Bicie na alarm

Bicie na alarm

father or teacher shadow screaming angry reproving misbehavior to young sweet little schoolgirl or daughter with beautiful blonde hair sad intimidated looking scared and guilty isolated

O czym naprawdę warto rozmawiać przy okazji naciąganej afery z „poradnią pedagogiczną, która dopuszcza bicie dzieci” Materiały w mediach lokalnych i ogólnopolskich, burzliwe dyskusje w internecie, oświadczenia władz miasta, komentarz rzecznika praw dziecka, a nawet czynności sprawdzające ze strony prokuratury – broszurka pod niewinnym tytułem „Podstawowe działania wspierające dziecko w rozwoju”, od kilku lat dostępna na stronie Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej nr 5 w Łodzi, stała się niedawno przyczyną niemałego skandalu. Kontrowersje wzbudziły zwłaszcza fragmenty odnoszące się do typologii kar. Autorka publikacji, zatrudniona w placówce psycholog i nauczycielka, podzieliła je na społeczne i konkretne, do tych drugich zaliczając „klapsy, bicie pasem, potrząsanie”. Podczas ich omawiania pada stwierdzenie, że „czasami rodzice muszą bić dziecko coraz mocniej, aby skłonić je do posłuszeństwa”. Towarzyszy temu spostrzeżenie, że niektórym dzieciom klapsy powszednieją i przestają wówczas spełniać funkcję kary. Zwłaszcza pierwsze sformułowanie, na którym skupiły się uwaga mediów i głosy oburzenia opinii publicznej, budzi odruchowy sprzeciw. Szkopuł w tym, że jest ono wyrwane z kontekstu. Już na samym początku dokumentu można przeczytać, że „omyłką, błędem jest wymuszanie posłuszeństwa siłą i groźbą, kłamstwem, zawstydzaniem porównywaniem itd. Wytyczony cel dorosły w kontakcie z dzieckiem osiąga na drodze obopólnej ugody”. Następnie jest mowa m.in. o „języku akceptacji” oraz zdrowym wyrażaniu emocji rodziców w kontakcie z dzieckiem. Część o nagrodach i karach została umieszczona pod koniec publikacji i ma charakter bardziej informacyjny niż poradnikowy. Ewidentną intencją autorki była więc profilaktyka, również poprzez podkreślenie, że kary fizyczne są zwyczajnie nieskuteczne. Ponieważ zabrakło wyraźnej informacji, że są one krzywdzące dla dziecka i zabronione przez prawo, autorce można zarzucić niekompetencję w dziedzinie komunikacji czy nawet brak wyobraźni, ale nie zachęcanie do bicia dzieci. Karząca ręka ojca Afera zaczęła się od interwencji Kamila Nowaka, który pod adresem blogojciec.pl opisuje swoje doświadczenia i przemyślenia rodzicielskie. – Kiedy dostałem wiadomość od czytelniczki, byłem mocno zaniepokojony tym, co widniało na stronie poradni i tym, w jaki sposób odbierali to rodzice. Rozumiem, że dyrekcja placówki mogła mieć coś innego na myśli, ale brak wyraźnego stanowiska we wspomnianych „poradach wychowawczych” powodował, że rodzice odbierali je jako pochwałę kar cielesnych i przyzwolenie na ich stosowanie. Uznałem to za coś wymagającego reakcji, bo żyjemy w czasach, gdy potrafimy już stawiać dzieciom granice w bardziej ludzki sposób – opowiada bloger. Zdecydował się na interwencję w formie listu otwartego. Jego mejl do poradni został jednocześnie wydrukowany na prowadzonej przez niego stronie oraz trafił do rzecznika praw dziecka. – Stwierdziłem, że może dzięki temu poradnia zareaguje szybciej, niż gdybym robił to prywatnie – wyjaśnia. Dodaje, że był zaskoczony ogromnym odzewem i podchwyceniem tematu przez praktycznie wszystkie większe media, a zwłaszcza zainteresowaniem się sprawą przez prokuraturę. – Wielu rodziców stosuje kary cielesne, dlatego piszemy o tym w poradniku. To nie znaczy jednak, że takie kary popieramy – tłumaczyła mediom po wybuchu afery dyrektorka poradni Ewa Szafraniec. Skarżyła się również, że bloger nie zadzwonił i nie omówił z nią problemu przed jego nagłośnieniem oraz że jej instytucję „zalała fala hejtu”. – Skoro minął prawie miesiąc od wysłania listu i do dzisiaj nie dostałem żadnej odpowiedzi, to wydaje mi się, że jest to najlepsze uzasadnienie, dlaczego stworzyłem list otwarty – broni się Nowak. Argumentuje, że dzięki tej formie broszura zniknęła ze strony placówki w ciągu kilku dni, a gdyby wysłał pismo bez jego nagłośnienia, mogłaby tam wisieć do dzisiaj. – Wówczas kolejni rodzice mogliby z niej korzystać, krzywdząc własne dzieci, zamiast rzeczywiście im pomagać – przekonuje. Dobrymi chęciami… Monika Pawlak, rzeczniczka wiceprezydenta Łodzi Tomasza Treli, który odpowiada za edukację, uważa sprawę za zamkniętą. – Autorka artykułu otrzymała polecenie, aby go poprawić, tak by nie pozostawiał pola do błędnych interpretacji. Na stronie internetowej poradni znalazły się ponadto przeprosiny adresowane do wszystkich, którzy poczuli się dotknięci. Oczywiście stosowne wyjaśnienia na piśmie trafiły do wiceprezydenta – mówi. Otwarta jest natomiast kwestia ewentualnych konsekwencji prawnych. Prokuratura Rejonowa Łódź-Polesie, która po zawiadomieniu otrzymanym od rzecznika praw dziecka podjęła czynności sprawdzające, nie zdecydowała jeszcze, czy są podstawy, aby wszcząć postępowanie i postawić zarzuty. Jak poinformował

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc 30,00 zł lub Dostęp na 12 miesięcy 250,00 zł
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 2018, 22/2018

Kategorie: Kraj