Trump zignorował wirusa z Wuhan

Trump zignorował wirusa z Wuhan

Ameryka siedzi po uszy nie tylko w pandemii, ale i w środku jednego z większych skandali politycznych ostatnich czasów

Korespondencja ze Stanów Zjednoczonych

W niedzielne popołudnie na wizytę u lekarza w przychodni Urgent Care przy szpitalu w Fort Collins czeka osiem osób. To tylko trochę więcej niż zwykle w ten dzień o tej porze. Większość z kaszlem, jedna osoba ze skręconą nogą.

Dla mojej córki to już druga wizyta w ciągu sześciu dni. We wtorek zaległa z objawami grypopodobnymi. W środę rano wynik testu na grypę był jednak negatywny. Moje pytanie o test na koronawirusa lekarz zbył śmiechem, bo 3 marca w stanie Kolorado żadnego koronawirusa jeszcze rzekomo nie mieliśmy. W każdym razie nie oficjalnie. Pierwszy przypadek ogłoszono dopiero następnego dnia.

W niedzielę stan córki się pogorszył, kolejny test na grypę i znów wynik negatywny. Badanie krwi potwierdza jednocześnie, że dziecko na pewno walczy z jakimś rodzajem infekcji wirusowej. Tym razem pani doktor z mojego pytania o test na COVID-19 już się nie śmieje, ale mówi wprost, że nie ma na to żadnych szans. Widzę, że jest zdenerwowana. Zanim wyjdzie z gabinetu, wyjaśnia: – Kilka godzin temu miałam chorego z kompletem objawów. Do tego wrócił kilka dni temu z Korei Południowej i powiedział, że najpewniej miał styczność z osobami zarażonymi. Także u niego test wykluczył grypę. CDC (Center for Disease Control – przyp. ESM) nie dało nam autoryzacji, by go przetestować. Proszę mnie nie pytać, co o tym wszystkim myślę.

I ja, i mąż dzielimy się naszym doświadczeniem z przychodni w mediach społecznościowych. Spływa lawina emocjonalnych reakcji, oczywiście bardzo różnych. Od zarzutów, że celowo kłamiemy, bo chcemy „siać panikę”, po dobre rady, do którego szpitala się udać, żeby przeprowadzić test. Najwięcej jest jednak szczerego zdumienia i niedowierzania. Gubernator stanu, Jared Polis, obiecał przecież przed kamerami, że każdy, kto chce, będzie mógł bez problemu się przebadać. Na dodatek jako gubernator prowadzi rozmowy z ubezpieczalniami, by nie pobierały za ten test opłat.

Poniedziałek rano, 9 marca. Liczba chorych w Kolorado podskoczyła w piątek do ośmiu, ale przez weekend, jak informują media, nie pojawił się ani jeden nowy przypadek. Wiemy, że dwoje pierwszych chorych przybyło z Włoch pod koniec lutego, po czym przez kilka dni jeździło na nartach, parę razy zmieniając ośrodki. Zwiedzali Denver, korzystali ze środków transportu publicznego i hoteli. Do tej pory zamknięto jedną szkołę w Denver, choć potwierdzone przypadki zachorowania rozsiane są po kilku hrabstwach. Więcej – gazeta „Aspen Times” doniosła w niedzielę wieczorem, że Australijka, która odwiedziła tamtejsze stoki i wróciła do Sydney, przywiozła do domu COVID-19. Koleżanka, która jeździła z córką w weekend do Denver na międzyszkolne rozgrywki siatkówki, opowiada z kolei, że widownia wygwizdała organizatorów za komunikat, że zawodniczki po meczu nie będą ściskać sobie dłoni. W stanie nie odwołano do tej pory żadnej imprezy masowej, a największe środki ostrożności zdaje się podejmować nie sektor publiczny, ale prywatny. Niektóre korporacje, takie jak Intel, gdzie pracuje mój mąż, wstrzymały wysyłanie pracowników na konferencje.

Gdy kupuję w aptece izotoniki i theraflu dla córki, kasjerka obrzuca mnie współczującym spojrzeniem. – Z tego, co widzę, to już chyba połowa miasta chora. Niech się pani jednak cieszy, że to nie ten nowy wirus. Na szczęście nasz prezydent, dzielny chłopak, ma wszystko pod kontrolą. A u nas żadnych nowych przypadków od dwóch dni, to pewnie epidemia się zatrzymała! – dodaje zadowolona.

Kobieta ma przypięty do bluzki znaczek MAGA (Make America Great Again), sygnał, komu kibicuje politycznie. Stacja telewizyjna MSNBC emitowała w weekend reportaż o przygotowaniach Amerykanów do ewentualnej pandemii i tam fanka prezydenta Trumpa wyjaśniła reporterce, że nie ma żadnego wirusa. – Wszystkie informacje pochodzą od demokratów, a ja nie wierzę w ani jedno słowo, które wypływa z ich ust – wyjawiła przed całą Ameryką.

Wychodzę z apteki, rzucając tylko grzeczne good-bye. Czy kasjerka z kółka adoracyjnego MAGA uwierzyłaby, gdybym jej powiedziała, że siedzimy po uszy nie tylko w samym środku pandemii, ale i jednego z większych skandali politycznych ostatnich czasów? Do wczoraj wieczorem, a są to dane potwierdzone przez samego szefa FDA (Food and Drug Administration, Agencja Żywności i Leków), dr. Stephena Hahna, laboratorium w Centrum Kontroli i Prewencji Chorób (Center for Disease Control, CDC) przebadało mniej niż 6 tys. próbek od osób podejrzanych o zarażenie chińskim koronawirusem. Dobrze państwo przeczytali: niecałe 6 tys. Przypomnę, że populacja USA to w chwili obecnej prawie 330 mln ludzi. Przypomnę też, że pierwsze, i to śmiercionośne (do dzisiaj 19 zgonów) ognisko COVID-19 pojawiło się już 20 stycznia w Seattle, prawie czteromilionowej metropolii. Mój sąsiad Eric Hess, lekarz kliniczny, zapytany, co sądzi o kryteriach testowania, odpowiedział wprost: – Wciąż mamy dość mało tych testów i obowiązuje nas reglamentacja. Oczywiście to skandal i skrajna nieodpowiedzialność. To nam nie wyjdzie na dobre.

Żeby zrozumieć, jak lider cywilizowanego świata znalazł się w takim położeniu, musimy zajrzeć do Białego Domu z początku stycznia tego roku.
Alex Azar, sekretarz zdrowia i usług społecznych w administracji Trumpa, po raz pierwszy usłyszał o problemach w mieście Wuhan 3 stycznia. Telefon był od szefa CDC Roberta Redfielda, a przekaz krótki: sytuacja jest bardzo poważna, należy powiadomić Radę Bezpieczeństwa Narodowego. Azar usiłował się targować, że to niepotrzebne, poza tym sytuacja była niezręczna. Trump niedawno zlikwidował działający w jej ramach wydział ds. globalnego zdrowia, argumentując, że to fanaberie. Grupa specjalistów zaczęła jednak spotykać się po godzinach pracy w podziemiach Białego Domu, a jednocześnie nakłaniać Chińczyków, by wpuścili do Wuhan grupę amerykańskich ekspertów. Chińczycy odmówili.

Pierwszy telefon do prezydenta USA Azar wykonał 18 stycznia, dzień po tym, jak CDC oddelegowało setkę kontrolerów na lotniska w Nowym Jorku, Los Angeles i San Francisco, by badali pasażerów wracających z Wuhan. Trump nie chciał mówić o wirusie, wolał o e-papierosach. Cztery dni później podczas Światowego Forum Ekonomicznego w Szwajcarii zapewniał, że ma wszystko pod kontrolą, Amerykanie są bezpieczni i nic im nie grozi, poza tym, jak to bywa z wirusami, i ten zniknie najdalej w kwietniu. Trudno zapomnieć, że usiłował również insynuować, jakoby informacje o zagrożeniu ze strony nowej choroby były przesadzone – były wręcz hoax, zagrywką ze strony demokratów, którzy w tak paskudny sposób usiłują zepsuć mu reputację i namieszać w planach reelekcyjnych.

Chiny, choć nie zgodziły się na współpracę z amerykańskimi laborantami, 11 stycznia udostępniły światu kompletny genom nowego wirusa. Niemieccy naukowcy już tydzień później byli gotowi ze swoją wersją zestawu do testowania, w innych krajach prace szły równie szybko. Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) potwierdziła, że test jest skuteczny, i dała światu zielone światło do jego stosowania. Ameryka jako jedyna odrzuciła ten test, argumentując, że opracuje własny system diagnostyczny. Odmówiła współpracy z Chinami nawet na okres, zanim test autorstwa CDC będzie gotowy do użytku. Wreszcie FDA nie zezwoliła, by nad nowym testem mogły pracować inne niż CDC ośrodki naukowe, w tym prywatne, które w razie potrzeby mogłyby zasilić rynek ofertą diagnostyczną. Kto wydał te brzemienne w skutki decyzje, na razie pozostaje jedną z najlepiej strzeżonych tajemnic Białego Domu.

CDC udostępniło swój test 6 lutego. Był tylko jeden problem – test nie działał. Przeciętny zjadacz chleba w USA długo jednak miał się o tym nie dowiedzieć. Priorytetem Białego Domu było nie wzbudzać niepotrzebnych podejrzeń ani emocji, zwłaszcza że Chińczycy mogliby sobie jeszcze pomyśleć, że są sprawniejsi intelektualnie od Amerykanów. Pod dyktando Białego Domu CDC produkowało więc taśmowo raporty, z których wynikało, że prócz niefortunnego ogniska choroby w domu seniora w stanie Waszyngton oraz pojedynczych przypadków zachorowania na terenie Kalifornii, Florydy i Nowego Jorku, wreszcie grona chorych Amerykanów na kilku wycieczkowcach, chiński patogen po prostu Amerykę omija. Jak skuteczny był to PR, najlepiej świadczy fakt, że gdy w drugiej połowie lutego zaczęłam publikować w mediach społecznościowych posty z pytaniami, czy to nie dziwne, że chiński wirus zachowuje się w Ameryce zupełnie inaczej niż wszędzie indziej, z miejsca dostałam etykietkę panikary, i to od skądinąd bardzo mądrych i zrównoważonych osób. Co życzliwsi odsyłali mnie do… stron z raportami CDC, bym uzupełniła braki wiedzy i przestała tworzyć teorie spiskowe. Prezydent Trump kąpał się tymczasem w samouwielbieniu i nie mógł się nacieszyć, że podczas gdy inne państwa wariują ze strachu, w Ameryce wystarczyło zamknąć kilka połączeń lotniczych. – Biały Dom całkowicie zafiksował się na strategii powstrzymywania, kosztem wszystkiego innego, w tym lokalizacji nowych ognisk choroby. Zważywszy, że nasze testy nie działały, możliwe, że Trump nawet wierzył, że jest to odpowiedź wystarczająca – wyjaśnia dziś tę postawę były komisarz FDA David Kessler.

Wszystko zmieniło się 25 lutego. Nancy Messonnier, szefowa Centrum Szczepień i Chorób Dróg Oddechowych przy CDC, oświadczyła na konferencji prasowej, że Amerykanie powinni liczyć się z tym, że ich codzienne życie zostanie wkrótce wywrócone do góry nogami. Zalecała przygotować się na zamykanie szkół i miejsc pracy oraz brak łóżek w szpitalach. Wtajemniczeni twierdzą, że celowo wybrała ten moment, bo Trump właśnie odlatywał do Indii z czterodniową wizytą. Ten i tak podobno wpadł w szał, a prawicowe media z Rushem Limbaugh na czele natychmiast zrobiły z Messonnier wroga publicznego. Przypomniały, że to przecież siostra Roda Rosensteina, byłego wiceprokuratora generalnego, który też wystąpił przeciwko swojemu szefowi. Maczał palce w akcji oskarżenia i uwięzienia byłego adwokata prezydenta Trumpa Michaela Cohena.

Jednak mleko już się rozlało, a trzy dni później wykipiało, na dobre strącając Amerykanom z nosa ich różowe okulary. ProPublica, internetowy organ niezależnych dziennikarzy śledczych, opublikował raport, w którym Peter Kyriacopoulos, dyrektor ds. polityki publicznej w Zrzeszeniu Publicznych Laboratoriów (Association of Public Health Laboratories), nie pozostawił Amerykanom wątpliwości, jak naprawdę wygląda plan „ochrony” ich zdrowia w wydaniu Białego Domu. – W tej chwili mamy w USA tylko CDC i sześć jego oddziałów: w Illinois, Idaho, Tennessee, Kalifornii, Nevadzie i Nebrasce, gdzie przeprowadza się testy na COVID-19. I nigdzie indziej. Pacjentów zaś poddaje się testowi tylko wtedy, jeśli mają objawy i wrócili niedawno z Chin. W żadnym innym przypadku. Efekt takich rozporządzeń? Do końca lutego w Ameryce przebadano… tylko ok. 2 tys. osób.

Nie mniej miażdżące było doniesienie Associated Press, że gdy pod koniec lutego CDC przekazało Białemu Domowi do zatwierdzenia listę zaleceń, jak postępować, by zminimalizować ryzyko zarażenia się koronawirusem, przed publikacją wykreślono z niej zapis, by osoby starsze unikały podróżowania samolotami. Amerykanie, zwłaszcza dysponujący czasem seniorzy, dużo i chętnie przemieszczają się po kraju. Ilu po telefonie na infolinię i otrzymaniu informacji, że mogą bez obaw ruszać w podróż, poszło za tą radą?

W piątek 6 marca Trump podpisał ustawę kierującą ponad 8 mld dol. na walkę z COVID-19. Priorytetem jest produkcja zestawów diagnostycznych – pozwolenie w końcu otrzymały także podmioty prywatne, w tym fundacja Billa Gatesa pracująca nad szybkim, 30-minutowym testem – by jak najszybciej dziesiątki tysięcy były gotowe do użytku w większości szpitali i klinik. A jednak, choć trudno w to uwierzyć, Donald Trump nie przestaje dostarczać dowodów na to, że bardziej od zdrowia i bezpieczeństwa Amerykanów liczy się dla niego gra polityczna. Perspektywa turbulencji ekonomicznych z powodu rozprzestrzeniania się choroby po kraju jest w tej grze bardzo niepożądanym elementem. Przed wizytą w CDC 6 marca Trump bez ogródek powiedział, że gdyby pozwolono mu zadecydować, nie wpuściłby do Ameryki dwudziestki chorych pasażerów z wycieczkowca „Grand Princess” oczekującego u wybrzeży Kalifornii: „Wolałbym, by statystyki zostały takie, jakie są”.

Lekceważąc nie tylko fakty na temat grypy, ale i to, co już wiemy o nowym wirusie, w ubiegły poniedziałek zatweetował: „W ubiegłym roku 37 tys. Amerykanów zmarło z powodu grypy. (…) Niczego się nie zamyka, życie i ekonomia toczą się jak zawsze. Obecnie mamy 546 przypadków koronawirusa i 22 zgony. Pomyślcie o tym!”.

Amerykańscy naukowcy myślą już od dłuższego czasu. I są, niestety, zatrważająco zgodni, że za polityczne wyrachowanie połączone z tragiczną nieodpowiedzialnością prezydenta i jego rządu Ameryka może zapłacić straszliwą cenę. Podczas niedawnej konferencji Amerykańskiego Stowarzyszenia Szpitali dr James Lawler z Centrum Medycznego przy Uniwersytecie Nebraski przestrzegł, że skoro pozwolono wirusowi rozprzestrzeniać się bez wiedzy i kontroli tak długo, w tym w grupach najwyższego ryzyka, liczba zgonów w USA może sięgnąć nawet pół miliona, a zachoruje do 100 mln osób.

Poniedziałek, 9 marca, wczesne popołudnie. Mamy pierwszy potwierdzony przypadek COVID-19 w moim mieście. Sąsiadka z chorym synem pisze, że w Urgent Care dzikie tłumy i dostaną się do lekarza za kilka godzin. Panika też na Kapitolu. Republikańscy kongresmeni w strachu, bo jeden z uczestników ich konwencji partyjnej z ubiegłego tygodnia zachorował. National Geographic donosi, że z 300 mln respiratorów i masek na twarz, które będą za chwilę potrzebne w USA, w magazynach znajduje się tylko 15%.

Znajoma pracująca na uniwersytecie nie wie, co ma robić. Jej wydział organizuje bankiet na 200 osób. Większość zaproszonych to emeryci, bo spotkanie dotyczy zdrowia w podeszłym wieku. – Zapytałam szefową, czy nie powinniśmy tej imprezy odwołać. Powiedziała, żebym się nie martwiła. Uczelnia monitoruje sytuację, poza tym będą chusteczki dezynfekujące. Trudno. Powiem im, że boli mnie głowa i gardło, ja tam nie idę! – decyduje.

Inna znajoma, polska pisarka z Nowego Jorku, usiłuje zachować choć odrobinę humoru. To nic, że czarnego. – Jedno jest pewne – mówi. – Rok 2020 przejdzie do historii jako ten, gdy Amerykanie w końcu zaczęli myć ręce!

Fot. Jim Watson/AFP/East News

Wydanie: 12/2020

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy