Bandera na Majdanie

Bandera na Majdanie

Partnerstwo Wschodnie trzeba zastąpić nowym programem polityki wschodniej Unii Europejskiej, który nie będzie oparty na konfrontacji z Rosją

Nad Majdanem nie powiewają już flagi Unii Europejskiej, za to banderowskie czerwono-czarne sztandary trzymają się mocno. Zmieniający się mówcy nie krzyczą do mikrofonu: „Ukraina to Europa!”, lecz: „Sława Ukrainie!”, a tłum odpowiada: „Sława bohaterom!”. To pozdrowienie Ukraińskiej Powstańczej Armii. Skandowali je uczestnicy 10-tysięcznego marszu z pochodniami zorganizowanego na początku stycznia w Kijowie przez partię Swoboda. Uczcili nim 105. rocznicę urodzin Stepana Bandery. „Nie byłoby Majdanu, gdyby nie Bandera, gdyby nie UPA”, przekonywał Ołeh Tiahnybok, przewodniczący Swobody. Przedstawił Banderę jako wzór do naśladowania, człowieka, który odważnie brał odpowiedzialność za swoje uczynki. Wśród jego chwalebnych czynów Tiahnybok wymienił rozkaz zabójstwa polskiego ministra spraw wewnętrznych Bronisława Pierackiego.
Ołeh Tiahnybok jest jednym z trzech – obok Arsenija Jaceniuka i Witalija Kliczki – liderów Majdanu. Ani Jaceniuk, ani Kliczko nie odcięli się od jego ocen Bandery. Tiahnybok zyskał najwięcej na proteście na Majdanie. Tłum stojących na mrozie manifestantów jest co prawda kilkakrotnie mniejszy niż pod koniec ubiegłego roku, ale znacznie bardziej narodowo-patriotyczny. Jaceniuk i Kliczko wiedzą, że nie rozgrzeją go już – jak w listopadzie czy grudniu – euroentuzjazmem. Tłum grzeją nacjonaliści wzywający do rozprawienia się z władzą. Obok Majdanu, w dzielnicy rządowej, banderowski Prawy Sektor ściera się z oddziałami specjalnymi milicji. Bojówkarze nie słuchają przywódców Majdanu. Potraktowali mistrza bokserskiego Kliczkę gaśnicą, a niepozornej postury Jaceniuka wygwizdali i wyśmiali. Dopiero śmierć kilku uczestników protestu zmniejszyła w nich poziom adrenaliny.
Odpowiedzialność za tę tragedię najłatwiej zrzucić na władze Ukrainy i „długą rękę Kremla”, jednak doprowadziły do niej przede wszystkim eskalacja konfliktu, zaostrzająca się konfrontacja, wielotygodniowy festiwal nienawiści. Kliczko i Jaceniuk nie byli w stanie go zatrzymać. Od początku wybrali złą, niepozostawiającą pola manewru strategię. Pewni zwycięstwa domagali się ustąpienia prezydenta, rządu, rozwiązania parlamentu i przedterminowych wyborów, przyzwalali na atakowanie i zajmowanie przez protestujących gmachów państwowych.

Dolewali oliwy do ognia

Na początku grudnia pojawiło się popularne na Majdanie hasło: „Janukowycza na choinkę”. Odczytywano je nie tylko jako zapowiedź ustąpienia prezydenta przed Bożym Narodzeniem, ale i dosłownie. Przywódców protestu do eskalowania żądań zachęcało poparcie okazywane przez Unię Europejską, która nie mogła się pogodzić z tym, że Wiktor Janukowycz odmówił podpisania umowy stowarzyszeniowej. Wśród zagranicznych polityków na Majdanie wyróżniali się Polacy. Także oni są odpowiedzialni za dolewanie oliwy do ukraińskiego ognia.
Postawiony pod ścianą Janukowycz nie mógł już lawirować między Zachodem a Rosją. Skorzystał ze znacznie hojniejszej niż unijna oferty Moskwy – obniżki cen gazu o ponad 130 dol. za 1000 m sześc. i nabycia przez Rosję obligacji rządu ukraińskiego za 15 mld dol. Ukraina wcześniej ubiegała się o 15-miliardowy kredyt od Międzynarodowego Funduszu Walutowego, ale Fundusz postawił kilka warunków, w tym podniesienie cen gazu dla gospodarstw domowych, co boleśnie odczułyby już tej zimy miliony mieszkańców kraju.
Janukowycz nie zawisł na choince, na Majdan – do czego zachęcał Kliczko – nie przyszły miliony, protest nie przeniósł się na całą Ukrainę. Fiaskiem zakończyło się zorganizowane w Charkowie po prawosławnym Bożym Narodzeniu ogólnokrajowe forum przeciwników władzy, nie udało się na nim – mimo obecności Zbigniewa Bujaka i Zbigniewa Romaszewskiego – powołać ruchu na miarę „Solidarności” z 1980 r. Majdan przestał się kojarzyć mieszkańcom Ukrainy ze sprzeciwem wobec rezygnacji ze zbliżenia z Unią Europejską. Stał się polem bezwzględnej bitwy o władzę, na którym coraz głośniej słychać hasła nacjonalistyczne i antyrosyjskie. To spowodowało, że odżył podział kraju – na zachodzie przeciwnicy Janukowycza zajmują gmachy administracji lokalnej, blokują jednostki wojskowe, namawiają milicjantów i wojskowych do przechodzenia na ich stronę. Na wschodzie panuje przychylne dla Janukowycza milczenie. Nawet ci, którzy mają do prezydenta pretensje za niepodpisanie umowy stowarzyszeniowej, rozumieją, że jest on znacznie mniejszym złem niż nacjonaliści i ci umiarkowani liderzy opozycji z Majdanu, którzy nie mają odwagi odciąć się od nich.

Opozycja bez głowy

Po śmierci pięciu uczestników protestu Jaceniuk i Kliczko stracili głowę, nie zapanowali nad emocjami. Jaceniuk dał Janukowyczowi 24 godziny, aby „wszedł na dobrą drogę”, a jeśli tego nie zrobi, sam pójdzie do ataku. „Ja w hańbie żyć nie będę. Jeżeli kula w łeb, to kula w łeb”, mówił Jaceniuk. O swojej gotowości bezpośredniego starcia z władzą zapewniał też Kliczko. Opozycjoniści okazali się wyjątkowo bezradni. Nie potrafili wyłonić jednego lidera, opracować wspólnego programu działania – poza obaleniem obecnych, mających demokratyczny mandat władz. Ogłosili powołanie tzw. Rady Ludowej złożonej z opozycyjnych deputowanych parlamentu. Zapowiedzieli utworzenie samozwańczych organów władzy w innych regionach. Dwuwładza jest groźna, jednak sami liderzy opozycji nie wierzą, by mogli odebrać ster rządów Janukowyczowi. Z jednej strony, odmawiają prezydentowi prawa do kierowania państwem, a z drugiej, wdają się w wielogodzinne rozmowy z nim, uznając tym samym jego władzę. Obecny prezydent wydaje się politykiem mającym znacznie większe poczucie odpowiedzialności za kraj niż jego przeciwnicy.
Uchwalenie przez Radę Najwyższą pakietu poprawek ograniczających prawo do zgromadzeń Jerzy Buzek porównał do ogłoszenia stanu wojennego w Polsce, pojawiły się głosy mówiące o nałożeniu przez Unię Europejską sankcji na Kijów. Polityka nacisków może przynieść efekt przeciwny do zamierzonego – Ukraina, mając bardzo ograniczone pole manewru, popadnie w jeszcze większą zależność od Rosji.
Bruksela nie zamierzała zaryzykować setek miliardów euro, które mogłyby istotnie zmniejszyć zależność Ukrainy od Rosji, zmodernizować ukraińską gospodarkę i państwo. Nie była gotowa nawet na zniesienie wiz dla obywateli Ukrainy, by zademonstrować, że chodzi jej o swobodny przepływ nie tylko towarów i usług, ale także ludzi. Unia Europejska nie potrzebuje Ukraińców. Trudno się temu dziwić, skoro premier Wielkiej Brytanii nie potrzebuje nawet „unijnych” Polaków, a w Europie Zachodniej gwałtownie zyskują znaczenie partie wrogie migrantom. Skoro Unia Europejska nie chce poważnie się zaangażować w sprawy Ukrainy, to nie może liczyć, że Kijów będzie prowadził jednostronną, prounijną politykę. Nawet ikony ukraińskiej niepodległości – Julia Tymoszenko i Wiktor Juszczenko – były zmuszone do utrzymywania poprawnych stosunków z Rosją.

Partnerstwo bez hipokryzji

Sankcje wobec władz ukraińskich byłyby odebrane przez opozycję jako akt poparcia i solidarności z Majdanem. Ale Majdan z końca stycznia 2014 r. różni się zdecydowanie od tego sprzed dwóch miesięcy. Wartości demokratyczne ustąpiły hasłom narodowym i ksenofobicznym, prawicowemu radykalizmowi. Jaki interes miałaby Bruksela w umacnianiu podobnych zjawisk?
Nasilająca się konfrontacja grozi konfliktem o znacznie większej skali, zagraża ukraińskiej państwowości, czyni z Ukrainy obszar frontowy, na którym ścierają się interesy innych państw. Sprzyja temu, niestety, program Partnerstwa Wschodniego. Zrodził się on w 2008 r. z inicjatywy Szwecji i Polski, a konkretnie Radosława Sikorskiego i jeszcze bardziej niż on niechętnego Rosji Carla Bildta. U źródeł Partnerstwa Wschodniego legła hipokryzja – za szczytnymi hasłami rozszerzania strefy wartości europejskich kryło się dążenie do wyrwania z orbity Kremla Armenii, Azerbejdżanu, Białorusi, Gruzji, Mołdawii i Ukrainy. Ta hipokryzja w jaskrawy sposób uwidoczniła się przed szczytem UE w Wilnie. Unia zamknęła oczy na wszelkie mankamenty ukraińskiej demokracji, zrezygnowała nawet z naciskania na zwolnienie z więzienia Julii Tymoszenko, byle Janukowycz podpisał umowę stowarzyszeniową.
Mimo wysiłków dyplomatycznych dotychczasowe efekty Partnerstwa Wschodniego są mniej niż skromne. Żadne z sześciu państw nie podpisało umowy stowarzyszeniowej, jedynie dwa – Mołdawia i Gruzja – ją parafowały. Zrobiła to wcześniej także Ukraina, ale ponieważ sprawa zakończyła się fiaskiem, przestała być aktualna. Bez udziału Ukrainy traci sens cały program Partnerstwa Wschodniego. Trzeba go zastąpić nowym.

Wydanie: 5/2014

Kategorie: Publicystyka

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy