Belfer od filozoficznego dystansu

Belfer od filozoficznego dystansu

Powiedzieć o Przemku, że jest fantastycznym nauczycielem i wyjątkowym człowiekiem, to nic nie powiedzieć

W piątek, 26 października, Międzypokoleniowy Fakultet Filozoficzny Zakon Feniksa w II Liceum Ogólnokształcącym w Sopocie prowadzi Przemysław Staroń, najlepszy nauczyciel w 2018 r. Gabinet U3, w którym odbywają się zajęcia, w niczym nie przypomina szkolnej sali. To urocza graciarnia, jakiś oldskulowy lokal. Młodzież siedzi w kręgu, w przyjaznym półmroku, na starych kanapach, fotelach, kolorowych kocach. Spóźnieni siadają na podłodze przy drzwiach. Nie ma żadnej sztywności, żadnego stresu, zgłaszania się do odpowiedzi, żadnego „panie profesorze”, czekania na dzwonek. Wszystkie oczy wpatrzone są w nauczyciela. Dziś tematem zajęć jest filozofia średniowiecza: św. Augustyn, św. Tomasz z Akwinu.

– Scholastyka – podkreśla Przemysław Staroń – pokazuje nam, że wiara nie jest absurdem, jak wcześniej uważano za Tertulianem, lecz domaga się oświecenia światłem rozumu. Św. Anzelm mówił: Fides quaerens intellectum – wiara poszukująca zrozumienia. Niedawanie pierwszeństwa wierze jest zarozumialstwem, lecz rozumowe niesprawdzenie tego jest niedbalstwem. Anzelm tworzy swój dowód na istnienie Boga, ale nie szuka potwierdzenia jego istnienia w świecie, tylko niejako wchodzi do ciemnej piwnicy. I tam, bez kontaktu ze światem, udowadnia istnienie Boga. O co pyta Anzelm zamknięty w tej piwnicy?

– O coś doskonałego? – Bartek niepewnie zawiesza głos. – Oczywiście! Anzelm w tej piwnicy dochodzi do wniosku, że cechą pojęcia Bóg jest absolutna doskonałość. A jeśli to słowo oznacza byt doskonały, to temu bytowi nie może niczego brakować, w szczególności przymiotu istnienia. Tomasz z Akwinu, o którym zaraz będziemy rozmawiać, uważał, że nie ma konfliktu między wiarą a rozumem, że wiara i rozum to dwa skrzydła, na których opiera się ludzkie poznanie – tłumaczy Przemysław Staroń.

Magda chciałaby wymienić jeszcze pięć dowodów Tomasza z Akwinu na istnienie Boga, ale musi już iść. Inni mówią więc za nią: poruszyciel, przyczyna sprawcza, dowód z konieczności – musi być byt konieczny, żeby mogły istnieć byty przygodne takie jak nasze, dowód z doskonałości, dowód z celowości.

– Świat według Tomasza z Akwinu jest drabiną bytów – dodaje nauczyciel – na końcu tej drabiny jest Bóg, przed nim aniołowie, człowiek jest pośrodku, jako najniższa z istot mających duszę. Według niego człowiek jest compositum duchowo-cielesnym. Tomizm był wybawieniem dla człowieka, gdyż wskazywał, że ciało jest naszą integralną częścią. Jednak do Soboru Watykańskiego II dominowała w Kościele oparta na Platonie myśl św. Augustyna, „że człowiek to grzeszna dusza uwięziona w ciele”. Tomasz przeniósł do swojej etyki arystotelesowskie przekonanie, że człowiek to nie tylko jedność ciała i duszy ale także istota społeczna, że najważniejsze jest dobro wspólne.

Zajęcia kończą się na Williamie Ockhamie. Gdy pojawia się pytanie o tzw. brzytwę Ockhama, głos zabiera Ania: – Na kursach literackich rozmawialiśmy o tym, że nie można ciągle wspominać tego samego, należy dążyć do prostoty.

– Filozofia daje nam narzędzia do funkcjonowania w życiu – podsumowuje Przemysław Staroń. – Na przykład brzytwa Ockhama uczy nas: nie mnóżmy bytów bez potrzeby. Ta zasada może mieć zastosowanie w literaturze, w nauce, w polityce, w życiu społecznym. Minimaliści mówią: „Zostawiaj tylko te rzeczy, które sprawiają ci radość”. Chcesz ubrać się świetnie, wystrój się, a potem zrezygnuj z jednego elementu.

Przewietrzyć umysł

Po wykładzie przy katedrze zawalonej kartkami, książkami, sprzętem komputerowym ustawia się kolejka młodzieży, która chce skonsultować temat pracy na pierwszy etap olimpiady filozoficznej. Święty czas pisania prac, jak tu się mówi, zaczyna się od najbliższego wtorku. Jedna z dziewczyn pyta, czy mogłaby napisać o reżyserze, którego uznaje za filozofa. – Jeśli to uzasadnisz, nie ma sprawy – odpowiada nauczyciel.

Z ekranu znikają już notatki z dzisiejszego wykładu, prowadzone metodą internetowej grupy Superbelfrów, której jednym z założycieli jest Przemysław Staroń. Na chwilę pojawia się e-dziennik, rubryczki z ocenami.

Kacper jest studentem i absolwentem II LO, przyszedł posłuchać wykładu i pogadać z dawnym nauczycielem. W prezencie przyniósł mu kubek z logo Starbucksa, które Staroń zbiera z całego świata.

– Mam dzisiaj tak szalony dzień, że z niczym nie nadążam – usprawiedliwia się Staroń. – To nic nowego. U ciebie tak zawsze – śmieje się Kacper – każdy twój dzień jest szalony.

Maciek, też student, gdańskiej politechniki, wpadł na zajęcia, żeby – jak mówi – łyknąć coś humanistycznego dla oczyszczenia i przewietrzenia umysłu. Misi, która wychodzi z Maćkiem, również bardzo się podoba formuła fakultetu: – Filozofia jest tu jasno tłumaczona, omawiana przystępnym językiem – woła na odchodnym, bo bardzo się śpieszy.

Kuba, który z dwiema koleżankami rezyduje na kanapie przy wejściu, ma czas. – Miło tak posiedzieć, pogadać, odstresować się po całym dniu nauki. Filozofia poszerza nasze poznanie. Dzięki zajęciom jestem w stanie bardziej się otworzyć na drugiego człowieka, lepiej zrozumieć jego zdanie i wizję świata, szanować go mimo różnic – wyjaśnia.

Choć jest dopiero w II klasie liceum, plany ma już sprecyzowane. Będzie studiował nauki społeczne, dziennikarstwo, a może też filozofię. Planuje zdawać maturę z tego przedmiotu. – Olimpiadę traktuję jako formę przygotowania się do matury i sprawdzenia się. Z naszej szkoły w tym roku w olimpiadzie startuje ok. 30 osób. Do finału w kwietniu przeważnie dostaje się kilkoro uczniów, ostatnio finalistami i laureatami zostało nawet dziewięcioro naszych kolegów i koleżanek. Zobaczymy, jak będzie w tym roku – zastanawia się.

– Zamierzam pisać pracę na olimpiadę o filozofii jako terapii społecznej, o tym, że ułatwia ona komunikację – dodaje jego koleżanka, Iga. Agnieszka zaś, choć jest już w klasie maturalnej i nauki ma dużo, przyszła po prostu posłuchać. – Pana Przemka mogę słuchać w nieskończoność, trzeci raz już jestem na tym wykładzie, ale za każdym razem jest inaczej. Jeszcze więcej energii i jeszcze więcej pasji w przekazie. Bardzo się cieszymy, że został belfrem roku, trzymaliśmy za niego kciuki, napisaliśmy 300 listów intencyjnych do organizatorów konkursu – podkreśla.

Gdy pytam, co najbardziej cenią w swoim nauczycielu, odpowiadają, że otwartość. – Otwartość na ludzi, na idee, na inne światy. Uczy nas też filozoficznego dystansu wobec tego, co niesie życie, umie przełożyć trudne filozoficzne konstrukcje na codzienność.

Dialog międzypokoleniowy

W zajęciach Zakonu Feniksa w II LO w Sopocie uczestniczą również seniorzy. Pomysł narodził się, gdy Przemysław Staroń zaczął pracę na Psychologicznym Uniwersytecie Trzeciego Wieku prowadzonym przez Uniwersytet SWPS. – W 2011 r. opowiedziałem mojej przyjaciółce, polonistce z naszej szkoły, nieżyjącej już Lidii Dysarz, że znam wspaniałą seniorkę – panią Elżbietę Tatarkiewicz-Skrzyńską, byłą sanitariuszkę i łączniczkę z powstania warszawskiego – mówi Staroń. – Lidia zaproponowała, żeby zorganizować z nią spotkanie dla naszych uczniów. Było niesamowite. Postanowiliśmy więc jak najczęściej kontaktować ze sobą seniorów i młodzież. Tak narodziły się projekty: Wieczory z kulturą i sztuką, eventy międzypokoleniowe Radość i Magia oraz Kwiaty Europy (Komisja Europejska przyznała nam za nie nagrodę) i Zakon Feniksa.

Dziś na zajęciach Zakonu były dwie seniorki, pani Bogusia i właśnie 94-letnia Elżbieta Tatarkiewicz-Skrzyńska. – Przychodzę na wykłady, bo pobudzają moje myślenie, są ćwiczeniem dla mózgu, część wiadomości oczywiście umyka, lecz część zostaje. To tu się dowiedziałam, że wciąż siedzę w jaskini – śmieje się pani Bogusia, nawiązując do paraboli Platona. Rozmawiamy na schodach, bo musi już lecieć, umówiła się na „ustawkę” z graczami. W internecie nazywają ją „Babcią Play Station”.

– Normalnie przychodzi na wykłady więcej starszych osób. Nie tylko panie, zagląda też do nas starszy pan. Ale dzisiaj zajęcia wyjątkowo zostały przesunięte o godzinę wcześniej, może nie wszystkim pasowało, do tego pogoda się zepsuła, leje i wieje, a to dla seniorów też trudność – dodaje Kuba.

Punkt konsultacyjny u Dany

– O ile 94-letnia pani Elżbieta, bratanica filozofa Władysława Tatarkiewicza, jest dla młodzieży przekochaną starszą damą, o tyle Dana jest dla nich babcią do przytulania – mówi Przemysław Staroń. Po drodze na kolejne zajęcia pokazuje mi zabytkowy, secesyjny dworek, w którym mieszka kobieta.

– Wszystko zaczęło się trzy lata temu – opowiada Dana Kamińska. – Podczas ferii zimowych młodzież jak co roku przygotowywała się do olimpiady filozoficznej. Woźne o godz. 15 musiały zamykać szkołę a oni nie mieli gdzie się podziać. Zaproponowałam więc Przemkowi, że mogą się uczyć u mnie, bo mam wolny pokój. I tak zaczęła się ta nasza przyjaźń, a w moim mieszkaniu powstał nieformalny punkt konsultacyjny olimpiady. Gdy zachorowałam na raka, po każdej chemioterapii dyżurowali przy mnie na zmianę, sprzątali, przynosili zakupy. „Ciociu, ty nie możesz umrzeć” – powtarzali. I dałam radę, choć naprawdę było już źle. Teraz muszę żyć dla nich.

W czerwcu tego roku, zaraz po rozdaniu świadectw, zabrali się do malowania jej mieszkania. Aby dodać Danie energii do życia, wszystkie drzwi pomalowali na soczystą czerwień, do pokoju, w którym mają zajęcia, kupili także czerwoną kanapę na OLX. Nawet jej kota rozpuścili do niemożliwości.

– Wcale nie musieli tego wszystkiego robić, sami mają wiele zajęć i problemów – dodaje pani Dana. – Opowiadają o swoich nieporozumieniach z rodzicami, o kłopotach w szkole, o porażkach w życiu osobistym. Nieraz słyszę też zdanie: „Bo ja, ciociu, nie wiem, kim jestem”. Wtedy przytulam takie zagubione dziecko i mówię: „Taka/taki się urodziłaś/urodziłeś. Nie ma w tym twojej winy. Ludzie mają prawo być różni”. I to czasem wystarcza. Pamiętam pewnego chłopaka, który teraz studiuje za granicą. Przychodził i zwijał się w kłębek, o, na tym fotelu, który dzieciaki nazywają fotelem zwierzeń. I tak trwał przez wiele godzin. Wystarczała mu sama moja obecność i akceptacja bez słów.

Pani Dana twierdzi, że nie miałaby tej siły w sobie, nie odkryłaby tego daru wspierania, gdyby na zajęciach uniwersytetu trzeciego wieku nie spotkała Przemka. – Na początku ujęła mnie jego skromność. To, że potrafił powiedzieć, że czegoś nie wie. Ilu takich ludzi dziś się spotyka? To on mnie wydobył, postawił na nogi. Z zakompleksionej, zahukanej, zamkniętej w sobie kobiety po sześćdziesiątce stałam się pewną siebie osobą, poznałam swoją wartość. I jestem przekonana, że gdyby zaczęło się coś dziać złego z moim zdrowiem, to Przemek z dzieciakami zorganizowaliby pospolite ruszenie, aby mi pomóc, tak jak w przypadku Lidii Dysarz.

Zmieniajmy system oddolnie

„Powiedzieć o Przemku, że jest fantastycznym nauczycielem i wyjątkowym człowiekiem, to nic nie powiedzieć. Przemek Staroń to postać prawdziwie renesansowa o niepoliczalnej liczbie talentów i aktywności” – tak opisali go uczniowie i przyjaciele, którzy przedstawili jego kandydaturę do konkursu organizowanego przez „Głos Nauczycielski”.

Staroń za te pochwały jest wdzięczny, ale puszcza je jakby mimo uszu, odgania jak natrętną muchę. Jest tylko zwykłym nauczycielem etyki, filozofii, wiedzy o kulturze i historii sztuki z dziewięcioletnim stażem pracy. Najchętniej by gdzieś umknął, woła, że nie ma czasu, że już musi lecieć.

W jednym z wywiadów mówi: „Problem jest w tym, że w polskiej szkole hierarchia nie polega na relacji mistrz-uczeń. A ta jest piękna i wartościowa, bo przede wszystkim podmiotowa – mistrz nie uważa się za lepszego od ucznia. Wręcz przeciwnie, obaj realizują ideę universitas, czyli wspólnotowego poszukiwania prawdy”.

Ze względu na to bliski jest mu fiński model edukacji, a nie pruski, który w Polsce trzyma się mocno. – Nie chodzi o to, aby kopiować Finów, lecz aby stworzyć własny system oparty na porządnych badaniach. Ale władzy nie zależy na tym, żeby szkołę opuściły rzesze ludzi krytycznie myślących. Państwo zaś ma w tym interes – podkreśla.

Aby nie mnożyć już bytów – recept na poprawę polskiej edukacji, proponuje: – Zmieniajmy system oddolnie. Dzięki grupom pasjonatów, takich jak Superbelfrzy, a także ludziom, którzy działają w ciszy, można i trzeba to robić. Niech każdy robi swoje, niech robi rzeczy dobre i niech robi to z pasją. Wierzę, że kropla drąży skałę.

Afront

Uroczysta gala Konkursu Nauczyciel Roku odbyła się 9 października w Sali Wielkiej Zamku Królewskiego w Warszawie. Nie pojawiła się na niej szefowa resortu edukacji Anna Zalewska. – Jeśli to przejaw zerwania współpracy ze Związkiem Nauczycielstwa Polskiego, to jest najmniejszy problem – mówił mediom szef ZNP Sławomir Broniarz. – Jest to jednak potężny afront wobec nauczycieli. Niestety, pani minister Zalewska wzorem Ludwika XIV twierdzi: „Edukacja to ja”.

Nagrodzony Nauczyciel Roku Przemysław Staroń zaprosił na scenę swoją rodzinę, partnera, przyjaciół, dyrektora, uczniów, seniorów, rodziców uczniów, pozostałych Nauczycieli Roku. – Chciałbym poprosić wszystkich was, którzy tutaj przyjechaliście ze mną. Chodźcie, nie bójcie się, najwyżej zabiorą mi tytuł – zachęcał.

– Mile nas zaskoczył tą spontanicznością, podkreślając w ten sposób, że jest to sukces nas wszystkich – podsumowuje pani Dana.

Gdy pytam Przemka, czy nieobecność minister edukacji na gali była dla niego afrontem, odpowiada: – Kluczowe jest dla mnie to, jak oceniają mnie moi uczniowie, ich rodzice, współpracownicy. Uznanie urzędników, jeśli nie jest szczere i autentyczne, nie jest mi potrzebne. Uważam jednak, że wycofanie się minister Zalewskiej ze współorganizowania konkursu powinno być dla niej powodem do wstydu. Ponadto faktycznie jest afrontem dla nominowanych, wyróżnionych, zwycięzców, organizatorów i w ogóle dla nauczycieli w Polsce.

Fot. Adam Stępień/Agencja Gazeta

Wydanie: 45/2018

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy