Błędne drogowskazy

Błędne drogowskazy

Trwa dyskusja na temat, jak poprawić szkolnictwo wyższe, lecz ci, których najbardziej by się chciało posłuchać, nie zabierają głosu. Od czasu do czasu dyskusja schodzi na takie mielizny, że rodzi się pytanie, co zrobić, żeby poprawić reformatorów i otworzyć im oczy na sens i prawdopodobne skutki tego, co oni głoszą. Spodziewają się najwięcej zbawiennych skutków po rozpętaniu konkurencji i pisaniu po angielsku. Konkurencja jest prawem życia i występuje zarówno wśród roślin, jak zwierząt, a wśród tych ostatnich gatunek ludzki doprowadził ją do najbardziej wyrafinowanych form. Cała dotychczasowa filozofia, religia i humanistyczna pedagogika stawiały sobie za cel pohamowanie wrodzonych skłonności ludzi do konkurencji, ganiły próżność i egoizm, które są jej sprężyną. Żadna pedagogika nie zmieni natury ludzkiej, ale może ją nieco uszlachetnić i na tyle ludzi zreflektować, żeby nie popisywali się swoimi skłonnościami do konkurencji, bo nie one stanowią tytuł do chwały.
W sposób najbardziej rzeczowy nad istotą konkurencji zastanawiali się filozofujący ekonomiści i taki na przykład Ludwig von Mises, hiperliberalny czciciel wolnego rynku, bardzo ostrzegał przed myleniem konkurencji ekonomicznej, którą bezmiernie chwalił, z biologiczną, występującą wszędzie, a wśród ludzi w nadmiarze.
Szkolnictwa wyższego, niższego czy średniego nie da się wyłączyć spod prawa konkurencji, a do reformatorów należy wytyczenie granicy między tą jego częścią, która należy do rynku, a tą, którą konkurencja deprawuje. Tego odróżnienia oni nie przeprowadzają i całe szkolnictwo wyższe chcą zanurzyć w obcym mu żywiole wyścigu szczurów.
Już obecna trywializacja wiedzy akademickiej jest w dużym stopniu skutkiem konkurencji, tyleż samorzutnej, co zaplanowanej. Naczelne hasło mobilizacyjne globalnej wioski akademickiej “publikuj albo giń”, wskazujące, jak konkurować o stopnie i tytuły, doprowadziło do katastrofalnej nadprodukcji książek, których nikt odpowiednio nieopłacony nie czyta, bo nie ma po temu żadnych innych powodów. W jednych krajach są one przeciętnie lepiej zrobione, w innych przeciętnie gorzej, ale wszędzie jest ich za dużo i stanowią przeszkodę w docieraniu do rzadkich książek wartościowych.
Kiedyś trudno było zorganizować konferencję naukową, ponieważ mało było chętnych do wygłaszania referatów. Od czasu, gdy oceny i awanse, czyli cele konkurencji, w znacząco większym stopniu uzależnione są od ilości wygłoszonych referatów, do uczestnictwa w konferencjach naukowcy, zwłaszcza na dorobku, pchają się drzwiami i oknami. Trudność przesunęła się z wygłaszania referatów na ich wysłuchanie. Reformatorzy szkolnictwa wyższego z panią minister na czele zapewniają, że nauka polska stanie na nogi, jeżeli książki nie do czytania będą pisane, a referaty nie do słuchania będą wygłaszane w języku angielskim.
Piętnując patologie obecnego stanu szkolnictwa wyższego, niektórzy uzdrowiciele domagają się wprowadzenia nowych niedorzeczności. Profesor Klaus Bachman, politolog, naużalawszy się na znane wady polskich uniwersytetów, dochodzi do wniosku, że poprawę można osiągnąć przez “umiędzynarodowienie kluczowych dziedzin” i wprowadzenie m.in. warunku zagranicznych recenzji prac doktorskich i habilitacyjnych. Te ostatnie jego zdaniem w ogóle należałoby pisać po angielsku, żeby ocenianie nie odbywało się w kręgu kilku przyjaciół, “lecz za pomocą renomowanych czasopism i międzynarodowej debaty naukowej”. Komu i do czego są potrzebne prace habilitacyjne? Kto i za jaką granicą zechce je czytać i jeszcze nad nimi debatować w renomowanych czasopismach? Jak długo te czasopisma pozostaną “renomowane”, jeżeli zajmą się polskimi pracami habilitacyjnymi? Pisane są one głównie w tym celu, aby pewien Polak i pewna Polka zostali doktorami habilitowanymi. Bojowe zawołanie “publikuj albo giń” wyrwało się najpierw z piersi amerykańskiego profesora, a więc i tam w większości wypadków pisze się dla zdobycia i utrzymania stanowiska akademickiego. Poza tym, gdyby istniał przymus zamawiania recenzji u naukowców zagranicznych, niejedna polska uczelnia by od tego zbankrutowała. Recenzentów zagranicznych już się powoli wplątuje w polskie przewody doktorskie i habilitacyjne, ale żeby z tego robić regułę i system, to przesada.
Jeżeli ktoś woli, aby czytano (lub przynajmniej oglądano) jego książkę raczej za granicą niż w Polsce, niech pisze po angielsku. (Przy okazji ciekawostka dla profesora Klausa Bachmana: niemieccy naukowcy wolą pisać w języku swoich rodaków niż po angielsku dla całej ludzkości).
W dzisiejszym świecie – mówił kiedyś Bronisław Geremek – angielski jest językiem techniki (i nauk ścisłych), językiem kultury pozostają języki narodowe. Wypieranie języków narodowych z humanistyki i zastępowanie ich angielskim byłoby czymś gorszym niż nawrót do średniowiecza, bo angielski nie niesie ze sobą tak wyraźnego wzoru myślenia, jaki zawarty był w łacinie. Międzynarodowy angielski, który trzeba odróżniać od angielszczyzny narodowej – brytyjskiej czy północnoamerykańskiej – prowadzi do myślenia uproszczonego, co z pewnością nie powinno być misją nauk humanistycznych. Uprzywilejowanie języka angielskiego w systemie ocen akademickich jest wielkim głupstwem.
Dwanaście lat temu przy pewnej okazji powiedziałem: “Działalność naukowców w Polsce, podobnie jak w innych krajach o zapożyczonej kulturze, polega nie na bezinteresownych badaniach, lecz na spełnianiu warunków awansu. Te warunki stawiają ci, co już awansowali. W wyniku otrzymujemy więc reprodukowanie tego, co już powiedziano, naśladownictwo i konformizm. Przez cały okres kariery naukowiec, podobnie jak uczeń w szkole, przechodzi z klasy do klasy, nie trzeba się więc dziwić, że popada we wtórny infantylizm”.

Wydanie: 44/2009

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy