Bitwa o wszystko w brzoskwiniowym stanie

Bitwa o wszystko w brzoskwiniowym stanie

Jeśli demokraci wygrają wybory uzupełniające w konserwatywnym stanie Georgia, zdobędą pełnię władzy w Waszyngtonie

Amerykański stan Georgia kojarzył się dotychczas z kilkoma rzeczami. Łatwo zapamiętać jego symbol, brzoskwinię, która przypomina o ciepłym klimacie i rolniczej historii. Dzieci uczą się w szkołach o najsłynniejszych synach Georgii: prezydencie Jimmym Carterze i dr. Martinie Lutherze Kingu, ojcu ruchu praw obywatelskich i autorze jednej z najważniejszych mów w XX w. Popularna jest muzyka i kultura hiphopowa z Atlanty, gdzie prawie 150 lat temu stworzono coca-colę.

Jednak w polityce Georgia uchodziła przede wszystkim za stan konserwatywny. To prawdziwe „głębokie Południe”, gdzie podaje się na śniadanie biały chleb, skwarki i przesłodzoną mrożoną herbatę, co niedziela karnie chodzi do kościoła i głosuje na religijną prawicę. I choć mieszka tam bardzo dużo Afroamerykanów (33% całej populacji), nieproporcjonalnie mocny wpływ na politykę miały zawsze białe elity z prowincji i przedmieść. Republikanie zrobili w swoim czasie bardzo dużo, by ograniczyć możliwość głosowania mniejszościom czy biedniejszym mieszkańcom miast, sympatykom demokratów. Barack Obama przegrał tu dwa razy z rzędu, a ostatnim demokratycznym kandydatem na prezydenta, któremu udało się wygrać, był Bill Clinton w 1992 r. Pracownie sondażowe Gallupa i Pew kwalifikują Georgię jako stan „mocno konserwatywny”, gdzie jako liberałowie czy postępowcy określa się maksymalnie jedna piąta wyborców.

Z tych wszystkich powodów nikt nie podejrzewał, że tu właśnie rozegra się bitwa o przyszłość Partii Demokratycznej i amerykańskiej polityki w ogóle. Georgia nie była przecież swing state, czyli miejscem, gdzie wyborcy przerzucają poparcie z partii na partię i należy o nich zabiegać szczególnie mocno. Wielu wielkomiejskich polityków i strategów uważało Georgię albo za sprawę niewartą walki, albo za zadanie odłożone daleko w czasie.

To wszystko jednak już nieaktualne. W Georgii w listopadzie zaskakująco wygrał Joe Biden, a demokraci widzą szansę odbicia obu mandatów senatorskich w stanie. To do niedawna wydawało się niemożliwością, a w najlepszym razie odległym marzeniem. Jeśli naprawdę im się powiedzie, wygrają dużo więcej niż kolejne dwa miejsca w Senacie. Teraz w „brzoskwiniowym stanie” obie amerykańskie partie walczą – i nie ma w tym wiele przesady – o wszystko.

Podwójny wyjątek od reguły

5 stycznia zakończą się wybory uzupełniające kandydatów na dwa należne Georgii miejsca w Senacie. Ich wynik rozstrzygnie o tym, komu przypadnie pełnia władzy w Waszyngtonie. To w różnych proporcjach skutek przypadku, zawiłości federalnego ustroju i nowych zjawisk na scenie politycznej.

Po listopadowych wyborach, które wygrał Joe Biden, demokraci nie mogli długo cieszyć się sukcesem. W Izbie Reprezentantów będą mieli przewagę, choć wbrew rozbudzonym oczekiwaniom stracili kilka miejsc i zmniejszyli stan posiadania. Dlatego kluczowy dla możliwości rządzenia przez prezydenta i uchwalania przez demokratów nowego prawa będzie Senat. Tam jednak wybory przyniosły wygraną republikanów, z jednym ale.

Otóż na razie prawica zdobyła w Senacie równo połowę ze 100 miejsc. Demokraci mają ich 48. Dlatego Georgia jest tak ważna. Bo teraz wyborcy wyłonią tam wyjątkowo aż dwójkę senatorów, i to na dwa ostatnie wakaty. Pierwszy wakat to dokończenie kadencji poprzedniego reprezentanta stanu, Johnny’ego Isaksona, który przeszedł na emeryturę. Drugi to pełna, sześcioletnia kadencja. O to miejsce toczyła się walka podczas listopadowych wyborów i żaden kandydat nie przekroczył 50% oddanych głosów. Dlatego potrzebna jest druga tura. Jeśli demokraci zdobędą w Georgii obydwa mandaty, w Senacie będzie remis – i republikanie, i demokraci wyślą do Waszyngtonu po 50 senatorów. Ale w przypadku remisowego wyniku głosowania decydujący głos ma urzędujący wiceprezydent. Czyli w tym przypadku wiceprezydentka Kamala Harris. To daje demokratom przewagę.

Ostatnie dwa miejsca w Senacie, których los rozstrzygnie się na początku nowego roku, zadecydują więc o wszystkim. Bo kto ma i prezydenta, i Izbę Reprezentantów, i Senat, ten rządzi naprawdę. Każde inne rozstrzygnięcie jest tak naprawdę wejściem w polityczny kryzys, w czas permanentnych przepychanek i blokowania ustaw, z czym borykać się musiała już niejedna prezydencka administracja.

Nowa nadzieja

W obu pojedynkach w Georgii demokraci postawili na świeżych polityków. Z republikanami zmierzą się Jon Ossoff, 33-letni biały prawnik o żydowskich korzeniach, i Afroamerykanin dr Raphael Warnock, 51-letni filozof, działacz społeczny i pastor kościoła, któremu w przeszłości przewodził sam Martin Luther King. Naprzeciw staną David Perdue, 71-letni biznesmen broniący swojego senackiego mandatu, oraz wygadana 50-letnia senator Kelly Loeffler, współwłaścicielka kobiecej drużyny koszykówki z Atlanty.

To Loeffler (która zmierzy się z pastorem Warnockiem) zastępuje emerytowanego senatora Isaksona i walczy o dokończenie jego upływającej za dwa lata kadencji. Ossoff i Perdue zmierzą się zaś w walce o właściwą sześcioletnią kadencję. Ich pojedynek w listopadzie był niezwykle wyrównany, republikanin wygrał różnicą mniejszą niż dwa punkty procentowe. A przy wyniku 49,7% do 47,9% obaj byli o włos od zwycięstwa. Z kolei Warnock już w pierwszej rundzie osiągnął wyraźną – 33% – przewagę nad Loeffler – 26% głosów.

Warnock i Ossoff to debiutanci w walce o mandat senacki, bez doświadczenia w polityce na krajowym szczeblu, ale świetnie rozpoznawalni w swoich małych ojczyznach i polityce stanowej. Obaj wnoszą nową jakość do demokratycznej polityki w konserwatywnym stanie. Ossoff zaczynał jako doradca dużo bardziej doświadczonych afroamerykańskich polityków w Atlancie i uzyskał ich błogosławieństwo. Warnock ma za sobą udaną karierę aktywisty, teologa, pastora i – co jeszcze ważniejsze – legendę dr. Martina Luthera Kinga, do której może się odwołać. Żaden nie jest może lewackim radykałem, ale też obaj konsekwentnie zwracają się do młodszej i bardziej związanej z partią kwestiami tożsamości i kultury, wyraziście lewicowej części elektoratu.

Obaj także mocno akcentują kwestie istotne dla czarnoskórych mieszkańców stanu: przemoc policji, prawa wyborcze, bezpieczeństwo rodzin zamieszkujących biedne dzielnice, wagę tradycji i lokalnej wspólnoty. Sympatyzują z #BlackLivesMatter, ruchem protestu przeciwko policyjnym zabójstwom i systemowemu rasizmowi.

Wcześniej demokraci w Georgii (bezskutecznie) próbowali czegoś przeciwnego – zjednywania sobie umiarkowanych wyborców dzięki kandydaturom starszych, białych, centrowych polityków. Jednak teraz, gdy podział rasowy i kulturowy tak mocno odcisnął się na polityce w USA, podobny ruch byłby, najdelikatniej mówiąc, nietaktem. Według wstępnych kalkulacji Biden odbił Georgię dzięki zdobyciu poparcia Afroamerykanów (30% wszystkich wyborców), którzy dali mu więcej głosów niż biali wyborcy (60% elektoratu) nie tylko procentowo, ale również w liczbach bezwzględnych.

Demokraci poparli więc kandydaturę Warnocka z powodów i symbolicznych, i strategicznych. Poparcia udzielili mu błyskawicznie nie tylko liczący się dziś na scenie politycy, ale także – co dużo ważniejsze – były prezydent Barack Obama. Aprobata pierwszego niebiałego prezydenta USA i najpopularniejszego demokratycznego polityka XXI w. znaczy niezwykle dużo w skali całego kraju. A w ostatnich latach niełatwo było ją wybłagać nawet pierwszoligowym figurom w amerykańskiej polityce – co jest tylko kolejnym dowodem, jak ważne będą to wybory.

Kobiety u podstaw

Jak to zatem się stało, że w listopadzie niebieskim udało się stoczyć tak wyrównany bój z republikanami? Niektórzy mówią, że odpowiedź zawiera się w zaledwie dwóch słowach: czarne kobiety. W ostatnich tygodniach prasę zapełniły reportaże o bohaterkach tych wyborów, które dosłownie wychodziły Bidenowi zwycięstwo. Mowa o aktywistkach i organizatorkach, które od lat – czasem 15, 20 czy więcej – walczyły na miejscu o wyższą frekwencję wśród Afroamerykanów i wspierały lokalnych kandydatów w wyborach, małych i dużych. Helen Butler, Deborah Scott, Nsé Ufot, Melanie L. Campbell i dziesiątki anonimowych działaczek chodziły po domach, przeważnie tych biedniejszych, i dopisywały ludzi do spisu wyborców, zachęcały do brania udziału w wyborach, prowadziły kampanie i pomagały sąsiadom dotrzeć do czasem odległych urzędów i lokali wyborczych. Praca u podstaw.

To niewdzięczne zadanie, bo Partia Demokratyczna, jej sponsorzy i czołowi politycy, a także media – nikt ważny nie sądził, że Georgię uda się prędko odbić, więc nikt nie chciał wspierać tutejszych kampanii. Zwłaszcza że republikanie robili wiele, by w Georgii reguły wyborczej gry właśnie im sprzyjały. Nie ma tu miejsca, by wymienić wszystkie sposoby – od manipulacji granicami okręgów po ingerencję w spisy wyborców – jakimi można w USA ośmieszyć uczciwą i przejrzystą elekcję. Dość powiedzieć, że władza, która chce obniżyć frekwencję i pomnożyć biurokratyczne przeszkody, zawsze znajdzie skuteczną metodę. To oczywiście uderzało w biedniejszych, przede wszystkim w Afroamerykanów, wypaczając ostateczny wynik. Bo oni nie zapisywali się w rejestrze wyborców i nie głosowali, więc decydowały białe przedmieścia.

Żywym symbolem walki z tym procederem, aktywizacji wyborców i mozolnego, skutecznego marszu przez instytucje stała się Stacey Abrams. Odegrała tak ważną rolę, że Joe Biden to ją (a nie Kamalę Harris) typował na początku na urząd wiceprezydencki. A mówimy o kimś, kto do tej pory zasiadał najwyżej w stanowej legislaturze. Talent Abrams polega jednak nie na tym, że sama wygrywa wielkie wybory (choć w 2018 r. w wyścigu o urząd gubernatora Georgii zabrakło jej niewiele), ale na tym, jak skuteczne są jej wieloletnie plany i strategie.

Dzięki powołanej przez nią w 2013 r. organizacji New Georgia Project i kolejnym inicjatywom demokraci konsekwentnie wzmacniali frekwencję w kluczowych okręgach, zachęcali do aktywności politycznej i prowadzili edukację obywatelską. Widać, jak od kilku lat kluczowe wskaźniki poparcia demokratów oraz aktywności politycznej Afroamerykanów konsekwentnie rosną, zmieniając klimat polityczny w stanie uznawanym do niedawna za bastion prawicy. Abrams zdaniem wielu udowodniła skuteczność pracy u podstaw i ośmieszyła bardziej umiarkowaną czy centrową drogę, kompromis z konserwatywną białą większością, który prowadził demokratów od porażki do porażki.

To jednak, należy pamiętać, narracja sympatyków Stacey Abrams w mediach. Jest też bowiem inna, bardziej cyniczna interpretacja listopadowych wyników. Antytrumpizm i rekordowa frekwencja rzeczywiście pomogły demokratom. Ale zwyczajowo w wyborach uzupełniających, gdy stawką nie jest już wybór prezydenta, frekwencja spada i prawica zwyżkuje. Słowem, nie będzie Trumpa, nie będzie premii dla lewicy. Gdy w połowie grudnia umożliwiono już przedterminowe głosowanie, sondaże idealnie się wyrównały – przewaga Perdue nad Ossoffem i Warnocka nad Loeffler liczona jest teraz w promilach.

Otwarte portfele i „zapora ogniowa”

Do wyborów w brzoskwiniowym stanie zmobilizował się – jakkolwiek zabawnie by to brzmiało – cały kraj. Wyborcy, sponsorzy i sympatycy z całych Stanów zaczęli wpłacać idące łącznie w dziesiątki milionów kwoty, choć uprawnieni do wyborów są tylko zarejestrowani mieszkańcy Georgii. To jednak nie przeszkodziło donatorom spoza stanu wpłacać nawet hojniej! W tygodniu po wyborach prezydenckich do Georgii popłynęło aż 50 mln dol. od indywidualnych darczyńców. To kwoty bez precedensu.

Demokraci wiedzą, co mają do wygrania, a republikanie – do stracenia. Gdyby bowiem Georgia została „przemalowana na niebiesko”, byłoby to nie tylko tąpnięcie polityczne, ale również znak zmieniającej się kultury politycznej amerykańskiego Południa. Ewentualne zwycięstwo demokratów miałoby rangę znaczącego symbolu, tym mocniejszego, że mowa o odbiciu południowego stanu, niegdyś niewolniczego i historycznie naznaczonego walką o prawa wyborcze Afroamerykanów. Prawicowa senator Loeffler mówi więc swoim wyborcom, że to walka o wszystko. „Jesteśmy zaporą ogniową – głosiła na niedawnym mityngu w restauracji – broniącą nie tylko Senatu, ale przyszłości naszego kraju jako takiej”.

Tego rodzaju słowa budzą zrozumiałe kontrowersje. Kwestia rasy towarzyszy tym wyborom we wszystkich ich wymiarach. Gdy Loeffler mówi o „przyszłości kraju jako takiej” i „zaporze ogniowej”, wielu słyszy w tym echa niesławnej „południowej strategii”. Była to metoda prawicy, która pozwoliła pół wieku temu zdobyć białych wyborców na Południu – straszono ich wtedy w mniej lub bardziej zawoalowany sposób, że stracą swoje prawa i kraj na rzecz Afroamerykanów, a posługujący się „południową strategią” politycy przemycali w przemówieniach pochwałę segregacji i wizję idyllicznego życia na bezpiecznych, białych przedmieściach. W roku wielkich napięć rasowych, których kulminacją były wielotygodniowe protesty #BlackLivesMatter, Partia Republikańska ożywiła ducha „południowej strategii”.

Nie znaczy to oczywiście, że Loeffler i dzisiejsi republikanie to w prostej linii kontynuatorzy rasistowskiej tradycji Południa. Ale demografia, historia, prawo wyborcze i mapa okręgów – wszystkie te czynniki wskazują, że to kwestia rasy zadecyduje o wyniku. Demokraci mówią, że jeśli wygrają, pokażą światu nowe Południe i odczarują stereotypy. Ale wszyscy wiedzą, że to jedynie środek do celu, bo idzie o dużo, dużo więcej. Przez Georgię prowadzi droga do Waszyngtonu.

 

j.dymek@tygodnikprzeglad.pl
dymek.substack.com

Fot. AP/East News

Wydanie: 1/2021

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy