Gdy rodzice się nie sprawdzają

Gdy rodzice się nie sprawdzają

Ponad 55 tys. dzieci żyje w rodzinach zastępczych lub w rodzinnych domach dziecka. 17 tys. w domach dziecka. Garstka z nich to sieroty

Domy dziecka już nie przypominają tych sprzed dziesięcioleci. Ale nadal są tylko domami dziecka, gdzie nie ma rodziców i miłości, choć są profesjonalni wychowawcy i poczucie bezpieczeństwa. Czasami wyglądają jak zwykłe mieszkania kilkupokojowe, w których mieszka kilkanaścioro dzieci. Tak jak w jednym z warszawskich, na 14 miejsc: dwa pokoje trzyosobowe i dwa czteroosobowe. Do tego pokój wypoczynkowy z dwiema kanapami i telewizorem, aneks kuchenny z jadalnią, dwie łazienki i dwie toalety. Posiłki dostarczane w ramach cateringu. Między posiłkami można zjeść coś ze spiżarni lub lodówki. Na przykład kanapkę z żółtym serem. Albo z dżemem. Ten nieograniczony dostęp do lodówki jest bardzo ważny dla podopiecznych. Wielu pochodzi z rodzin, w których dzieci głodowały.

Statystyki mówią, że poziom ubóstwa w Polsce spada, życie pokazuje, że dzieci nadal wychodzą do szkoły bez śniadania i bez drugiego w tornistrze. I że nie jedzą obiadu. Czy wobec tego dom dziecka jest karą, czy może zbawieniem? Ale dlaczego prawie 17 tys. polskich dzieci musi szukać ratunku w domach dziecka właśnie?

A przecież mają rodziców

Pod koniec 2018 r. pieczą zastępczą objętych było 71 830 dzieci. Z tej grupy 55 152 było w rodzinach zastępczych lub rodzinnych domach dziecka, a 16 678 przebywało w domach dziecka. W Polsce działały wówczas 1152 placówki opiekuńczo-wychowawcze, 10 regionalnych placówek opiekuńczo-terapeutycznych i trzy interwencyjne ośrodki preadopcyjne. Czyli w sumie 1165.

Jak to się dzieje, że w społeczeństwie katolickim, w którym wśród wartości wymienia się pomoc bliźniemu, tak wiele dzieci nie znajduje opieki w rodzinach zastępczych stworzonych przez osoby spokrewnione?

– Żadne dziecko nie powinno być wychowywane w domu dziecka – mówi z przekonaniem dr Dorota Lubańska, psycholog i pedagog. – Zaledwie 3% dzieci, które są w tych domach, to sieroty. Pozostałe są sierotami społecznymi, to znaczy, że ich rodzice biologiczni nie wywiązują się z podstawowych obowiązków opiekuńczych. Liczba dzieci przebywających w domach dziecka jest ogromna, ale mimo wszystko ponad trzy razy mniejsza od liczby dzieci, które trafiają do rodzin zastępczych lub rodzinnych domów dziecka. Ciągle jednak brakuje rodziców, którzy chcieliby tworzyć rodziny zastępcze. To może wynikać m.in. z marnego finansowania takich działań.

To kwintesencja problemu. Jak pokazują np. badania Stowarzyszenia Siemacha, przyczyną umieszczenia w domach dziecka nigdy nie jest bieda, zwykle składa się na to wiele powodów. Stowarzyszenie według autorskiego programu prowadzi osiem domów dziecka, które noszą nazwę Siemacha Spot 24/7: cztery we Wrocławiu, trzy w Krakowie i jeden we wsi Odporyszów w województwie małopolskim.

Niemal połowa dzieci trafia do domów dziecka Siemachy z powodu bezradności opiekuńczej i wychowawczej rodziców, a z powodu ich alkoholizmu prawie jedna trzecia. Niewspółmiernie mniejsze znaczenie ma m.in. zagrożenie demoralizacją (7%), brak osób gotowych do opieki nad dzieckiem (6%) czy przemoc fizyczna lub psychiczna w rodzinie (2%). Jeśli weźmie się pod uwagę wszystkie dzieci, które trafiają do pieczy zastępczej w Polsce, to ponad 40% znalazło się w niej z powodu uzależnienia rodziców, a niespełna 30% ze względu na bezradność w sprawach opiekuńczo-wychowawczych. Takie były wyniki raportu „Postępy deinstytucjonalizacji pieczy zastępczej” przygotowanego w 2017 r. przez WiseEuropa, Fundację Przyjaciółka i Koalicję na rzecz Rodzinnej Opieki Zastępczej.

– Dzieci, które wychodzą z domów dziecka, są poturbowane emocjonalnie – twierdzi dr Lubańska. – Mają poczucie tymczasowości, braku sprawczości i obniżone poczucie wartości. Poza tym często są nieprzystosowane do codziennego życia: nie potrafią robić zakupów, przyszyć guzika, zarządzać budżetem, wypełnić PIT-u. Często, ale nie zawsze. Pracuję z wieloma wychowawcami, którzy traktują wychowanków jak rodzinę. To oni sprawiają, że dzieci opuszczające placówki w rzeczywistości są lepiej przygotowane do życia, niż to wynika z badań statystycznych. Jednak na początku samodzielnej drogi byłym wychowankom nieraz brakuje dalszego wsparcia – prawie połowa wraca do patologicznych rodzin naturalnych, z których przecież nie bez powodu zostali zabrani. Tym, którzy starają się sami wyjść na prostą, przydałoby się mieszkanie i wsparcie w znalezieniu pracy, dzięki czemu mogliby godnie rozpocząć dorosłe życie. Jednak chyba największym problemem, z jakim spotykają się byli (i obecni) wychowankowie domów dziecka, jest stygmatyzacja. Często boją się przyznać, gdzie się wychowywali, bo uznano by ich za osoby gorszego sortu, które na pewno coś ukradną, narozrabiają, trafią do więzienia. Trudno też im się pozbyć poczucia winy. A przecież nie odpowiadają za to, że trafili do domu dziecka, powodem byli rodzice, których społeczeństwo – to samo, które teraz przypina łatkę – nie przygotowało do odgrywania tak odpowiedzialnej roli.

Mimo że od paru lat nie można w domach dziecka umieszczać dzieci poniżej siedmiu lat, zdarzają się sytuacje, kiedy w placówce jest kilkoro rodzeństwa. W 2018 r. w domach dziecka było aż 1730 maluchów. Od 1 stycznia 2020 r. wszystkie dzieci w wieku poniżej 10 lat będą musiały się znaleźć poza domami dziecka. Co się z nimi stanie, nie wiadomo. Wiadomo jedynie, że liczba rodzin zastępczych nie rośnie tak szybko, jak powinna. Powodem są pensje niższe od wynagrodzenia minimalnego za faktycznie 24-godzinną pracę. Ustawowo określono wynagrodzenie rodzin zastępczych zawodowych na minimum 2 tys. zł brutto, a od 1 kwietnia br., ze względu na wzrost średniej pensji, zostało ono zwaloryzowane i wynosi 2046 zł. Tymczasem wynagrodzenie minimalne od 1 stycznia br. wynosi 2250 zł brutto.

O wysokości wynagrodzenia dla rodzin zastępczych zawodowych decyduje samorząd i może je określić na wyższym poziomie. Na przykład w powiecie ostrołęckim wynagrodzenie dla rodziny sprawującej opiekę nad jednym dzieckiem ustalono na 2250 zł, a gdy rodzina funkcjonuje ponad trzy lata i sprawuje pieczę nad trójką dzieci – na 2,5 tys. zł; w powiecie gostynińskim rodziny zastępcze zawodowe mają 2,7 tys. zł, w powiecie grodziskim – 2,8 tys. zł przy jednym dziecku pod opieką, ale przy co najmniej czterech już 3,5 tys. zł, w powiecie legionowskim – 3 tys. zł, w powiecie warszawskim zachodnim – 3,1 tys. zł, a gdy rodzina sprawuje opiekę nad ponad trójką dzieci – 3,4 tys. zł.

Polska została w ogonie Europy, jeśli chodzi o pieczę zastępczą instytucjonalną. W dodatku jesteśmy jednym z nielicznych krajów, gdzie istnieją duże domy dziecka – w niektórych przebywa nawet 30 wychowanków. Tymczasem np. we Włoszech w domach dziecka może być nie więcej niż sześcioro dzieci.

Babska drużyna

Fakty są takie, że znaczna część wychowanków domów dziecka wchodzi w konflikt z prawem i trafia do więzienia albo – nie mogąc znaleźć pomocy przy uzyskaniu mieszkania – staje się osobami bezdomnymi. Tym bardziej więc należy się szacunek i wsparcie tym, którzy – wywodząc się z dysfunkcyjnego środowiska – skończyli jednak szkołę średnią czy nawet studia i udało im się odnieść sukces zarówno w życiu zawodowym, jak i prywatnym. Co znamienne, nawet w takiej sytuacji ich strach przed odrzuceniem z powodu spędzenia iluś lat w domu dziecka nie znika.

Wiele z tych osób swój sukces zawdzięcza w pewnym stopniu różnego rodzaju fundacjom czy stowarzyszeniom. Stowarzyszenie Nadzieja na Mundial daje wsparcie dzieciom, które łączą swoje obecne i przyszłe życie z piłką nożną. Poza tym tworzy programy, które mają im pomóc uzyskać mieszkanie i pracę po opuszczeniu domu dziecka. Organizacja liczy, że przy współdziałaniu władz Warszawy wkrótce ruszy z takim wsparciem.

Aleksandra gra w III lidze kobiet i marzy o tym, że jej klub, KS Królewscy Płock, awansuje do II ligi mazowieckiej. Ma swoją stronę na portalu PZPN Łączy nas piłka. – Piłka nożna zawsze mnie kręciła – mówi. Ale wątpi, czy grałaby na poważnie, gdyby nie to, że trafiła do domu dziecka. Bo właśnie tam któregoś dnia o swojej pasji rozmawiała z panią psycholog. Wtedy usłyszała, że mąż psycholożki jest prezesem klubu i że jest tam drużyna kobieca, więc czemu ona, Aleksandra, nie miałaby spróbować swoich sił. Spróbowała. Trenuje już ponad trzy lata.

Kiedy pięć lat temu okazało się, że ona i młodszy o siedem lat brat Jakub mają się znaleźć w domu dziecka w Płocku, jej świat się zawalił. Niełatwo się pogodzić z tym, że trzeba się przeprowadzić do domu dziecka, chociaż ma się mamę i tatę. Na szczęście niedaleko było z niego do rodzinnego domu i to dawało poczucie, że rodzice pozostają blisko. Szczególnie młodszy brat potrzebował tej bliskości, bo miał wtedy dziewięć lat. – Mam dobre wspomnienia z domu dziecka – opowiada Aleksandra. – W przyszłości będzie mi łatwiej żyć, bo dosyć wcześnie musiałam sama sobie radzić. Dużo wsparcia otrzymałam od wychowawców. Uważam, że dorosłam do samodzielności.

Teraz ma 21 lat. Mogłaby pozostać w domu dziecka do 25. roku życia, o ile będzie się uczyć. Ale zdecydowała się odejść. – Faktycznie byłoby mi łatwiej, tam miałabym wszystko podane na tacy – przyznaje Aleksandra. – Wolałam jednak sama stanąć na nogi. Uczyłam się w studium policealnym przygotowującym do zawodu technik masażysta. W marcu ub.r. przeprowadziłam się do mieszkania usamodzielnienia. Za mieszkanie i media płacę 150 zł miesięcznie, a z MOPS dostaję 500 zł za kontynuowanie nauki. Trudno byłoby jednak żyć za 350 zł. Dlatego zaczęłam na pół etatu pracować na poczcie. W tym roku ukończyłam studium, zdawałam egzamin, dopiero w sierpniu będą wyniki. Jeśli go zdałam, będę mogła pracować jako masażystka. Ale myślę o kontynuowaniu nauki w studium policealnym przygotowującym do zawodu farmaceuty. A może potem podjęłabym studia na farmacji?

Jeśli ją spytać, czy gdyby nie znalazła się w domu dziecka, też kształciłaby się po liceum, a nawet planowała studia, mówi, że chyba tak, bo zawsze lubiła się uczyć. Ale ma świadomość, że ze względu na warunki rodzinne byłoby jej ciężko.

W tym roku dzięki Stowarzyszeniu Nadzieja na Mundial Aleksandra ukończyła kurs trenerski UEFA Grassroots C i otrzymała licencję. Taki kurs kosztuje ok. 1 tys. zł, ale stowarzyszenie finansuje go wychowankom domów dziecka. Zdobyła nowy zawód. I gdy wspomina ten dzień, kiedy z domu rodzinnego musiała się przeprowadzić do domu dziecka, myśli sobie, że choć świat jej się zawalił, umiała tę tragedię przekuć w sukces.

Za mundurem

Kiedy Patryka spytać, czy wolałby być w rodzinie zastępczej niż w domu dziecka, mówi, że nie, bo jest silnie związany emocjonalnie z rodzicami. Woli więc taki układ jak w domu dziecka – że są wychowankowie i wychowawcy. Do placówki trafił siedem lat temu, miał wtedy 13 lat. Dwie starsze siostry były już pełnoletnie, ale on i czwórka rodzeństwa jeszcze nie. Iza wkrótce skończyła 18 lat i poszła na swoje. Byli wtedy w placówce w Opolu. Pozostałych przeniesiono dużo dalej od domu – do Miechowa pod Krakowem.

Siostra Krystyna, teraz 23-latka, odeszła z domu dziecka, gdy skończyła 18 lat. Pojechała do Warszawy uczyć się na fryzjerkę. Rok temu 18 lat skończył młodszy brat, Przemysław. On też od razu odszedł z domu dziecka. Tak więc zostało ich tylko dwóch: 20-letni teraz Patryk i 17-letni Marcin. Mieszkają w jednym pokoju. – Jestem najstarszy w grupie – opowiada Patryk. – Uczę się w liceum w klasie mundurowej. W przyszłym roku je skończę. Jeśli nie będę się dalej uczył, będę musiał odejść z domu dziecka. Myślę o tym, żeby po liceum iść na studia. Jeszcze nie wiem, na jakie. Może na WAT?

Patryk twierdzi, że w jego życiu zawsze była piłka. Tata przez wiele lat grał amatorsko, więc w pewnym sensie była to kontynuacja rodzinnej tradycji. W Miechowie na początku Patryk grał w obronie, ale ostatecznie został bramkarzem. Trzy lata temu drużyna z ich domu dziecka zajęła IV miejsce na Ogólnopolskich Mistrzostwach Dzieci z Domów Dziecka w Piłce Nożnej, które od 2010 r. organizuje Stowarzyszenie Nadzieja na Mundial. Patryk został uznany za najlepszego bramkarza mistrzostw i znalazł się w kadrze na Mistrzostwa Świata Dzieci z Domów Dziecka w Piłce Nożnej. W 2016 r. w meczu z Węgrami obronił dwa karne z rzędu i też zyskał tytuł najlepszego bramkarza. A polska drużyna zajęła III miejsce. – To był jedyny moment w moim życiu, kiedy byłem tak bardzo szczęśliwy – wspomina.

Gdy skończył 17 lat, jego kariera w drużynie domu dziecka się zakończyła. Taki regulamin. Ale wtedy pałeczkę przejął po nim trzy lata młodszy Marcin. W lipcu tego roku – tak jak wcześniej Patryk – grał jako bramkarz na mistrzostwach świata. – Nie pozwolę, żeby przerwał treningi, bo chłopak ma talent – twierdzi Patryk. – Jestem przekonany, że braciszek zajdzie daleko.

Ani Aleksandra, ani Patryk nie wiedzą, jaki jest koszt utrzymania dzieci w domach dziecka. Wiedzą tylko, że nigdy im niczego nie brakowało. Oczywiście w granicach rozsądku. I że choć woleliby te lata spędzić z rodzicami, dom dziecka był jednak mniejszym złem.

– Trzy lata temu zleciliśmy jednej z firm monitorujących media, by znalazła wszystkie artykuły, w których pojawiają się hasła: domy dziecka i dzieci z domów dziecka – mówi Marcin Lisiak ze Stowarzyszenia Nadzieja na Mundial. – Okazało się, że te słowa występują prawie zawsze z negatywnym kontekstem. My jako stowarzyszenie postanowiliśmy doprowadzić do tego, żeby te dzieci były odbierane pozytywnie. Organizując mistrzostwa dla dzieci z domów dziecka, nie szukamy tam drugiego Lewandowskiego. Ale niewykluczone, że go znajdziemy.

Fot. Paweł Wójcik/Nadzieja na Mundial

Wydanie: 31/2019

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy