Biohazard po amerykańsku

Biohazard po amerykańsku

Władze USA nie wiedzą, ile laboratoriów zajmuje się śmiertelnymi zarazkami

Władze USA tracą kontrolę nad laboratoriami, w których badane są groźne zarazki. Nie wiadomo, czy takich placówek są setki, czy może tysiące. Śmiertelnymi bakteriami i wirusami manipulują technicy bez doświadczenia. Coraz częściej dochodzi do potencjalnie niebezpiecznych incydentów.
Bart Stupak, przewodniczący podkomisji dochodzeniowej Izby Reprezentantów, obawia się, że jest tylko kwestią czasu, kiedy dojdzie do wypadku z katastrofalnymi następstwami. Komisja przeprowadziła przesłuchania w sprawie „cichej proliferacji biolaboratoriów w Stanach Zjednoczonych”.
Od 2003 r. zanotowano ponad 100 wypadków w laboratoriach i zaginięć transportów materiału biologicznego. Według raportów uzyskanych przez agencję Associated Press, od początku 2007 r. doszło do 36 takich incydentów, prawie dwa razy tyle, ile w całym 2004 r.
Wiadomości o tych wydarzeniach, które dotarły do opinii publicznej, są niepełne. Część raportów została utajniona przez waszyngtońską administrację, powołującą się na względy bezpieczeństwa narodowego. Informacje o słabych punktach biolaboratoriów mogą przecież wykorzystać

podstępni terroryści.

W historii USA doszło do dwóch ataków bronią biologiczną na dużą skalę. W 1984 r. członkowie sekty religijnej Rajneeshees umieścili zarazki salmonelli w barach sałatkowych w mieście The Dalles w stanie Oregon. 700 mieszkańców zachorowało. We wrześniu 2001 r., tydzień po zamachach na Nowy Jork i Waszyngton, koperty pełne zarazków wąglika zostały wysłane do polityków i mediów. Pięć osób zmarło. Mimo bardzo kosztownego śledztwa nie udało się wykryć sprawców, co zresztą przyczyniło się do narodzin różnego rodzaju teorii spiskowych. Po szoku 11 września prezydent George W. Bush ogłosił globalną wojnę z terroryzmem. Przeznaczono ogromne środki także na badania nad śmiercionośnymi zarazkami, aby udaremnić poczynania ewentualnych zamachowców. W ciągu sześciu lat rząd federalny wyasygnował na przedsięwzięcia mające wzmocnić obronę przed bronią biologiczną 40 mld dol., zatrudnił też licznych naukowców. Te prowadzone na ogromną skalę wysiłki eksperci porównują do projektu Manhattan, w wyniku którego skonstruowano bombę atomową.
Budżety poszczególnych instytucji znacznie wzrosły. W 2001 r. Narodowy Instytut ds. Alergii i Chorób Zakaźnych przeznaczał na utrzymanie istniejących biolaboratoriów i tworzenie nowych 41 mln dol. W roku ubiegłym – już 1,6 mld.
Tak naprawdę nie wiadomo, ile biolaboratoriów działa na amerykańskiej ziemi. Jak pisze tygodnik „Time”, w 2005 r. Narodowy Instytut Zdrowia (NIH) naliczył 277 takich placówek pracujących na trzecim poziomie bezpieczeństwa, jednak Departament Bezpieczeństwa Krajowego – już ponad 600. Z kolei Keith Rhodes, główny technolog federalnego Generalnego Biura Rachunkowości, oświadczył przed podkomisją Kongresu, że biolaboratoriów „są z pewnością tysiące”.
W biolaboratoriach istnieją cztery poziomy bezpieczeństwa – pierwszy to taki, który obowiązuje w pracowni biologicznej w liceum. Poziom drugi przewidziany jest dla laboratoriów badających drobnoustroje niepowodujące żadnych chorób. W placówkach o poziomie trzecim naukowcy zajmują się mikrobami wywołującymi choroby, które można wyleczyć. Na najwyższym, czwartym poziomie bezpieczeństwa prowadzone są badania nad patogenami, przeciwko którym nie ma lekarstwa, takimi jak afrykański wirus Ebola zmieniający tkanki w krwawą miazgę, wirus ospy czy ptasiej grypy. W laboratoriach

poziomu czwartego

badania prowadzone są za wieloma śluzami bezpieczeństwa, a mikrobiolodzy przypominają astronautów – pracują w hermetycznych skafandrach z przewodami powietrznymi. Przed 2001 r. w USA znajdowało się pięć laboratoriów Level 4 (Poziom 4), obecnie działa ich lub zostanie wkrótce uruchomionych 15. Narodowa Instytucja Obrony Biologicznej i Rolniczej (NBAF) planuje kosztem 470 mln dol. budowę ogromnego laboratorium Level 4 o powierzchni pięciu supermarketów. Być może placówka ta zostanie założona w stanie Missisipi, który dotychczas nie ma żadnych doświadczeń na tym polu.
W biolaboratoriach zatrudnionych jest co najmniej 15 tys. techników, wielu bez niezbędnego doświadczenia. FBI ma obowiązek sprawdzania ludzi prowadzących badania nad 73 najbardziej zjadliwymi patogenami, takimi jak Ebola, ospa czy rycynina. Funkcjonariusze Federalnego Biura Śledczego zwracają jednak uwagę przede wszystkim na względy bezpieczeństwa państwa, a nie kompetencje pracowników.
Ale FBI i tak nie jest w stanie prześwietlić wszystkich wchodzących do zawodu. Edward Hammond z organizacji The Sunshine Project, która domaga się zakazu badań nad śmiercionośnymi mikrobami i tropi wypadki w biolaboratoriach, ostrzega: „Najłatwiej można zostać bioterrorystą, uzyskując dostęp do laboratorium, a nie przywożąc z Rijadu zarazki ukryte w turbanie”.
Sytuacja jest tym bardziej skomplikowana, że nie istnieje centralna instytucja zajmująca się kontrolą biolaboratoriów. W badania zaangażowanych jest 17 różnych agencji federalnych, o biurokratyczny chaos więc nietrudno. Centrum Kontroli Chorób Zakaźnych w Atlancie (CDC) jest odpowiedzialne za monitorowanie najgroźniejszych patogenów, jednak ich oficjalna lista nie jest pełna. Ostatnio została zaktualizowana w 2005 r. – na listę trafił wtedy odtworzony przez naukowców wirus grypy hiszpanki, który w 1918 r. zabił co najmniej 40, może nawet 60 mln ludzi. W rejestrze wciąż nie ma tak niebezpiecznych zarazków jak SARS czy wirus Hanta – teoretycznie więc nie podlegają one żadnym regulacjom prawnym.
Biohazard w Stanach Zjednoczonych oznacza więc coraz większe ryzyko. Do prawdziwego skandalu doszło na uniwersytecie stanu Wisconsin. Badacze manipulowali tam w genach osławionego wirusa Ebola w laboratorium o zaledwie trzecim poziomie bezpieczeństwa. Poziom ten przewiduje wprawdzie stroje ochronne, jednak nie są one hermetyczne, nie mają przewodów powietrznych. Wszelkie badania nad Ebolą mogą się odbywać tylko w laboratoriach o poziomie czwartym, ale władze uniwersytetu nie przejęły się taką drobnostką. Trudno uwierzyć, ale latem 2006 r. dyrektor laboratorium wystąpił z wnioskiem, aby badania nad wirusem, który zabija do 90% zarażonych, przenieść na poziom drugi, przy którym środki bezpieczeństwa są niemal symboliczne. Tu jeden z pracowników uczelni nie wytrzymał i poinformował Narodowy Instytut Zdrowia (NIH). Okazało się, że to właśnie NIH finansował tak przerażająco lekkomyślnie prowadzone badania, które właściwie powinien kontrolować. Edward Hammond przypuszcza, że kryje się za tym „układ”: „Badań nie zatrzymano wcześniej, ponieważ lewa ręka NIH doskonale wiedziała, co czyni ręka prawa”.
Kiedy w ubiegłym roku pracownica Texas A&M University zaraziła się bakteriami brucelozy (gorączki falującej), władze uniwersytetu starały się ten przypadek ukryć. Sprawa z pewnością nie zostałaby ujawniona, gdyby nie Edward Hammond, który skłonił do działania miejscowego prokuratora. CDC wysłało swych urzędników, którzy wykryli szereg innych rażących zaniedbań. Okazało się, że władze uniwersytetu nie zgłosiły trzech przypadków zarażenia się gorączką Q, zaginionych patogenów i zainfekowanych zwierząt. Przeprowadzano także eksperymenty bez zezwolenia i nie poddano wszystkich techników kontrolom FBI. Po tym skandalu dwóch pracowników odpowiedzialnych za program badawczy uniwersytetu utraciło stanowiska. Komentatorzy są pewni, że przypadków takiej karygodnej niefrasobliwości jest znacznie więcej, a skutki tego mogą się okazać fatalne.
Wielu zastanawia się, czy kosztowny program rozbudowy biolaboratoriów prowadzących badania nad śmiercionośnymi zarazkami jest korzystny dla bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych, czy też sprawy przedstawiają się wręcz przeciwnie.
Już w 2005 r. 758 amerykańskich mikrobiologów napisało list otwarty do Narodowego Instytutu Zdrowia, skarżąc się, że ogromne środki są przeznaczane na eksperymenty niemające dla stanu zdrowia publicznego większego znaczenia, tymczasem brakuje pieniędzy na badania nad mikrobami odpornymi na antybiotyki czy wirusami żółtaczki, które są groźne dla milionów Amerykanów.

 

Wydanie: 44/2007

Kategorie: Nauka

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy