Bill Gates jako zbawca ludzkości?

Bill Gates jako zbawca ludzkości?

Nie ma dnia, abym nie napotkał dobrych rad Billa Gatesa. Jawi się on wręcz jako zbawca ludzkości. Wie, jak walczyć z chorobami na świecie, katastrofą klimatyczną i światowymi nierównościami. Zaiste mędrzec to i prorok. Już widzę te miliony ludzi wsłuchanych w każde jego słowo. Wszak dla wielu każdy miliarder to z definicji Ktoś-Kogo-Zdania-Należy-Wysłuchać-z-Nabożną-Czcią, ponieważ wie, co mówi, skoro wiedział, jak zdobyć owe miliardy. Tak przecież słuchano też głosu Trumpa w Ameryce. I choć Gates nie mówi bzdur jak Trump, to jego prestiż publiczny wpisuje się w ten sam mechanizm obdarzania kogoś nadzwyczaj bogatego prawem do pouczania innych, przede wszystkim dlatego, że jest bogaty. Dziś podobnie wypowiadają się Elon Musk czy Peter Thiel (miliarder z Doliny Krzemowej, twórca PayPala), a i Mark Zuckerberg, twórca Facebooka, nie stroni od dawania dobrych rad. Z samej zaś Doliny Krzemowej płyną głosy wskazujące konieczność zastąpienia władzy nieudolnych polityków władzą cyfrowych baronów, sprawnych menedżerów, ludzi, którzy wiedzą, jak zarządza się wielkimi korporacjami, zdolnych zatem, we własnym mniemaniu, i do rządzenia państwem (a raczej jego resztkami, bo są to z reguły libertarianie, marzący o ograniczeniu go do minimum lub wręcz zastąpieniu anarchokapitalizmem). Głosy te są de facto wyrazem nieufności wobec demokracji, którą z powodzeniem może zastąpić technokracja. Także w polskim dyskursie publicznym nie brakowało i nie brakuje tendencji do szukania u miliarderów porad na temat dobrego życia i dobrego społeczeństwa. A nasi politycy nie stronili od wsłuchiwania się w ich głosy, po to by usprawnić swoje rządzenie.

Nie twierdzę wcale, że wszystko to jest pozbawione sensu, czasami wszak i miliarderzy mają coś ciekawego do powiedzenia, nie mówiąc już o tym, że jak każdy obywatel mają prawo do zabierania głosu w sprawach publicznych. Twierdzę jedynie, że w poszukiwaniu autorytetów powinniśmy być bardziej ostrożni i wybredni. To, że dane tezy są wyrażane przez kogoś, kto jest bardzo bogaty, w dodatku nader pewny swego, nie oznacza jeszcze, że są trafne. Zrobienie dużych pieniędzy nie jest wystarczającym wskaźnikiem mądrości, o czym przekonuje wspaniale literatura światowa z „Ziemią obiecaną” Władysława Reymonta i „Wielkim Gatsbym” Francisa Scotta Fitzgeralda na czele. A tym bardziej nie jest wskaźnikiem licznych cnót moralnych, które bogaczom czasami się przypisuje, albo które sami sobie przypisują.

I w ten sposób wracam do Billa Gatesa. To kolejny w historii Ameryki przykład kogoś, kto najpierw działał w biznesie z całkowitą bezwzględnością, a następnie zaczął ubierać się w szatki Wielkiego Filantropa i Zbawiciela Ludzkości. To za jego bowiem sprawą coś, co mogło stanowić dobro wspólne i tak było projektowane, a mianowicie internet, zostało sprywatyzowane i skomercjalizowane. Dokonało się coś, co dzisiaj w literaturze przedmiotu określa się jako drugie grodzenie, nawiązując do pierwszego grodzenia, które miało miejsce w Anglii w XVIII w. Polegało ono na tym, że sprywatyzowano i podzielono wspólne dotąd pastwiska, skazując ich użytkowników na nędzę i skłaniając ich do emigracji ze wsi do miast (tam tworzyli oni zaczątki klasy robotniczej). Podobnie Gates „ogrodził” i sprywatyzował sieć, znajdując sposób na wyciągnięcie maksimum zysku z ludzkiej potrzeby komunikacji i poszukiwania informacji. Z ogromną determinacją dążył do tego, aby zmonopolizować jej obsługę, wyeliminować wszystkich konkurentów i uzależnić od siebie użytkowników. I to mu się udało. A za nim poszli inni, komercjalizując i monopolizując różne jej wymiary.

W ten sposób to, co z założenia miało służyć wszystkim jako dobro wspólne, stało się własnością kilku ludzi, którzy sprawują dziś faktyczną władzę nad światem, ponieważ kto rządzi siecią, ten rządzi światem. Naiwni udoskonalacze tego wojskowego wynalazku, którzy marzyli o pozapaństwowej arenie wymiany myśli, domenie wolności twórczej, zanurzeni głęboko w kontrkulturowej atmosferze San Francisco, okazali się frajerami pracującymi na rzecz przyszłego sukcesu komercyjnego Gatesa i innych baronów internetu. Niektórzy dali się skorumpować i stali milionerami w klapkach i T-shirtach, łatwo ich spotkać w Palo Alto, gdy podjeżdżają swoimi maserati pod McDonalda, inni wycofali się z internetowego świata, rozczarowani jego komercjalizacją. A teraz Bill Gates stara się zrobić wrażenie miłego starszego pana zaprzątniętego przyszłością ludzkości. To wspaniale, że przeznaczył część wielkiego majątku na szczytne cele, np. walkę z malarią w Afryce, ale model szlachetnego filantropizmu następującego po okresie bezwzględnej walki o dominację oraz szeroko stosowanego wyzysku nie podoba mi się. Zdaję sobie sprawę, że jest on głęboko wpisany w tradycję kultury amerykańskiej, z fundowaniem przez najbardziej agresywnych biznesowo baronów przemysłu (Vanderbilta, Rockefellera, Stanforda, Carnegiego) uniwersytetów, bibliotek, szpitali i stypendiów, ale w moim przekonaniu pokazuje to jedynie, że coś z ową kulturą jest nie tak. Nie sądzę, aby suma zasług amerykańskich filantropów stanowiła wystarczającą przeciwwagę dla ich żądzy zysku, chciwości i bezwzględności. To znakomicie, że część z nich czuje potrzebę podzielenia się bogactwem z innymi, ale lepiej niech państwo zadba o swoich obywateli, o owe biblioteki i szpitale, a kapitaliści bardziej zatroszczą się o to, by swoimi działaniami nie niszczyć innych ludzi. Filantropia na starość nie zmazuje grzechów młodości, a bogactwo nie daje prawa do pouczania innych, co jest dobre i złe.

Wydanie: 21/2021

Kategorie: Andrzej Szahaj, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy