Ateny nie dla ateńczyków

Ateny nie dla ateńczyków

Od zeszłego roku czynsze w greckiej stolicy wzrosły o 17%, mieszkańcy są eksmitowani, a całe dzielnice zamieniają się w turystyczne getta

Geraldine Hynes, 63-latka pochodząca z Irlandii, już od dłuższego czasu próbuje kupić mieszkanie w Atenach. Odkąd jej dawny najemca postanowił sprzedać lokum chińskim inwestorom, ona i jej mąż musieli opuścić dom, który wynajmowali przez przeszło trzy dekady. „Chciałabym mieć nareszcie jakiś bezpieczny własny kąt”, mówi pani Hynes. Zarabia skromną pensję jako nauczycielka języka angielskiego, a miesięczna emerytura jej greckiego męża została obniżona z 1,5 tys. do 500 euro w czasie kryzysu gospodarczego, który rozpoczął się w 2010 r.

„Kiedy nas eksmitowano, w pobliżu były jeszcze mieszkania po 100 tys. euro. Teraz nie mogę znaleźć niczego poniżej 250 tys. euro. Są to ceny chińskie i rosyjskie. Nie greckie”, ubolewa Geraldine w rozmowie z reporterami z BBC.

Ateny chińsko-rosyjskie

Małżeństwo mieszkało w Koukaki, przyjemnej, dość spokojnej dzielnicy na obrzeżach Aten, graniczącej z Plaką, historyczną stolicą, która rozciąga się u podnóża majestatycznego Akropolu.

Chociaż Koukaki nie wyróżnia się atrakcjami turystycznymi ani zabytkami typu must see, okolica ma swój klimat. Być może właśnie dlatego coraz więcej mieszkań zostaje wykupionych i przerabianych na hostele.

„Powoli dzieje się u nas to, co w Barcelonie, gdzie mieszkańcy zostali zmuszeni do opuszczenia centrum”, mówi Maria Dolores, młoda artystka, która mieszkała w Koukaki przez cztery lata. Ona i jej trzej współlokatorzy zostali eksmitowani z mieszkania w listopadzie 2018 r., kiedy właściciel sprzedał cały budynek cudzoziemcowi, a ten przerobił go na apartamenty dla turystów. W budynku oprócz mieszkań znajdowały się również szkoła sztuki walki i centrum aktywności dla dzieci. „W Atenach coraz częściej firmy inwestycyjne zamieniają budynki w hostele. Najbardziej tracą na tym biedniejsi mieszkańcy i bezrobotni”, twierdzi Dolores.

W ostatnich latach stolica Grecji przeżywa bum nieruchomościowy. Jest on nakręcany nie tylko przez wzrost liczby turystów, ale także przez wprowadzenie tzw. złotych wiz. Portugalia, Hiszpania czy inne kraje dotknięte kryzysem od lat wykorzystują ten sposób, by przyciągnąć inwestorów i ożywić gospodarkę.

Grecki rząd zaczął oferować złote wizy w 2013 r. Wydanie minimum 250 tys. euro na dom w Helladzie zapewnia otrzymanie pięcioletniej odnawialnej wizy. Według szacunków Athens Real Estate Association co najmniej jedna trzecia sprzedawanych w mieście nieruchomości trafia do zagranicznych złotych inwestorów wizowych. W sumie z programu skorzystało ok. 10 tys. cudzoziemców. Prawie połowa z nich to Chińczycy, reszta biznesmenów pochodzi głównie z Rosji, Turcji i Bliskiego Wschodu.

Wszystko dla turysty

Grecy, którzy przez ostatnie lata zmagali się z gwałtownym spadkiem płac, bezrobociem oraz brakiem gotówki, coraz częściej i chętniej sprzedają swoje mieszkania inwestorom albo sami zaczynają wynajmować je turystom. Dla wielu Ateńczyków branża turystyczna czy noclegowa ciągle jest dobrym sposobem poprawy sytuacji materialnej.

29-letnia Argiro Fouraci, była nauczycielka, która straciła pracę w wyniku „polityki zaciskania pasa”, zaczęła poprzez aplikację Airbnb wynajmować turystom pięć apartamentów (m.in w dzielnicy Kouaki), które od lat należały do jej rodziny.

Jedno mieszkanie zapewnia Fouraci zarobek ok. 400 euro na czysto. Pomaga jej to w opiece nad rodzicami, których emerytury zostały radykalnie obniżone. Jej ojciec z kolei wspiera swojego brata, który otworzył sklep z elektronicznymi papierosami. „Większość moich przyjaciół wciąż jest bezrobotna”, mówi Fouraci i dodaje: „Teraz dzięki wynajmowaniu mieszkań przyjezdnym jestem w stanie coś zarobić i przy okazji pomóc mojej rodzinie”.

Napływ turystów jest również korzystny dla 53-letniego Stavrosa Siemposa, właściciela Pantopolionu, sklepu spożywczego w Koukaki, w którym sprzedaje ser feta, oliwki i inne tradycyjne greckie produkty. Jak sam przyznaje, w okolicy mieszka więcej cudzoziemców niż Greków i dzięki temu jego sklep przynosi dochody. Turyści po prostu wydają znacznie więcej pieniędzy na lokalne, droższe produkty niż przeciętny Grek.

Jak donosi amerykański magazyn „Forbes”: „Airbnb zmienił zasady gry na greckim rynku nieruchomości. Zwiększył popyt na wynajem nieruchomości i pomógł ustabilizować rynek”. Tę opinię podziela Sakis Dionysopoulos, prezes holdingu Dion: „Airbnb zmienił bieg spraw w sektorze nieruchomości: spowodował falę modernizacji budynków, stworzył miejsca pracy dla sektora budowlanego i wygenerował dochód dla właścicieli nieruchomości”.

Jednak coraz więcej ateńczyków dostrzega ciemną stronę Airbnb. Nie wszyscy dysponują własnościowymi mieszkaniami, nie mają zatem możliwości czerpania korzyści z masowej turystyki. Za to dotykają ich takie same problemy mieszkaniowe i finansowe, z jakimi boryka się teraz choćby pani Hynes.

Według działającej na rynku nieruchomości firmy Spitogatos od zeszłego roku czynsze wzrosły o 17%, mieszkańcy są eksmitowani, a dzielnice zamieniają się w turystyczne getta.

„Umowy są najczęściej krótkoterminowe, co powoduje wysokie opłaty czynszowe”, tłumaczy Theophanis Matsopoulos, doradca Izby Handlowo-Przemysłowej w Atenach. Zwraca uwagę na ciągle wysoką stopę bezrobocia wśród młodzieży (ok. 40%), a to sprawia, że ceny czynszu są nieosiągalne dla młodych ludzi.

„Wszystko to się dzieje w czasie, gdy Grecja stara się wydobyć z najgorszej powojennej depresji – dodaje Matsopoulos. – Jak Grecy mogą sobie pozwolić na takie czynsze?”.

Oznaką bumu jest także rosnąca liczba hoteli. Prawo budowlane ciągle opiera się na przepisach złagodzonych w czasie kryzysu gospodarczego. Duzi inwestorzy, w tym Thomas Cook i Wyndham Hotels, próbują to wykorzystać i w sektor turystyczny inwestują miliardy, twierdzi Enterprise Greece, rządowa agencja promująca inwestycje i handel.

Zasłanianie Partenonu

W stolicy bum widać gołym okiem. Nowe, czterogwiazdkowe hotele powstają nawet w dzielnicach, które, delikatnie mówiąc, ani nie grzeszą wyglądem, ani nie są popularne wśród zwiedzających, jak choćby na placu Ormonia, w otoczeniu szerokich ulic i niezbyt ładnych betonowych budynków.

Jednak największe emocje i najwięcej kontrowersji wzbudziła budowa 10-piętrowego hotelu w dzielnicy Makriyanni (Makyrgianni) pod Akropolem. Gdy obiekt osiągnął wysokość 31,5 m, stał się najwyższym budynkiem w okolicy, a co gorsza – zasłonił widok na Partenon.

„Nagle coś było wyższe niż nowe muzeum Akropolu”, stwierdza Irini Frezadou, wykształcona w Szwajcarii architektka i urbanistka. Jak dodaje: „ma to być obszar ochrony archeologicznej. Nasze przepisy dotyczące zagospodarowania przestrzennego są częściowo winne, ale budowa obiektów o tak gigantycznych wymiarach nigdy nie została zatwierdzona przez centralną radę archeologiczną”.

Zgodnie z obowiązującymi przepisami średnia maksymalna wysokość innych budynków w okolicy wynosi 21 m. W odróżnieniu od pozostałych wielkich metropolii europejskich Ateny unikały ogromnych wieżowców właśnie z obawy, że wielopiętrowe budynki przyćmią największą wizytówkę stolicy. W rezultacie zbudowano tylko jeden, 28-piętrowy biurowiec znany jako Athens Tower. Było to w latach 70., jeszcze za rządów dyktatury wojskowej. Nic więc dziwnego, że nowy obiekt szybko został zauważony i oburzył Greków.

Mieszkańcy postanowili wziąć sprawy w swoje ręce i działać przeciwko budowie 10-piętrowego budynku hotelowego. Najpierw zorganizowali ruch o nazwie Makyrgianni SOS, zaczęli protestować i wysyłać pisma do organów państwowych i różnych ministerstw. Wsparcia udzieliło im Greckie Towarzystwo Ochrony Środowiska i Dziedzictwa Kulturowego (ELLET).

Irini Frezadou prowadziła kampanię mającą na celu powstrzymanie szaleństwa budowlanego, inicjując petycję w internecie oraz angażując sieć aktywistów Avaaz, którzy zebrali ponad 25 tys. podpisów.

„Brak ochronnych przepisów budowlanych i odpowiednich środków planowania urbanistycznego na tym obszarze pozwolił na niedawną budowę 10- i 11-piętrowych budynków hotelowych”, piszą inicjatorzy petycji. Dalej możemy przeczytać: „Jeśli nie zostaną podjęte żadne działania przeciwko zmianie obszaru, wkrótce u stóp Akropolu zostanie zbudowana ściana ogromnych hoteli, a konsekwencje będą dramatyczne. Wśród budynków mieszkalnych będą rosły hotele o wysokości 30 m, nie wspominając już o wzroście hałasu i zanieczyszczenia środowiska, nadmiernym obciążeniu komunikacji i infrastruktury”.

Protestujących poparła Europa Nostra, europejska federacja ochrony dziedzictwa kulturowego, która ma członków w ponad 40 krajach. W swoim oświadczeniu federacja podkreśliła, że „chce dodać swój głos do głosów tysięcy ateńczyków, protestujących przeciwko planom budowy wielopiętrowych hoteli, które, jeśli otrzymają niezbędne pozwolenia na budowę, zasłoniłyby widok na Akropol”.

Opór społeczeństwa jak i organizacji pozarządowych przyniósł na razie efekt. Rząd grecki postanowił przerwać budowę hotelu w Makriyanni oraz zawiesił wszystkie pozwolenia na budowę w okolicach Akropolu.

Frezadou, choć zadowolona z decyzji władz, ciągle trzyma rękę na pulsie i bacznie obserwuje zmiany w Atenach. „Jest oczywiste, że potrzebujemy pilnie nowych zasad budowania i planowania urbanistycznego dla naszego miasta, i o to będziemy zabiegać”. Ateńczycy dołączają więc do mieszkańców Barcelony, Wenecji, Lizbony czy innych wielkich ośrodków turystycznych, zaniepokojonych sytuacją mieszkaniową w ich miastach. Z obawą patrzą na liczbę wydawanych złotych wiz oraz boleśnie doświadczają skutków masowej turystyki. Kryzys mieszkaniowy, wzrost czynszów czy nawet eksmisje zaczynają zagrażać całym społecznościom.

Fot. Koukaki.gr

Wydanie: 22/2019

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy