Biedny jak Brytyjczyk

Biedny jak Brytyjczyk

Masowe cięcia usług publicznych wpędziły w biedę na Wyspach ponad milion osób

Duże rozwarstwienie ekonomiczne w brytyjskim społeczeństwie nie jest zjawiskiem ani nowym, ani dziwnym. Kraj, zachowujący od setek lat strukturę klasową, zbudowany na mocnym rozdźwięku między arystokracją a klasą pracującą, pozostaje jednym z tych miejsc na świecie, gdzie przywileje i dysproporcje majątkowe są niezwykle wyraźne. Ekskluzywne i drogie szkolnictwo prywatne, dziedziczenie wpływów politycznych i ekonomicznych, posiadanie kilku mieszkań oraz posiadłości za miastem to wciąż codzienność dziesiątek tysięcy Brytyjczyków urodzonych w bogatszych rodzinach.

Na drugim biegunie społecznym sytuacja wygląda inaczej. Niemal dekada rządów Partii Konserwatywnej, połączona z wieloletnią nieudolnością laburzystów, którzy w pewnym momencie przestali bronić interesów najuboższych, doprowadziła do tego, że odsetek populacji w ubóstwie stał się w Wielkiej Brytanii jednym z najwyższych w Europie.

Alice dojada po kolegach

Według najnowszych statystyk, zaprezentowanych niedawno przez Fundację im. Josepha Rowntree, wiodący brytyjski think tank zajmujący się polityką społeczną i sprawami socjalnymi, ponad milion Brytyjczyków, w tym przeszło 312 tys. dzieci, żyje dzisiaj w nędzy. Najbardziej narażone na problemy materialne są rodziny imigrantów, wobec których wsparcie publiczne zredukowano w ostatnich kilku latach najbardziej. Niewiele lepiej wygląda sytuacja osób starszych, powyżej 65. roku życia, oraz, co może dziwić, nastolatków w wieku 15-19 lat. Na przykładzie tej ostatniej grupy łatwo zobrazować konsekwencje dekady oszczędności w sektorze publicznym i redukowania roli państwa w społeczeństwie, co było przez lata obsesją ekonomicznego ideologa torysów George’a Osborne’a. Coraz mniejsze nakłady na edukację publiczną, wstrzymanie programów i szkoleń mających stymulować zatrudnienie wśród młodych, którzy nie decydują się iść na studia, oraz izolacja ekonomiczna wielu części kraju (głównie przemysłowej północy) od londyńskiej metropolii zahamowały i tak małą mobilność społeczną. W dodatku galopujące jak nigdzie indziej na kontynencie ceny wynajmu mieszkań spowodowały eksmisje wielu rodzin.

Jedną z najwymowniejszych ilustracji tego zjawiska był krótki film dokumentalny wyemitowany rok temu przez Channel 4, w którym 19-letnia Alice opowiadała o życiu jej rodziny po eksmisji. Matka, samotnie wychowująca Alice i młodszą córkę, straciła pracę w sektorze publicznym w Bath w wyniku cięć wprowadzonych przez tamtejsze władze lokalne, wywodzące się z Partii Konserwatywnej. Szybko utraciła też płynność finansową i musiała opuścić mieszkanie, wynajmowane od ponad dwóch dekad od tego samego właściciela. Alice, która w tym samym czasie dostała się na lokalny uniwersytet, znalazła się z rodziną na ulicy dosłownie w przeddzień inauguracji roku akademickiego. Dokument pokazuje, jak młoda studentka geografii wraca codziennie do ciasnego pokoju w jednym z hosteli, do którego rodzina przeniosła się po przymusowej eksmisji. Dziewczyna łamiącym się głosem opowiada o dziesiątkach wymówek przed koleżankami, które chcą odwiedzić ją w domu. Duma nie pozwala jej się przyznać do trudnej sytuacji finansowej. Jednak znajomi mogli się domyślić natury problemów Alice, gdy zaczęła regularnie dojadać niedokończone przez nich posiłki w uniwersyteckiej stołówce.

Historia ta pokazuje nie tylko brutalną rzeczywistość osób wykluczonych ekonomicznie, lecz także stygmatyzację, jaką niesie bieda, zwłaszcza w społeczeństwie tak podzielonym klasowo jak Wielka Brytania.

Równi w ubóstwie

Ubóstwo na Wyspach przyjmuje bardzo różne formy. Dotyka zarówno emerytów, jak i nastolatki, ale przede wszystkim całe rodziny. Co więcej, problemy ekonomiczne nadciągają z wielu stron, bo rządowa polityka socjalna i fiskalna zabiera najuboższym po części z każdego źródła dochodu lub zapomogi. Frances Ryan z „Guardiana” pisze, powołując się na najnowsze badania brytyjskiej rady do spraw badań w naukach społecznych, że w wyniku reform wprowadzonych przez drugi gabinet Theresy May (zarówno poprzez podniesienie podatków, jak i redukcję świadczeń) w portfelu przeciętnego Brytyjczyka od 2018 r. będzie niemal 1,5 tys. funtów mniej. Najbardziej ucierpią rodziny osób niepełnosprawnych, których gospodarstwa domowe mogą stracić do 5,5 tys. funtów rocznie. Niemal pięcioprocentowa redukcja przychodów dotknie rodziny czarnoskóre i mieszane etnicznie.

Dysproporcje widać również między płciami. Od 2018 r. brytyjskie kobiety rocznie zarobią średnio ponad 900 funtów mniej, podczas gdy z portfeli mężczyzn ubędzie niecała połowa tej kwoty. Z czasem sytuacja jeszcze się pogorszy. Według Parlamentarnej Grupy ds. Kobiet do 2020 r. to właśnie panie będą nieść na swoich barkach 85% obciążeń związanych z obecnymi redukcjami świadczeń socjalnych i zmianami podatkowymi.

Skutki tych dość drastycznych posunięć już są widoczne. Zwłaszcza w okresie przedświątecznym, kiedy konsumpcja rośnie, a brak pieniędzy staje się wyjątkowo dotkliwy. Według wstępnych obliczeń już w tegoroczne Boże Narodzenie brytyjskie banki żywności będą potrzebowały niemal 2 tys. ton żywności więcej niż rok temu. Fundacja Rowntree szacuje, że ponad 40 tys. rodzin z dziećmi nie będzie miało żadnych środków finansowych na przeżycie okresu świątecznego. Mowa tu nie o prezentach, ale o jakichkolwiek posiłkach przygotowanych w domu. W tym kontekście słowa Osborne’a, który swoje neoliberalne założenia wspierał sloganem, że „wszyscy razem uniesiemy ten ciężar”, wydają się gorzkim żartem i manifestacją politycznego cynizmu bogatych elit.

Getta nowych czasów

Bieda w Wielkiej Brytanii ma też jednak dużo bardziej drastyczną twarz – twarz śmierci. Dr Ben Maruthappu z University College London opublikował kilka tygodni temu wyniki badań, w których analizował ze swoim zespołem stan zdrowia i śmiertelność populacji w korelacji z polityką torysów. Wnioski są przerażające. Według dr. Maruthappu w czasach rządów Partii Konserwatywnej (studium obejmowało lata 2010-2016) ograniczenie sieci świadczeń doprowadziło do ponad 120 tys. zgonów Brytyjczyków. Badacze oceniają, że co najmniej 10% z tej liczby to skutek gwałtownego zmniejszania się na Wyspach liczby pielęgniarek i permanentnego deficytu personelu medycznego w szpitalach, a zwłaszcza na oddziałach pogotowia ratunkowego. Sam Maruthappu, komentując w mediach wyniki badań, używa szalenie plastycznej metafory: śmiertelność wśród najuboższych mieszkańców Wysp jest dwa razy wyższa niż pośród brytyjskich żołnierzy służących w Iraku i Afganistanie.

Ponadto londyńscy naukowcy podkreślają, że wykluczenie ekonomiczne i ubóstwo 12-krotnie zwiększają prawdopodobieństwo wykluczenia społecznego – braku szans na dalszą edukację i rozwój zawodowy, coraz powszechniejszej gettoizacji angielskich i szkockich miast, utknięcia na stałe na osiedlach z wysoką przestępczością i bezrobociem. Pętla w ten sposób zaciska się na szyi coraz większej liczby osób, które w dodatku nie mogą liczyć na pomoc tradycyjnych obrońców, czyli Partii Pracy. Choć w ciągu ostatnich dwóch lat, odkąd przywództwo w ugrupowaniu przejął Jeremy Corbyn, laburzyści powoli odbudowują poparcie i wracają do swoich pierwotnych ideałów sprawiedliwości społecznej, niełatwo im będzie odbudować mocno nadszarpnięte zaufanie. Nawet w latach niedawnych sukcesów pod rządami Tony’ego Blaira Partia Pracy niespecjalnie gotowa była umierać za interesy najuboższych. Nic zresztą w tym dziwnego – wykształconemu na Oksfordzie Blairowi bliżej było do konserwatywnych polityków niż do liderów związkowych.

Paradoksalnie jednak mimo cięć polityka Osborne’a i May może się okazać kompletnie kontrproduktywna. Coraz gorzej odżywieni i mniej zdrowi Brytyjczycy częściej korzystają z klinik i szpitali, co generuje koszty w ochronie zdrowia. A państwowy NHS, odpowiednik polskiego NFZ, jest instytucją już tak głęboko zakorzenioną w brytyjskim społeczeństwie, że okroić go lub w całości sprywatyzować nie uda się nawet torysom. Kolejnym czynnikiem, który komplikuje scenariusze na przyszłość, jest niepewność związana z brexitem. Jean-Claude Juncker i Theresa May ogłosili w zeszłym tygodniu, że wciąż daleko im do wspólnego stanowiska w sprawie warunków wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii, również tych finansowych. Spokojnie można jednak zakładać, że londyński budżet raczej na tym straci, niż zyska. W tym kontekście jedna tylko rzecz wydaje się pewna – koszty tego drogiego rozwodu z Brukselą, jak zwykle, poniosą głównie najubożsi.

Wydanie: 50/2017

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy