Zmierzch soc-artu

Zmierzch soc-artu

Soc-art jest już tylko wysypiskiem błyskotliwych grzechotek pozostawionym w dalekiej radzieckiej przeszłości

W ramach marcowego Drugiego Moskiewskiego Biennale Sztuki Współczesnej pokazano wystawę soc-artu. Ukazała ona wynik rozwoju tego kierunku artystycznego, który wystartował w 1972 r. jako forma wykpienia radzieckiego stylu życia i wysechł wraz z rozpadem ZSRR – źródła twórczych eskapad.
Porę zmierzchu przeżywają wszystkie twórcze innowacje. Tak było z impresjonizmem, futuryzmem czy dadaizmem. Jednak nikt dziś nie powie, że impresjoniści lub postimpresjoniści nie dali światu masy arcydzieł. Ceny na dzieła Degasa, Renoira, van Gogha, Gauguina sięgają dziesiątków milionów dolarów. Gdy soc-art odszedł w przeszłość, a związane z nim emocje opadły, uprawnione jest pytanie o liczbę arcydzieł, które pozostawił ten kierunek, o wkład mistrzów buntu do światowej skarbonki piękna. Próbowałem na nie odpowiedzieć, przechadzając się po salach wystawy, oglądając obrazy, instalacje i inne formy artystycznego wyrazu.
Pierwszy przystanek – słynny figiel twórców soc-artu – Witalija Komara i Aleksandra Mełamida „Podwójny autoportret”. Młodzi kpiarze umieścili na nim własne profile na jaskrawoczerwonym tle. Przy tym stylizowali swoją pracę na mozaikę. Aby zrozumieć sens namalowanego, odbiorca powinien być z grona dawnych obywateli radzieckich. Tylko w takim przypadku zdoła ocenić kpinę artystów, w podobny bowiem sposób wcześniej przedstawiano tylko Marksa, Engelsa, Lenina i Stalina. Stylistyka mozaiki odsyła nas do sali kremlowskiego Pałacu Zjazdów, w której w uroczyste dni partyjnych zjazdów rozsuwano stalową kotarę z ogromnym, mozaikowym wizerunkiem Lenina.
Ale czy ta suma informacji kłębiących się w głowach publiczności może być fundamentem przeżyć estetycznych? Przecież to one są podstawą kontaktu odbiorcy z dziełem sztuki. Zauważmy przy tym, że dla młodej publiczności te wszystkie odsyłacze do przeszłości są rebusami i szaradami.
Tymczasem poza nielicznymi wyjątkami obrazy impresjonistów, futurystów, nawet „Czarny kwadrat” Malewicza, nie wymagają wyjaśnień. Płótna Jacksona Pollocka czy płaskorzeźby Władimira Tatlina przenikają do naszego serca bez żadnych komentarzy.
Praktycznie cała wystawa soc-artu na Wale Krymskim była kombinacją szyfrów politycznych, rebusów z dawnego życia codziennego, partyjnych zagadek zrozumiałych dziś tylko dla jednostek. Nawet najbardziej zwyczajny przedmiot – na przykład namalowane przez Dmitrija Cwietkowa mundury z ogromnymi orderami – wymaga dodatkowych wyjaśnień: no tak, przecież u nas panowała mania wręczania orderów.
Albo – no tak, przecież u nas w czasie spotkań liderów bratnich partii panował obyczaj bardzo czułych pocałunków… Patrz na pracę Dmitrija Wrubla „Panie Boże, pomóż mi przeżyć wśród tej śmiertelnej miłości”. Jeszcze figurę z lewej strony można rozpoznać – Breżniew. Ale kto rozpozna okularnika z prawej? To Honecker, lider wschodnich Niemiec.
Mamy do czynienia z paradoksem – zwykły mundur staje się przedmiotem niezwykle elitarnej sztuki, obliczonej na wąską grupę znawców.
Dziś jest oczywiste, że dawna energia buntu wygasła. Dziś to policzkowanie zmarłego systemu jest bezpieczne i w ogóle zbędne. Ani krawaty z koralików z lat 60., ani tablica pomiaru nosów, ani szmaciana gwiazda ze szmacianym fallusem we wzwodzie nie działają. Są pozbawione kolosalnego tła – radzieckiego imperium ze swym terrorem ideologii. Poza tym szok wywołany przedmiotami wyrwanymi z kontekstu minął już w drugiej dekadzie XX w. W tym samym momencie, gdy Marcel Duchamp wystawił w galerii zwykły pisuar, nazywając swe dzieło „Fontanną”. Później niczego bardziej odjechanego nie można było zrobić.
Dlaczego już prawie 150 lat zachowuje siłę „Śniadanie na trawie” Edouarda Maneta albo – także jego pędzla – prostytutka „Olimpia” leżąca w tycjanowskiej pozie na łóżku w burdelu? Dlaczego pozostają współczesne postaci chłopów Malewicza?
U Puszkina można znaleźć taką myśl: „Widzę w tym wiele sztuki, ale ani jednej kropli twórczości”. Wystawa soc-artu jest kolekcją wielu wprawnych gestów, ale – niestety – pozbawionych twórczej siły.

 

Wydanie: 17-18/2007

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy