolutnie nie. – Uśmiecha się. – Nie wierzę w takie rzeczy. (…)

Krzysztof ma salon masażu. Nie jeździ po plebaniach. Woli mieć wszystko pod kontrolą, a o to łatwiej na swoim terenie. Obsługuje kilkudziesięciu księży. Trafiają do niego z polecenia. Nowych klientów umawia mu telefonistka, a ci stali mają do niego bezpośredni numer. Czasem ci najbardziej zaufani przychodzą w sutannie. Inni z czasem się przyznają, że robią w „firmie”, a o niektórych po prostu wie, że są z tej branży. Zdradza ich ten infantylny język, zmiękczanie wypowiedzi, no i – co tu dużo gadać – mówią trochę jak z ambony. No i widać, że jakby czegoś się bali. Wracają za tydzień, za miesiąc, czasem zupełnie niespodziewanie. Jakie mają oczekiwania? Przebieg jest zwykle podobny – najpierw masaż rękoma, potem całym ciałem. Księża lubią też poklepywanie po pośladkach, lizanie miejsc intymnych, no i oczywiście masowanie penisa. Po masażu mają w pakiecie wspólny prysznic. Po niedzieli niektórzy płacą drobnymi z tacy.

Kiedyś trafił na profesora. Klient nie przyznał się jednak ani do tytułu, ani do tego, że jest księdzem. Mówił, że jest nauczycielem. No, ale nie miał szczęścia. Minął się dosłownie w drzwiach salonu z innym księdzem, który go rozpoznał: „Czy to jest ksiądz profesor…?”, zapytał drugi klient,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Radosław Piesiewicz. Łubu dubu, łubu dubu…

„Składamy wspólny apel, jako przedstawiciele związków sportowych, o natychmiastowe złożenie dymisji przez Radosława Piesiewicza z pełnienia funkcji prezesa PKOl”, oświadczył Robert Korzeniowski po spotkaniu przedstawicieli ponad 50 związków sportowych z ministrem sportu Jakubem Rutnickim. Zebranie działaczy i ministra na Stadionie Narodowym w Warszawie odbyło się w cieniu afery związanej z głównym sponsorem Polskiego Komitetu Olimpijskiego – giełdą kryptowalut Zondacrypto.

Przypomnijmy: w październiku 2025 r., nie informując o tym członków zarządu PKOl, Radosław Piesiewicz zabrał olimpijczyków i udał się do Monako, gdzie podpisał umowę sponsorską z Przemysławem Kralem, prezesem Zondacrypto (o szemranej giełdzie kryptowalut powiązanej z przestępcami, obozem prezydenckim i PiS pisaliśmy w artykule „Aferzyści prezydenta RP”, „Przegląd” nr 51/2025).

Ofiara losu

Zgodnie z zawartą umową siedziba komitetu olimpijskiego otrzymała nazwę Zondacrypto Centrum Olimpijskie im. Jana Pawła II, olimpijczycy zaś (nie tylko medaliści, ale też ci, którzy zajęli miejsca od czwartego do ósmego podczas zimowych igrzysk w Mediolanie i Cortinie d’Ampezzo) mieli dostać nagrody finansowe. Okazało się, że Zondacrypto jest niewypłacalna, prezes Kral ewakuował się do Izraela (ma paszport tego kraju), kontakt z nim się urwał, a oprócz PKOl oszukanych zostało kilkadziesiąt tysięcy inwestorów, którzy nie mogą odzyskać pieniędzy zainwestowanych w kryptowaluty (nieoficjalnie mówi się o kilkuset milionach złotych).

O tym, że Zondacrypto ma ścisłe związki ze środowiskiem przestępczym, wiadomo powszechnie co najmniej od 2020 r., kiedy to „Superwizjer TVN” wyemitował wstrząsający reportaż o kulisach powstania i działalności giełdy kryptowalut (wcześniej nazywała się BitBay i Zonda). Od tego czasu media wielokrotnie wracały do tematu, informując o tajemniczym zaginięciu prezesa tej giełdy Sylwestra Suszka (według nieoficjalnych doniesień Suszek został zamordowany).

Tak więc Radosław Piesiewicz doskonale wiedział, kogo ściąga do PKOl. Teraz udaje głupiego. Twierdzi, że o niczym nie miał pojęcia, a wszystkiemu winni są były minister sportu Sławomir Nitras, Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego i TVN. Za sprawą tego pierwszego spółki skarbu państwa wycofały się ze sponsorowania PKOl, ABW zaś nie ostrzegła Piesiewicza przed podpisaniem umowy z Zondacrypto, choć informował służbę specjalną o swoich planach. Natomiast winą TVN jest to, że miała reklamować giełdę kryptowalut i tym samym zapewniła jej wiarygodność (sic!).

Jacek Dobrzyński, rzecznik ministra koordynatora służb specjalnych, szybko zdemaskował kłamstwa prezesa PKOl. Opublikował pismo Piesiewicza do ABW z prośbą „o przeprowadzenie szkolenia dla kierownictwa PKOl z zakresu ryzyk związanych ze współpracą z podmiotami zagranicznymi, w tym z działającymi poza obszarem Unii Europejskiej, a także oferującymi produkty i usługi niestandardowe”. Nigdzie w cytowanym piśmie nie pada nazwa Zondacrypto, nie ma mowy o kryptowalutach, a poza tym giełda kryptowalut zarejestrowana jest na terenie Unii Europejskiej.

Mało tego! Bezczelny Piesiewicz przeszedł do kontrataku i oświadczył, że osobiście został oszukany przez Zondacrypto, bo zainwestował na giełdzie kryptowalut i stracił bardzo dużo pieniędzy. Stwierdził, że jeśli giełda upadnie, to pójdzie z roszczeniem najpierw do prokuratury, a potem do rządu. „Założę stowarzyszenie, które będzie walczyło o pieniądze stracone przez tych wszystkich, którzy tam wpłacili pieniądze, którzy dali się oszukać”, odgrażał się prezes PKOl.

Dlaczego zamierza się domagać utraconych pieniędzy akurat od rządu? „Bo jeżeli miał informacje 11 miesięcy wcześniej, to powinien ostrzec wszystkich tych, którzy wpłacali pieniądze i tracili swoje oszczędności życia”, odparł Piesiewicz, dodając, że ustawa o kryptowalutach i prezydenckie weto do niej nie mają z tym nic wspólnego, a winę ponosi rząd, czyli Donald Tusk.

Parcie na szkło i pieniądze

Apel działaczy o odwołanie Radosława Piesiewicza ze stołka prezesa PKOl to już drugie takie podejście. W lutym 2025 r. 22 prezesów związków sportowych wezwało Piesiewicza do dymisji. „Sposób zarządzania komitetem przez Pana uderza w wizerunek PKOl i szeroko pojętego środowiska sportowego, co ma swoje konsekwencje finansowe. Wycofanie partnerów biznesowych to wyraz braku zaufania do Pańskich działań oraz wynik rozmieniania autorytetu PKOl na drobne poprzez działalność sprzeczną z Kartą Olimpijską. (…) PKOl, który ma

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Nielegalne wpływy. Lobbing po polsku

Szara strefa prawa z politykami prawicy w tle

Premier Donald Tusk na konferencji prasowej, która odbyła się 7 kwietnia, powołując się na ustalenia Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, poinformował, że założona przez Zbigniewa Ziobrę Fundacja Instytut Polski Suwerennej otrzymała od Przemysława Krala, prezesa giełdy kryptowalut Zondacrypto, 450 tys. zł.

Część tych środków miała zostać przeznaczona na adwokatów reprezentujących Dariusza Mateckiego oraz ks. Michała Olszewskiego.

Z kolei powiązana z Kralem czeska spółka Expofér Servis House (w niektórych źródłach występuje jako Expo Fair Service House – przyp. M.C.) przekazała 70 tys. euro Fundacji Dobry Rząd powiązanej z posłem Przemysławem Wiplerem. Donald Tusk sugerował, że istnieje związek między przekazanymi środkami a negatywnym stosunkiem PiS i Konfederacji do rządowych projektów ustaw mających na celu poddanie rynku kryptowalut w Polsce kontroli.

Zarówno ziobryści, jak i konfederaci zaprzeczyli. Przy tej okazji na Wiejską wrócił temat lobbingu.

Na początku był „grabbing”

Pod koniec grudnia 1997 r. rząd premiera Jerzego Buzka wprowadził całkowity zakaz importu żelatyny. Oficjalnie w trosce o zdrowie społeczeństwa, gdyż na Zachodzie stada bydła dziesiątkowała choroba szalonych krów. Sprawą zainteresowały się media, ponieważ zakaz objął także żelatynę wieprzową, a o chorobie szalonych świń nikt nie słyszał.

Okazało się, że zakaz importu gwarantował ogromne zyski Kazimierzowi Grabkowi, biznesmenowi nazywanemu „królem żelatyny”, bo – jak sugerowali dziennikarze – dzięki koneksjom politycznym potrafił on forsować korzystne rozwiązania prawne, które zapewniały jego zakładom monopol sprzedażowy na krajowym rynku. Jego sposób działania nazwano „grabbingiem”. To była pierwsza wielka afera lobbingowa w Polsce. W konsekwencji burzy medialnej rząd cofnął zakaz importu żelatyny wieprzowej i obniżył cła, a Grabkiem zainteresowała się prokuratura.

O wiele większy rozgłos zyskała tzw. afera Rywina z 2002 r. Producent filmowy Lew Rywin zażądał od redaktora naczelnego „Gazety Wyborczej” Adama Michnika „prowizji” w wysokości 17,5 mln dol. w zamian za korzystne zapisy w ustawie o radiofonii i telewizji, które pozwoliłyby spółce Agora na przejęcie jednej ze stacji telewizyjnych. Mówiło się wtedy, że

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Miasto wina i futbolu

To piłka nożna sprawiła, że Porto kojarzy się dzisiaj nie tylko z wyśmienitym trunkiem

Korespondencja z Portugalii

Miłośnikom wina Porto oferuje jeden z najbardziej charakterystycznych widoków w Europie. Kiedy staniemy na nabrzeżu szerokiej rzeki Duero, z żelazną konstrukcją mostu Dom Luís I po lewej stronie, na drugim brzegu zobaczymy rzędy magazynów z nazwami, które od dekad definiują lokalną tożsamość: Cruz, Cálem, Sandeman, Kopke, Taylor’s, Graham’s.

Po drugiej stronie rzeki leży też Vila Nova de Gaia – formalnie oddzielna miejscowość, w praktyce część tego samego organizmu wchodzącego w skład zespołu miast Grande Porto. Właśnie tam powstały słynne lodges – magazyny wina porto. Ich lokalizacja początkowo miała bardzo praktyczny wymiar – chłodniejszy i stabilniejszy niż w dolinie Duero klimat miasta chronił wino przed przegrzaniem. Dziś nie jest to już konieczne, ale infrastruktura przetrwała. I zmieniła funkcję. Wraz z turystycznym bumem dawne magazyny stały się jednymi z najbardziej atrakcyjnych przestrzeni miasta.

Porto, jak wiele europejskich miejscowości, w ostatnich dekadach przeszło turystyczną transformację. Dawne piwnice z winem przekształcono w hotele, muzea i centra degustacyjne, a symbolem tej zmiany stał się kompleks World of Wine (WOW).

Zagrożona tożsamość

Porto od wieków budowało swoją potęgę na winie. Już w 1756 r. region Douro (portugalska nazwa rzeki Duero – przyp. red.) został oficjalnie wyznaczony jako obszar jego produkcji. Stał się tym samym najstarszym prawnie wydzielonym regionem winiarskim na świecie. Wino transportowano rzeką do Porto, następnie dojrzewało ono w piwnicach w Vila Nova de Gaia i było wysyłane dalej –

głównie do Wielkiej Brytanii. To właśnie potrzeba transportu wina do Wielkiej Brytanii wpłynęła na jego wzmocnienie – ponieważ podczas transportu wina bardzo często się psuły, zaczęto dolewać do beczek wysokoprocentowy spirytus winny.

Dziś ta sytuacja się zmieniła. Od 2000 r. sprzedaż porto spadła o ponad 30% – a prognozy wskazują, że do 2030 r. jego sprzedaż nadal będzie spadać. Branża próbuje się dostosować: stawia na droższe produkty, rozwija turystykę i coraz częściej inwestuje w wina stołowe z regionu Douro. Nawet najbardziej prestiżowy i najszlachetniejszy rodzaj wina, Porto Vintage (PV), stanowi dziś zaledwie niewielki procent całkowitej produkcji. Producenci próbują zatem zmieniać sposób, w jaki porto jest konsumowane. Lżejsze style, np. białe porto

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Od czytelników

Listy od czytelników nr 19/2026

Po co nam Wojskowa Akademia Medyczna?

Klasycznie w różnych krajach uczelnie wojskowe rozwiązywały dwa problemy. Pierwszy to dostarczenie wojsku wykształconej kadry. Drugi to danie szansy rozwojowej zdolnym ludziom z gorzej uposażonych rodzin, które nie mogły im zapewnić edukacji, albo ze środowisk, z których trzeba było się wyrwać, aby móc się rozwinąć. Podobnie dawna Wojskowa Akademia Medyczna w Łodzi (a przed II wojną Centrum Wyszkolenia Sanitarnego w Warszawie) rozwiązywała te problemy w odniesieniu do zapewnienia wojsku kadry medycznej. A dzięki temu, że dawała „wikt i opierunek”, kształciła wielu utalentowanych młodych ludzi, którzy inaczej nie mieliby możliwości zdobyć tego wykształcenia.

Można wprawdzie sobie wyobrazić zatrudnienie w wojsku lekarzy cywilnych, ale trzeba zauważyć, że obok funkcjonowania w wojsku struktur niemal nieodróżnialnych od cywilnych, takich jak szpitale i przychodnie, istnieją tu takie struktury jak dywizje, brygady i pułki, które w życiu cywilnym nie funkcjonują i które lekarz wojskowy musi umieć obsługiwać. Co więcej, są to struktury dynamiczne, które w razie działań bojowych muszą się często przemieszczać, zmieniać skład osobowy i organizację. Lekarz obsługujący ten świat musi go znać i

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Jerzy Domański

Jaki prezydent, taka kancelaria

Maj zawsze nastraja optymistycznie. Każdego. No, prawie każdego. Bo jest specyficzna grupa zawodowa, która zajęta sobą nawet nie widzi tej przepięknej, ledwo wyrosłej zieleni. A szkoda, bo właśnie politykom najbardziej przydałby się kontakt z ziemią. Poleżeliby, choć z godzinkę, na zielonej trawie. A gdyby to im nie pomogło, przez ten czas chociaż mniej by szkodzili.

Najbardziej taki odwyk przydałby się monstrualnie rozbudowanej Kancelarii Prezydenta. Może by tam zauważyli, że wciąż jej wiceszefem jest Adam Andruszkiewicz oskarżony o fałszerstwa przy wyborach samorządowych w 2014 r. Dowody, zbierane jeszcze za rządów PiS, są bardzo mocne. Długo to śledztwo trwało, bo trzeba było zweryfikować tysiące podpisów. I przesłuchać bardzo wielu świadków. Wykonawcy tej brudnej operacji wyborczej oskarżają Andruszkiewicza, on zaś opowiada o zemście politycznej i prowokacji wiadomych sił. Może ma rację. Bo za takim prymitywnym hochsztaplerem muszą stać jakieś mętne siły. Prezydent Nawrocki ma pełną wiedzę o tych przestępstwach. I nic z tym nie robi.

Pewnie boi się precedensu, bo z zarzutami nie jeden Andruszkiewicz u niego pracuje.

Ma też w kancelarii dużo większe problemy. Zmontowana przez Kaczyńskiego i mocno skłócony obóz PiS kancelaria jest zbiorowiskiem ludzi o sprzecznych interesach i wybujałych ambicjach. Od początku była skazana na konflikty. Jeśli jeszcze nie dochodzi do fizycznych zwarć – jak to było na korytarzach kancelarii za prezydentury Dudy – to zapowiedzi takich rozstrzygnięć sporów już są.

Obserwatorzy walki między politykami i ich podchodów zwracają uwagę na rywalizację między Zbigniewem Boguckim a Marcinem Przydaczem. Na razie grają na dwóch różnych boiskach, ale ambicje mają ogromne. Sięgające samego szczytu, czyli posady prezydenta. Trudno

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Opinie

Europa znów na peryferiach?

Atlantycki patron chce zmienić architekturę ładu światowego, by zachować dotychczasową hierarchię

Przyczyny mizerii debaty publicznej w Polsce zgłębił prof. Waldemar Karpa („Pollicitatio nad Wisłą”, „Przegląd” nr 16/2026). Wracamy do czasów sejmowego i sejmikowego warcholstwa szlachty z jej obsesją absolutum dominium – strachem przed wzmocnieniem prawie szczątkowej władzy króla. To chyba trafniejsza analogia niż niewiele mówiąca polskiemu czytelnikowi metoda ogłupiania rzymskiego plebsu ówczesnymi CPK.

Pułapka postępu

Obecnie problem jest poważniejszy, bo dotyczy całej UE. Zamęt w umysłach unijnych przywódców powstał, kiedy atlantycki patron zmienił strategię utrzymania hegemonii. Chce teraz zmienić architekturę ładu światowego, by zachować dotychczasową hierarchię. Przy okazji właściciele portfeli inwestycyjnych, w tym kongresmeni, mogą zarabiać na wojnie. Nie przypadkiem wszyscy „miłujący pokój i prawa człowieka” kupują akcje hien zbrojeniowych, takich jak Lockheed Martin czy Rheinmetall AG. W amoku zbrojeń giną inne zagrożenia: następstwa kryzysu planetarnego. To następstwa kapitalizmu, wzrostu gospodarczego i masowej konsumpcji: ludzie zbędni, efekt cieplarniany, księżycowe pejzaże. Przynajmniej dzięki nim będzie można zaoszczędzić na turystyce kosmicznej.

Najgroźniejsza jest pułapka postępu, w której uwięzili nas właściciele, udziałowcy oraz zarządzający wielkimi korporacjami cyfrowymi, zbrojeniowymi, wydobywczymi i finansowymi. To oni decydują o kierunkach rozwoju technologii i nie pytają nikogo o zdanie. Te pijawki realnej gospodarki całego świata wynagradzają swoich menedżerów success fee, nie bacząc na koszty społeczne i ekologiczne ich wirtuozerii finansowej. Na giełdzie Polymarket możesz obstawić nawet datę śmierci nowego przywódcy Iranu.

Historia się powtarza. Jak pisze archeolog i antropolog Ronald Wright: „Myśliwi, którzy nauczyli się zabijać dwa mamuty zamiast jednego, dokonali postępu. Ci, którzy wpadli na pomysł, by zagnać stado na krawędź urwiska i uśmiercić 200 sztuk naraz, posunęli się za daleko. Żyli na wysokim poziomie… przez chwilę. Potem nastał głód” („Krótka historia postępu”, 2021). Chwilo, trwaj – jak długo jeszcze?

I kierujący UE, i ekonomiści, i zauroczeni darami Rynkowego Pana wierni konsumenci myślą naiwnie, że to kapitalizmowi, prywatnej własności i wolnemu rynkowi zawdzięczamy obecny komfort życia na Północy. A przecież naszymi dobrodziejami są wynalazki, technika i napędy – dzieło nowoczesnego przyrodoznawstwa. I do tego energetyczni niewolnicy, czyli tania do niedawna energia z węglowodorów napędzająca maszynerię zysku. Wydatki na zbrojenia tylko stabilizują koniunkturę. Przynajmniej przez jakiś czas. Ale na dalszą metę jedynie pogłębią

Tadeusz Klementewicz jest politologiem, profesorem nauk społecznych, wykładowcą na Wydziale Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego, specjalistą w zakresie teorii polityki i metodologii nauk społecznych

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kultura Wywiady

Poraź talentem, zrób wrażenie i zniknij

Widzowie polubili moje serialowe bohaterki

Ewa Szykulska – jedna z najbardziej rozpoznawalnych aktorek kina i teatru

Rolą jednej z trzech dziewczyn – dziewczyny pracującej na poczcie – w „Dziewczynach do wzięcia” w reżyserii Janusza Kondratiuka pokazałaś, że nie pozwalasz zaszufladkować się do jednego typu ról.
– Wypłakałam i wykrzyczałam u Janusza tę rolę. Było mi o tyle łatwo, że byłam już wtedy kobietą Kondratiuka, a bardzo chciałam zagrać… Dziewczynę do wzięcia. I zagrałam. To  jedyna wyproszona rola na moim koncie. Warunkiem, że ją dostanę, była moja zgoda na zeszpecenie. Przez srebrne nakładki zniszczyłam sobie zęby, bo się porozsuwały, ale w tym zawodzie przecież zdarzają się gorsze rzeczy, np. 20 kg na plus do roli albo na minus. (…) Dzięki „Dziewczynom” nabrałam szacunku do ludzi, których w odniesieniu do sztuki nazywa się amatorami albo naturszczykami. Moi koledzy często powtarzali i powtarzają, że w naszym zawodzie trzeba być profesjonalnym. Cholera jasna, czy profesjonalnym się stajesz, bo pewne rzeczy tyle razy powtarzasz? A czy nie chodzi przede wszystkim o to, na ile mocno rozbłyskasz, grając, nieważne, czy jako amator, czy profesjonalista? Jeśli jest taka potrzeba, zawsze bronię amatorów przed profesjonalistami z tytułem magistra.

Chciałam być w „Dziewczynach” tak zwyczajnie przezroczysta jak moje koleżanki z planu – a potem też przyjaciółki w życiu – jak Ewa i Regina, czyli Ewa Pielach i Regina Regulska. Obserwowałam obie i wtulałam się w nie. Chciałam zagrać w tym filmie na pograniczu grania i niegrania. Tak, żeby widzowie nie wiedzieli, czy ja gram, czy ja jestem. Żeby wytworzyło się coś między jawą a snem. Może się udało? (…)

Na planie „Dziewczyn” zdarzały się nam różne przygody, śmieszne i mniej śmieszne, znaczące i ulotne. Podczas kręcenia sceny na schodach ruchomych na dworcu kolejowym w Warszawie jakiś no name, cham bez zębów złapał mnie za tyłek. Mnie – Księżniczkę, Królewnę Śnieżkę! Aktorkę! Byłam w brązowym, nędznym paltociku z tygrysim kołnierzykiem, nieumalowana, ale jakbym włożyła ładną sukienkę, to…

Ten facet nie widział w tobie gwiazdy, tylko dziewczynę do wzięcia…
– Nie obraziłam się. Po chwili spokorniałam. Dlaczego uważam, że jestem lepsza od innych? Bo mówię cudzym tekstem, kamera mnie „bierze” i zobaczą mnie na ekranie? Z tego powodu nie mam prawa myśleć, że jestem wybrańcem bogów. (…)

Na przełomie lat 70. i 80. stałaś się jeszcze bardziej rozpoznawalna dzięki rolom w niezwykle popularnych serialach telewizyjnych. Były to m.in. takie hity, jak: „07 zgłoś się”, „Rodzina Połanieckich”, „Kariera Nikodema Dyzmy”, „Jan Serce”, „Ballada o Januszku”.
– W serialu „07 zgłoś się” zagrałam dwie postaci w dwóch odcinkach nakręconych przez dwóch reżyserów. Wolę siebie w roli młodej kurewki niż szantażowanej dyrektorowej. Odcinek z tą pierwszą moją bohaterką przypomniałam sobie niedawno. Praca na planie tego serialu była dla mnie w porządku, bo dało się odczuć, że między aktorami nie ma przeciwciał. Byłam w uroczym – na pewno dla mnie, nie wiem, jak dla innych – amoku grania. To strasznie ważne, żeby grać z ludźmi, których lubisz, a oni, mam nadzieję – ciebie. Żebyśmy się nie odpychali, niezależnie, czy gramy postacie, które się lubią, czy nie. Żeby nie było rodzaju wyższości między aktorami, bo jeśli jest, to się robi pusto i bez sensu. Musi stykać, musi kopać „prund”.

W „Karierze Nikodema Dyzmy” idealnie oddałaś osobowość ekscentrycznej hrabiny Lali Koniecpolskiej, Niemki, która wyszła za mąż za polskiego arystokratę, wielbicielki szybkiej jazdy samochodem i – jak to Lala mówiła łamaną polszczyzną – adoratorki „mezczyzn, które nie boją się ryzyka”. Dyzma był w jej typie. Dlatego pułkownik Wareda, grany przez Leonarda Pietraszaka, ostrzegł go podczas wyścigów konnych skupiających śmietankę przedwojennej Warszawy: „Uważaj, Nikodem. Lala Koniecpolska to prawdziwa wampirzyca”.
– Świetnie mi się grało z Romkiem. Jak to się mówi w aktorskim żargonie, maksymalnie skupieni na sobie „wyżeraliśmy” z siebie wzajemnie, czerpaliśmy z siebie, nie kalecząc się przy tym. Byliśmy dla siebie pożywką. Pasożytowaliśmy na sobie. Patrząc po latach np. na naszą scenę z samochodem, myślę, że dobrze ją zagrałam, uruchamiając strumień wewnętrznej energii, intuicyjnie. To jest rozkoszna sytuacja dla aktora, gdy wtula się w rolę, wtapia się w nią, i tak było wtedy z Lalą Koniecpolską. Przywłaszczyłam sobie od Romka najkrótszą lekcję aktorstwa. Pokrywa się ze wskazówkami Janiny Żejmo z planu „Człowieka z M-3”. W przypadku Romka sprowadza się do słów: „Przypierdol i odskocz”.

Co znaczy?
– Poraź talentem, zrób wrażenie i zniknij.

Żeby skorzystać z tej „najkrótszej lekcji aktorstwa”, trzeba ją było najpierw zrozumieć.
– Romek nie znosił niezdolnych kolegów. Nie obrażał ich, nie wytykał im błędów, tylko dawał im popalić w trakcie gry, zresztą mówiąc tekstem zapisanym w scenariuszu. Niuansami potrafił wywołać istną burzę z piorunami. Trup ożywał. Taki mało zdolny partner filmowy Romka czy partnerka nie wiedzieli, co stanie się za moment. Musieli mierzyć się ze swoimi rozchwianymi emocjami i pod presją często bardzo szybko uczyli się sztuki aktorskiej od Romka.

Dyzmę zagrał genialnie. Z pasją pochłaniał tę rolę. Niby grał lekko, ale to było coś niezwykłego. Był wielki jako Dyzma, bo nie bał się być mały. Cała ekipa miała radochę z gry. Przetańczyliśmy ten film. Graliśmy jak w szale. Być może nasza energia przeniknęła przez ekran. Każdy z aktorów chciał dobrze wypaść, ale nikt nikogo nie przeskakiwał, nie rywalizowaliśmy ze sobą w sposób chamski i nieetyczny.

Zapewne duża w tym zasługa reżysera Jana Rybkowskiego.
– Pan Jan… Pan Jan Rybkowski… Pan Tata Jan Rybkowski… ubóstwiał aktorów i opiekował się nami. Był dla nas czuły i cudowny. Związywał się z nami. Po skończonej pracy nad jednym filmem zapraszał nas, „swoich aktorów”, do kolejnego. Tak było np. ze mną. W „Karierze Nikodema Dyzmy” zagrałam po „Rodzinie Połanieckich” w jego reżyserii. Z Markiem Nowickim, operatorem i scenarzystą, tworzyli z panem Janem fantastyczny tandem.

Pamiętam, gdy w jakiejś knajpce we Włoszech nasz kochany reżyser tak perorował, tak nie mógł się nas nachwalić, że aż sztuczna szczęka wypadła mu na kamienną posadzkę. Nie wiedzieliśmy, co robić. Śmiać się? Podać reżyserowi szczękę? Rybkowski rozwiązał problem jakoś tak naturalnie. Jakby nic się nie stało. Ten pobyt we Włoszech był bardzo radosny. W Wenecji spontanicznie przyłączyła się do nas grupa amerykańskich studentów ze szkoły teatralnej. Razem wędrowaliśmy na kolacje (to dużo powiedziane) i tańce.

W Wenecji kręciliście sceny do…
– …„Rodziny Połanieckich”. Konkretnie na Placu Świętego Marka, a więc w najważniejszym punkcie miasta. Wydaje się nieprawdopodobne, że właśnie dla nas w takim miejscu udało się zatrzymać zawsze nieprzebraną falę turystów. Zwracaliśmy ich uwagę strojami z epoki. (…) Pamiętam też w Wenecji gondolę z niezwykłymi pasażerami. Gondolier płynął nią po Canal Grande. Razem z nim płynęły kobieta okryta żałobnym welonem i – najpewniej – jej córka, także ubrana na czarno, oraz trumna. To nie była scena z filmu

Fragmenty książki Entliczek mętliczek. Ewa Szykulska w rozmowie z Karoliną Prewęcką, Prószyński i S-ka, Warszawa 2025

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Jan Widacki

Nasza polska schizofrenia

Do licznych już objawów doszedł kolejny. Ogromny baner sławiący Zondacrypto na froncie gmachu Centrum Olimpijskiego im. Jana Pawła II. Te dwa wielkie napisy, z których jeden sławi polskiego papieża, a drugi gigantyczne oszustwo, jakoś prezesowi Piesiewiczowi dziwnie się komponują w całość. Jakby dotąd tych objawów narodowej schizofrenii było mało! PiS na straży polskiej rodziny i nierozerwalności małżeństwa! PiS z Ryszardem Terleckim, Martą Kaczyńską, Jackiem Kurskim i całą masą innych prominentnych postaci prawicy sprawdzających się w kolejnych związkach małżeńskich.

„LGBT to nie ludzie, to ideologia!”, twierdził pewien wybitny filozof pełniący przez dwie kadencje urząd prezydenta. Ten przynajmniej miał stałe stanowisko w sporze o uniwersalia („Unia to wyimaginowana wspólnota” – to też jego mądra myśl godna wyrycia na jakiejś kamiennej tablicy umieszczonej w Muzeum Historii Polski). Rzecz w tym, że na czele wrogiego środowiskom LGBT ugrupowania politycznego stała osoba (nie wyimaginowana idea!) jak najbardziej do środowiska LGBT należąca. Ci sami ludzie wielbili wodza i rozwieszali afisze z „zakazem pedałowania”. Wodzowi chcieli zabronić? Kochali wodza, a potępiali jego inklinacje?

PiS i jego elektorat były i są bardzo antykomunistyczne. Ale nie przeszkadzał im sędzia Kryże, wyniesiony na stanowisko wice-Ziobry za pierwszego PiS. Ten sędzia, który w schyłkowej PRL skazywał m.in. Bronisława Komorowskiego za składanie 11 listopada kwiatów przed Grobem Nieznanego

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.