Andyjska włóczęga hajera

Andyjska włóczęga hajera

Turysta wszędzie bywa przejazdem, a włóczęga nawet na końcu świata potrafi się zadomowić i poczuć jak u siebie

Mieczysław Bieniek – były górnik (27 lat pracy pod ziemią), po wypadku w kopalni i przejściu na emeryturę znalazł w podróżach po świecie nowy sposób na życie. Odwiedził już ponad 100 krajów. Swoje przygody opisał w książkach: „Hajer jedzie do Dalajlamy”, „Z hajerem na kraj Indii”, „Hajer jedzie do Soczi” i najnowszej „Hajer na andyjskim szlaku”. Bieniek jest zwolennikiem taniego podróżowania, miłośnikiem gór, dalekich wypraw rowerowych i surfingu.

Zaczynał od podróży po Indiach, zakończonej audiencją u Dalajlamy, jechał też rowerem przez Rosję. Teraz półroczną włóczęgę po Ameryce Południowej, pełną zabawnych, ale i dramatycznych przygód, opisał w gawędziarskim stylu w książce „Hajer na andyjskim szlaku”.

Powiedzieć, że pana pierwsza podróż do Indii, którą mogliśmy poznać z książki „Hajer jedzie do Dalajlamy”, była spontaniczna, to mało. Ona była zwariowana i szalona. Czy od tego czasu zmieniło się pana podejście do planowania kolejnych wypadów w daleki świat?

– Niewiele. Staram się nie przesadzać z nadmiarem informacji. Czytam trochę o krajach, do których jadę, i panujących tam zwyczajach. Tym razem o kartelach narkotykowych i krwawych skutkach ich działalności. Podróż po krajach andyjskich była moją drugą pod względem trudności wyprawą. Najbardziej ciekawią mnie miejsca oddalone od tras turystycznych, choć tym razem już na początku ciekawość zawiodła mnie – chyba z tęsknoty za ciepłem, bo wyruszałem w połowie stycznia – na kolumbijskie wybrzeże Morza Karaibskiego. Dotarłem do Santa Marty, bo słyszałem, że jest tam kilka fajnych plaż. Często jednak poddaję się biegowi zdarzeń, trochę na zasadzie: niech się dzieje wola nieba.

Nieprzewidziane zdarzenia są solą prawdziwej przygody, ale niosą także zagrożenie.

– Nawet tym najbardziej przewidywalnym podróżom towarzyszy jakaś niewiadoma. Z pewnością spływ górskim dopływem Amazonki na dętce samochodowej zwiększał to ryzyko, szczególnie gdy nie wiedziałem, co będzie za zakrętem, czy nie natrafię tam na wielki wodospad, i gdy na dodatek podążałem za pewnym Indianinem, który zabrał ze sobą cały mój dobytek, łącznie z dokumentami. Musiałem przezwyciężyć strach i starać się mimo wszystko utrzymać na powierzchni wody, pokonując raz za razem potężne bystrza. Cóż to była jednak za radość, gdy w końcu zobaczyłem mojego Indianina czekającego na mnie na brzegu spokojnej już rzeki!

Takich trudnych, a nawet dramatycznych chwil, którymi dzieli się pan w książce „Hajer na andyjskim szlaku”, było więcej.

– Podczas wspinaczki na ekwadorski wulkan Cotopaxi (5897 m n.p.m.) znalazłem się w sytuacji, kiedy trzeba było komuś pomóc, bo akurat skręcił nogę, a przecież nie zostawi się człowieka samego wśród śniegu i lodu. Ten naturalny odruch odzywa się z o wiele większą siłą właśnie podczas podróży, gdy znajdujemy się w nieznanych okolicznościach. Myślimy wtedy podświadomie, że gdyby coś takiego przydarzyło się nam, to też oczekiwalibyśmy pomocy od napotkanych ludzi. I tak zresztą było, gdy doświadczyłem częściowego paraliżu na boliwijskim bezdrożu. Wtedy zdecydowana reakcja przypadkowego kompana z Włoch zapewne ocaliła mi życie, bo groziło mi, sparaliżowanemu od pasa w dół, pozostanie samemu na pustkowiu.

Na ile to tylko możliwe, omija pan hotele i stara się być jak najbliżej miejscowej ludności.

– I na tym polega urok mojego podróżowania. W hotelu czy nawet guesthousie trudno zobaczyć, czym żyją ludzie, o czym rozmawiają… Staje się to możliwe, gdy znajdziemy się w skromnej izdebce czy szałasie. Podchodzę do napotkanych ludzi z uśmiechem, czasami przytulę, zażartuję, pokażę coś na migi, gdy brakuje języka. Gdybym stał jak kołek, trudno byłoby ten dystans przełamać. Przyjeżdżam z zewnątrz i jestem dla nich obcy.

Miał pan okazję sprawdzić się już zaraz po przylocie, w środku nocy, na lotnisku w kolumbijskiej Bogocie.

– Zazwyczaj po wylądowaniu samolotu taksówkarze próbują wyłapywać naiwne „blade twarze”. Nieraz już w różnych miejscach słyszałem, że wszystko nieczynne, nic nie jeździ, świat się zawalił, ale oni za „jedyne” 100 dol. mnie podwiozą. Teraz było podobnie. Obserwuję w takich chwilach miejscowych, bo taksówką jeżdżą ci, którzy mogą sobie na to pozwolić, a reszta idzie na autobus. Ruszyłem za tłumem, ale okazało się, że rzeczywiście nic nie pojedzie, bo w mieście ogłoszono strajk. Zabrałem się w końcu do centrum z rodziną spotkanej dziewczyny.

Strony: 1 2 3

Wydanie: 29/2015

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy