Obama na wstecznym?

Obama na wstecznym?

„Historyczny mandat”, „wyborcze trzęsienie ziemi”, „zmiana władzy” – Amerykanie próbują ogarnąć rzeczywistość po wielkim zwycięstwie Republikanów

Republikańskie zwycięstwo wyborcze 2010 nie było dla nikogo zaskoczeniem. Partia prezydenta z reguły traci poparcie po dwóch latach jego kadencji, a sondaże zapowiadały to już od dłuższego czasu. Jedyna niewiadoma dotyczyła skali klęski, jaką poniosą Demokraci. Jednak nawet najwięksi optymiści wśród Republikanów nie spodziewali się, że przyjdzie im świętować tak duży sukces. Układ sił w Kongresie zmienił się dramatycznie. Republikanie zdobyli większość w Izbie Reprezentantów (239-186), w porównaniu z poprzednią kadencją przybyło im 60 reprezentantów. Jest to największe zwycięstwo wyborcze od 1948 r., kiedy to Demokraci pod wodzą Harry’ego Trumana zdobyli 75 nowych mandatów w Izbie Reprezentantów i zdominowali Kongres na następne 46 lat. Dzisiejszym Republikanom nie udało się uzyskać większości w Senacie, chociaż i tu byli o włos od sukcesu. Demokraci zachowali w nim tylko nieznaczną przewagę (52-46).
Demokraci utracili ponad 50 miejsc w Izbie Reprezentantów, sześć miejsc w Senacie oraz większość gubernatorstw. Z Izby Reprezentantów odeszło nie tylko 16 nowicjuszy zwanych dziećmi Obamy, ale również kongresmani zasiadający w Kongresie od wielu lat. Jak to się stało, że ledwie dwa lata po spektakularnym zwycięstwie Baracka Obamy w wyborach prezydenckich i Partii Demokratycznej w wyborach do Kongresu Amerykanie pokazali Demokratom żółtą kartkę?

Gospodarka, głupcze!

Demokraci jeszcze przed wyborami, w oczekiwaniu na klęskę rozpoczęli poszukiwania jej przyczyn. Kierunek wskazał główny specjalista Białego Domu od kampanii wyborczych David Axelrod, obwiniając zdominowany przez konserwatystów Sąd Najwyższy, który decyzją z początku tego roku umożliwił korporacjom nielimitowane i anonimowe finansowanie tzw. organizacji 501 (c)4. Organizacje te otrzymały dzięki temu setki milionów dolarów, które następnie wydały głównie na reklamy telewizyjne, w brutalny sposób atakujące przede wszystkim kandydatów Partii Demokratycznej. Nad bezprecedensową koordynacją tych ataków w skali kraju, tak by miały jak największą siłę rażenia, czuwał Karl Rove, republikański mistrz czarnej propagandy. Oprócz wielkich korporacyjnych pieniędzy Demokratom zaszkodziło również to, że spora część ich elektoratu została w tym roku w domach. Frekwencja wyborcza wśród Latynosów, mniejszości etnicznych, Afroamerykanów, członków związków zawodowych i ludzi młodych była znacznie niższa niż dwa lata temu. W ostatnich dniach przed wyborami, mimo starań prezydenta Obamy, jego żony oraz Billa Clintona, nie udało się pobudzić elektoratu niebieskiego.
Sondaże przeprowadzone w dniu wyborów mówią, że dla większości głosujących najważniejszym kryterium podejmowania decyzji była sytuacja gospodarcza kraju, a ta nie jest najlepsza. Bezrobocie wynosi około 10%, a 40% społeczeństwa uważa swoją sytuację finansową za gorszą niż rok temu. Rośnie też liczba Amerykanów, których nie stać na spłatę kredytu na dom, co powoduje, że gwałtownie zwiększa się liczba eksmisji. Czarnego obrazu dopełnia monstrualnych rozmiarów deficyt budżetowy. W tych warunkach Demokraci przeforsowali bardzo kosztowną i budzącą w społeczeństwie wielkie kontrowersje reformę systemu opieki zdrowotnej. Nic dziwnego, że Partia Republikańska, a zwłaszcza jej radykalne skrzydło zwane Partią Herbacianą (Tea Party), koncentrowała się na atakowaniu tej reformy, jak i sposobu walki Demokratów z kryzysem. Nie oznacza to jednak, że dwa lata po odejściu George’a Busha udało się jej przekonać wyborców do tych samych neoliberalnych rozwiązań, które wtedy odrzucili. Obserwatorzy sceny politycznej twierdzą, że Amerykanie zagłosowali na Republikanów głównie po to, by pokazać niezadowolenie z sytuacji w kraju. Ironią jest fakt, że Republikanie, ponoszący największą odpowiedzialność za kryzys ekonomiczny, zostali dzisiaj obdarowani społecznym mandatem zaufania przez tych, którzy najbardziej cierpią z powodu zapaści gospodarczej.
Wyborcze zwycięstwo GOP, jak potocznie nazywa się Partię Republikańską, nie oznacza jednak, że za dwa lata i ona nie zostanie odsunięta od władzy. Część działaczy republikańskich zdaje sobie z tego sprawę. Twierdzą oni, że skończyła się już epoka, gdy taki sukces wyborczy oznaczał dominację na scenie politycznej przez dziesięciolecia. Również radykałowie z Tea Party mówią, że Republikanie są „na okresie próbnym”. Co nie znaczy, że nie udzieliła im się euforia wielkiego zwycięstwa.

Elitom wbrew

Używane przez zwolenników Partii Herbacianej sformułowanie „okres próbny” dobrze oddaje dominujący w amerykańskim społeczeństwie nastrój niechęci i rozczarowania waszyngtońskimi elitami. To właśnie on stoi za sukcesem Tea Party, której udało się wprowadzić do Senatu (już w poprzedniej kadencji część reprezentantów zgłosiła akces do Partii Herbacianej) swoich kandydatów, często wbrew republikańskiemu establishmentowi. Sukcesem zakończyła się kampania prowadzona w Kentucky przez kandydującego do Izby Reprezentantów Randa Paula, syna Rona Paula, republikańskiego reprezentanta i byłego kandydata Partii Libertariańskiej na prezydenta. Paul wygrał zdecydowanie, a w kampanii wyróżnił się daleką od politycznej poprawności wypowiedzią publiczną, że właściciel hotelu może odmówić wynajęcia pokoju klientowi ze względu na kolor skóry, ponieważ prawa własności są ważniejsze od praw człowieka.
Senatorem z Florydy został Marco Rubio, któremu wróży się wielką przyszłość polityczną. Jest młody (39 lat) i zdolny, jego rodzice są uciekinierami z Kuby, a on sam płynnie mówi po hiszpańsku, co ma kluczowe znaczenie, ponieważ już dziś Latynosi stanowią 16% ludności USA, a w 2050 r. aż 30% populacji Stanów Zjednoczonych ma mieć latynoskie korzenie. Wzrastające znaczenie ludności pochodzenia latynoskiego jest przyczyną silnych resentymentów antyimigranckich. Symptomatyczny jest też fakt, że w nowym Senacie nie zasiądzie żaden Afroamerykanin, choć wcześniej było ich trzech.
Na niechęci do elit i hiszpańskojęzycznych imigrantów budowała w Nevadzie swoją kampanię wyborczą do Senatu Sharron Angle, była deputowana do stanowego parlamentu, która wygrała republikańskie prawybory dzięki głosom zwolenników Partii Herbacianej. Rzuciła ona rękawicę Harry’emu Reidowi, senatorowi od 24 lat, przywódcy demokratycznej większości w Senacie, człowiekowi, dzięki któremu Barack Obama wygrał dwa lata temu wybory w Nevadzie i przeforsował w Senacie wszystkie swoje sztandarowe projekty. Reid jest innymi słowy uosobieniem tego, czego nie znoszą wyborcy Tea Party. Chętnie więc sięgnęli oni do swoich kieszeni i wsparli kandydaturę Angle. Dzięki temu przez znaczną część kampanii wyborczej miała ona miażdżącą przewagę finansową nad demokratą. Na jej korzyść przemawiała dodatkowo gorsza niż w innych regionach kraju sytuacja ekonomiczna Nevady, a zwłaszcza dochodzące do 14,4% bezrobocie i największa w kraju liczba eksmisji. Nic dziwnego, że do dnia wyborów sondaże dawały jej sporą przewagę nad Reidem. Zapowiadało się na dużą sensację, ponieważ urzędujący przywódca senackiej większości nie przegrał wyborów od 1953 r. Nie na darmo jednak mówi się o Reidzie, że „jest milczący, nudny i w ogóle. Ale potrafi czynić cuda”. Przez lata dużym nakładem sił i środków budował w Nevadzie wyjątkowo sprawną organizację wyborczą. Ponadto gdy okazało się, że jego posada jest zagrożona, z pomocą ruszyli inni demokraci, obawiający się dalszego osłabienia partii, do jakiego doszłoby w trakcie zaciekłej walki o funkcję przywódcy demokratycznej frakcji w Senacie. Dzięki temu pod koniec kampanii miał więcej pieniędzy niż na jej początku, a co najważniejsze – więcej od konkurentki, która wydała swoje środki wcześniej. Liczbę i skuteczność reklam wyborczych, które Reid wyemitował przed samym głosowaniem, porównano do nalotu dywanowego. To w połączeniu z mobilizacją mniejszości etnicznych dało mu pewny sukces wyborczy. Gdy Reid, świętując na bankiecie zwycięstwo, dziękował wyborcom, na sali słychać było okrzyki: Si, se puede! (tak, możemy), czyli hiszpańską wersję hasła Baracka Obamy z 2008 r.
Klęski doświadczyły również inne głośne postacie republikańskiej kampanii wyborczej. Ubiegająca się o mandat senatora w Delaware Christine O’Donnell, również popierana przez Partię Herbacianą, w gruncie rzeczy na własne życzenie sromotnie przegrała z prawie anonimowym demokratycznym kontrkandydatem Christopherem „Chrisem” Coonsem. Nie pomogły jej wyznania, że chciała być czarownicą, ale nie uczestniczyła w sabatach, ani późniejsze ich odwoływanie. Przegrała również Carly Fiorina, była szefowa komputerowego giganta Hewlett-Packard. Chociaż na walkę o fotel senatora z Kalifornii wyłożyła z własnej kieszeni 5,5 mln dol., to uległa dotychczasowej demokratycznej senator Barbarze Boxer. Potwierdziła tym samym przekonanie, że nie ma szans wygrać wyborów federalnych ktoś, kto sam płaci za własną kampanię.
Symboliczne znaczenie miały wybory do Senatu w Illinois. Miejsce zwolnione dwa lata temu przez Baracka Obamę zajmie republikanin Mark Kirk. Po ogłoszeniu wyników zwycięzca poszedł na piwo i hamburgera z pokonanym demokratą Alexim Giannouliasem. Popijając, wymienili drobne upominki i wyrazili nadzieję, że będą się nadal spotykać. Nie wygląda jednak na to, by takie przyjacielskie kontakty miały naśladowców.

Nie tylko Kongres

Jednocześnie z kongresmanami Amerykanie wybierali 38 gubernatorów oraz 6118 członków parlamentów stanowych i władz niższych szczebli. Także w tym wypadku kampania wyborcza była bardzo zacięta i kosztowna. Kandydaci na urząd gubernatora Kalifornii, zwolniony po ośmiu latach przez republikanina Arnolda Schwarzeneggera, któremu stanowa konstytucja nie pozwala kandydować po raz trzeci, wydali na walkę wyborczą około 200 mln dol. Schedę po Terminatorze przejmie obecny prokurator generalny, 72-letni demokrata Jerry Brown, który był już gubernatorem Kalifornii przez dwie kadencje w latach 1975-1983. W tym wypadku konstytucja Kalifornii zezwala mu na trzecią kadencję, ponieważ sprawował funkcje publiczne przed uchwaleniem w 1990 r. tzw. propozycji 140, która wprowadziła limit kadencji. Co ciekawe, w wyborczej walce Brown pokonał republikankę Meg Whitman, byłą szefową portalu internetowego eBay, której nie pomogło nawet to, że na walkę o fotel gubernatora wyłożyła z własnej kieszeni 140 mln dol.
Chociaż w najludniejszym stanie USA zwyciężyli Demokraci, to większość nowych gubernatorów i parlamentarzystów stanowych będzie członkami Partii Republikańskiej. Znaczenie tego sukcesu partii jest o wiele większe, niż się może wydawać na pierwszy rzut oka, ponieważ władze stanowe wybrane w tym roku będą decydować o nowych granicach okręgów wyborczych. W USA są one zmieniane mniej więcej co 10 lat, tak by uwzględniały przemiany demograficzne. Tworzenie nowej mapy wyborczej to sposobność do tzw. gerrymanderingu, czyli takiego manipulowania granicami okręgów, aby zawsze wygrywali w nich kandydaci jednej partii. Trudno uwierzyć, że Republikanie nie skorzystają z okazji, która może im znacznie ułatwić walkę wyborczą w przyszłości.
Wraz z wyborami władz wszystkich szczebli Amerykanie wypowiadali się również w referendach. Najwięcej uwagi mediów skupiła na sobie kalifornijska propozycja 19, czyli referendum w sprawie legalizacji konsumpcji marihuany w celach rekreacyjnych oraz uprawiania jej w ogródkach. W głosowaniu zdecydowana większość wyborców sprzeciwiła się temu pomysłowi. Jego zwolennicy zapowiedzieli jednak, że za dwa lata, przy okazji kolejnych wyborów, spróbują ponownie.
Wybory, wybory i po wyborach Republikanie dopiero smakują zwycięstwo. Nie zamierzają burzyć zdobytej świątyni, ale ołtarz nie ocaleje. Na początek zechcą wziąć odwet za poprzednie wybory. Po pierwsze, zablokują pracę nad ustawami, które rozpoczął demokratyczny Kongres, po drugie, wymuszą ścisłą kontrolę federalnych wydatków, po trzecie, doprowadzą do utrzymania ulg podatkowych, które najbardziej wynagradzają obywateli zamożnych. To są sprawy już właściwie przez Republikanów wygrane.
John Boehner, przywódca zwycięskich Republikanów i następny spiker Izby Reprezentantów, mimo olbrzymiej przewagi wyborczej nie będzie jednak miał łatwego życia. Z jednej strony, będą naciskali na niego radykalni republikańscy wyborcy i działacze, a także członkowie Izby Reprezentantów, zwłaszcza zwolennicy Partii Herbacianej, domagający się cofnięcia wszystkich reform uchwalonych przez poprzedni Kongres. Dopóki prezydentem pozostaje Barack Obama, a senacka większość, chociaż minimalna, należy do Demokratów, dopóty będzie musiał z nimi się układać, a co za tym idzie, żadne radykalne działania nie będą możliwe. Z drugiej strony, Boehner, jeśli chce być spikerem Izby Reprezentantów również za dwa lata, będzie musiał działać aktywnie. Nie da się bowiem zbudować trwałej większości tylko na sprzeciwie w stosunku do obecnego prezydenta.
Przywódca mniejszości republikańskiej w Senacie otwarcie zapowiada, że celem jest przejście Obamy do historii jako prezydenta jednej kadencji. Liderka Tea Party, Sarah Palin, oznajmiła jasno: „Wysyłamy swoich ludzi do Waszyngtonu nie po to, aby śpiewać „Kumbaya” razem z Obamą, ale aby go powstrzymać”. Oznacza to, że przez następne dwa lata prezydent znajdzie się w krzyżowym ogniu republikańskim.
Kongres stanie się prawdopodobnie areną zażartych walk między obiema partiami, doprowadzając nawet do paraliżu rządu. Historia zna takie przypadki (np. za czasów Clintona). Pozytywną stroną bardziej rozłożonych sił w Kongresie jest większa odpowiedzialność polityków w uzgadnianiu kompromisowych ustaw. Wiele jednak zależy od prezydenta, który – jeżeli chce Kongresu konstruktywnego – musi wykazać się nie tylko urokiem osobistym i zdolnościami oratorskimi, ale też zręcznością dyplomatyczną. W przeciwnym razie jego szanse na ponowny wybór spadną niemal do zera.

Lekcja dla Obamy

Pamięć wyborcy jest krótka, a lojalność krępująca. Wyborca sfrustrowany przeciągającym się kryzysem głosuje przeciwko partii rządzącej. Nie zawsze jest to wybór racjonalny, ale to nie ma znaczenia. Chociaż przemysł samochodowy został uratowany zastrzykami federalnych pieniędzy, Amerykanie wypominają, że wykupywanie zadłużonych banków było złym pomysłem. Poprzez głosowanie wyrazili też sceptycyzm wobec proponowanych reform (finansowa, powszechnych ubezpieczeń zdrowotnych). W większości są też przeciwko podwyższaniu podatków obywatelom najbogatszym, zgadzając się teraz z Republikanami, że nie można pobudzić w ten sposób gospodarki, a tylko na chwilę zmniejszyć przykre konsekwencje jej złego stanu. Mówiąc inaczej, Amerykanie są dzisiaj bardziej niż przed wyborami gotowi poświęcić niektóre grupy społeczeństwa, aby ocalić tych, którzy mają szansę wyciągnąć resztę z kryzysu. Poczucie solidaryzmu społecznego ustąpiło miejsca obronie własnej. Republikanie nie mają nic przeciwko temu.
Demokraci muszą nauczyć się funkcjonować w obliczu przewagi finansowej Republikanów w kampaniach wyborczych. Przede wszystkim jednak i Partia Demokratyczna, i sam Barack Obama stoją przed koniecznością zmiany samych siebie i swojego wizerunku. Już dziś mówią o tym, że zawiodła ich umiejętność komunikowania się z wyborcami. Całą odpowiedzialność za klęskę wziął na siebie prezydent. Odpowiadając na pytania dziennikarzy, przyznał, że frustracja wyborców jest uzasadniona, ale bronił ogólnego kierunku zmian, który przyjął dwa lata temu. Jeden z pytających przypomniał, jak niegdyś prezydent opowiedział historyjkę o samochodzie, w którym Demokraci używają biegu D (drive, do przodu), Republikanie zaś R (reverse, do tyłu). „Teraz wygląda, jakby Demokraci używali wstecznego biegu”, zakończył anegdotę dziennikarz.
W sytuacji, w jakiej obecnie znajduje się demokratyczny prezydent, może on próbować oprzeć drugą połowę swojej kadencji, jak inni przed nim, na polityce zagranicznej. Pytanie tylko, czy takie działanie w czasach kryzysu gospodarczego przyniesie Obamie reelekcję, a Demokratom pozwoli na utrzymanie większości w Senacie.

Wydanie: 45/2010

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy