Biedacy w bogatym świecie

Biedacy w bogatym świecie

Przeżyć za stawkę minimalną

Jedną z wielu rzeczy odróżniających amerykańską prawicę od lewicy jest stosunek do płacy minimalnej. Lewica często traktuje wprowadzenie stawki minimalnego wynagrodzenia – a także jej okazjonalne podwyżki – jak ustanowienie gwarancji, że każdy pracujący w pełnym wymiarze godzin będzie w stanie bez większego trudu się utrzymać. Z kolei prawica uważa, że stawka minimalna gwarantuje po prostu łatwe życie. Oba poglądy są błędne. Po pierwsze, mało kto z zarabiających stawkę minimalną pracuje w pełnym wymiarze godzin. Po drugie, osoby otrzymujące stawkę minimalną często pracują w restauracjach. Rzecz w tym, że kelnerzy, a także wszyscy wykonujący zawody, w których tradycyjnie klienci do rachunku dorzucają napiwek, mają w Stanach Zjednoczonych własną federalną stawkę minimalną. Jej wyjątkowość polega na tym, że jest znacznie niższa (2,13 dol. za godzinę) od stawki dla pozostałych pracowników (7,25 dol.). Wyrównanie do 7,25 dol. za godzinę ma w założeniu pochodzić z napiwków, a gdy ich zabraknie – powinien je zapewnić pracodawca. Tak jednak dzieje się bardzo rzadko. Gdy Linda podejmowała drugą, równoległą pracę jako kelnerka (pierwsza, barmanki, nie zapewniała utrzymania), jej rzeczywista stawka wynagrodzenia wynosiła 4 dol. za godzinę.

Federalna granica ubóstwa została w 2014 r. wyznaczona na 11 670 dol. rocznego dochodu w przypadku jednoosobowego gospodarstwa domowego (15 730 dol. dla dwóch osób). Osoba zatrudniona za stawkę minimalną (7,25 dol.) i pracująca w pełnym wymiarze godzin przez 52 tygodnie w roku może zarobić ok. 15 tys. dol. Połowę z tego najpewniej wyda na mieszkanie. Za resztę musi się utrzymać. Jest to możliwe, ale pod warunkiem, że nie ma się dodatkowych, nieplanowanych wydatków, np. na leczenie (bardzo w USA kosztowne) lub na naprawę samochodu – artykułu pierwszej potrzeby, bo jak inaczej dojechać do pracy? – i nie weźmie się dnia wolnego. Takie szczęście można mieć jednak tylko w bliskiej perspektywie, na dłuższą metę to niemożliwe. Linda podsumowuje tę sytuację dobitnie: rachunki się nie zgadzają. Za takie pieniądze nie da się żyć. Za takie pieniądze można jedynie próbować przetrwać.

Szlachetne zdrowie

Linda jest przekonana, że dwóch rzeczy nie da się w Stanach Zjednoczonych połączyć: bycia zdrowym i bycia biednym. Gdy ktoś jest zamożny i ma ubezpieczenie zdrowotne, może sobie pozwolić na profilaktykę, badania okresowe i przesiewowe, na uprawianie sportów pod opieką trenera i na preparaty witaminowe, a gdy dozna kontuzji, zajmą się nim specjaliści i nie pozwolą jej się rozwinąć w coś poważnego. Do niedawna, nim uchwalono reformę systemu opieki zdrowotnej (Obamacare), Linda bała się pojawić na ostrym dyżurze z czymś bardziej skomplikowanym niż ostre przeziębienie lub podejrzenie złamania nogi. Wynikało to z lęku, że jeżeli jakimś cudem znajdzie pracę, która zapewnia ubezpieczenie zdrowotne lub środki na jego wykupienie, to nie znajdzie firmy ubezpieczeniowej, która będzie chciała ją ubezpieczyć.

Strony: 1 2 3

Wydanie: 6/2015

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy