Bal bęcwałów

Bal bęcwałów

W niedzielę, 6 maja, około północy polała się krew w MTV Polska. Nie jest to aż tak wielkie wydarzenie, żeby trzeba było od razu wzywać na miejsce prezesa i prosić go o otwarcie najdroższych w Polsce ust w każdej sprawie. Niech na razie ludzie sami myślą i mówią, co chcą. Krew się leje dzisiaj już wszędzie. Na dobrą sprawę brakuje jej tylko w jednym miejscu – w stacjach krwiodawstwa. Poza nimi – nadmiar bogactwa. Cieknie z telewizorów, daje po oczach ze szmatławych gazet, uderza do głów i maluje na pąsowo mordy i mordeczki mężów stanu. W multipleksach nie daje ekranowi szans na porządne wyschnięcie przed następnym seansem roszenia na czerwono.

Co innego jednak reality show. Kiedy pojawia się prawdziwa krew w zabawie telewizyjnej, której uczestnicy mają prawdziwe nazwiska i grają samych siebie, pachnie kryminałem. A coś takiego właśnie się wydarzyło w pierwszą niedzielę maja w „Warsaw Shore”. Nic dziwnego, że nie czekając na policję, zaraz po emisji tego odcinka show, który ogląda jakieś 100 tys. widzów, zabrał głos PR menedżer nadawcy, pan Denis Pluskota. Wyraził ubolewanie, że „niestety, nie byliśmy w stanie przewidzieć, że sytuacje, które zostały pokazane w dzisiejszym odcinku, mogą mieć miejsce”. W programie niejaka Jola pobiła do krwi niejakiego Brzydala (nazwiska znane widzom MTV Polska) tak, że trzeba było człowieka odwieźć do szpitala.

„Warsaw Shore: Ekipa z Warszawy”, bo tak brzmi pełna nazwa tego formatu dla młodzieży, wziął się z zapatrzenia w amerykański projekt „Ekipa z New Jersey”. Jest od pięciu lat produkowany i nadawany w Polsce. Treść każdego odcinka jest taka sama: imprezowanie na bańce stadka samiczek i samców, tak starannie wyselekcjonowanych, żeby nadawca miał stuprocentową gwarancję, że przed kamerami zdarzy się coś, co uprawdopodobni jego przyszłe ubolewanie o braku zdolności do przewidywania. To okręt flagowy oferty programowej MTV Polska. Kilkunastokrotnie powiększa jej średnią oglądalność. W porze nadawania (niedziela, godz. 23) czyni ze stacji lidera programów adresowanych do młodzieży, misyjnych bez owijania w bawełnę.

Kto nie dostrzega tej misyjności na ekranie, a sądzi, że to jedynie ruja i porubstwo, musi uwierzyć na słowo panu Pluskocie. „MTV zawsze była, jest i będzie – mówi ten menedżer PR, a oficerowie PR nie kłamią – przeciwnikiem wszelkiego rodzaju agresji. W jej DNA zapisana jest walka z brakiem tolerancji i przemocą”.

Szkoda, że wysoki urzędnik ważnego nadawcy telewizyjnego dopiero teraz ujawnia tajemnice kodu genetycznego swojego chlebodawcy. Gdyby nie odwlekał tego coming outu, nikt rozumny by się nie czepiał, że takiego obciachu na naszym rynku telewizyjnym jeszcze nie było. Nie pomyślałby, że „Warsaw Shore” to bezbrzeżnie głupi, troglodycki pomysł dla bęcwałów. Szkoda, że dopiero teraz zwrócono nam uwagę, żeby nie diabolizować seksu ani alkoholu w tym show, ale dostrzec decorum – stosowność słów i zachowań uczestników tej wyrafinowanej gry. Trzeba odrzucić obsceniczne i wulgarne pozory, żeby odsłonić podprogowy przekaz dydaktyczny tego zmyślnego projektu powołanego do „walki z brakiem tolerancji”, cokolwiek to znaczy.

Jolę usunięto z balangi już w zeszłym roku, bo program emitowany w maju nagrano w listopadzie. Krew, która spływała po twarzy Brzydala, zachowała swoją świeżość przez pół roku dzięki wytężonym zabiegom postprodukcyjnym. Można było w kilka sekund, za pomocą paru kliknięć, usunąć w montażu całą scenę i zatrzeć ślady, ale byłaby to klęska misyjna stacji i oznaka braku zaufania do utalentowanego piarowca. MTV wie, że nie ma takiego drugiego, jak pan Denis, który po sześciu miesiącach leżakowania nagranego materiału umie publicznie powiedzieć, że „nie byliśmy w stanie przewidzieć”, że odtwarzane z nagrania sceny mogą zaistnieć. Nikt przed nim nie zdołał tak ujarzmić czasu.

A Joli szkoda, bo najpierw ją misyjnie wykorzystano, a potem promocyjnie, albo na odwrót, przepędzono z towarzystwa.

Wydanie: 20/2018

Kategorie: SZOŁKEJS

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy