Wizerunki na sprzedaż

Wizerunki na sprzedaż

Pewność Polaków, że są znawcami Rosji i mogą uczyć innych, nie wytrzymuje najprostszych sprawdzianów. Powtarzam to pedagogicznie od kilku lat. Gdy chcą umocnić swoje przekonania na ten temat lub być bardziej przekonującymi w propagandzie, Polacy sięgają do ustaleń przyjętych na Zachodzie. Ja też tak postępuję. Wspomnę nawiasem, że najciekawszą dla mnie publikacją o Rosji w ostatnim czasie była książka wybitnego niemieckiego historyka i publicysty Michaela Stürmera, byłego doradcy kanclerza Kohla, zatytułowana w wydaniu polskim „Putin i odrodzenie Rosji”. Dokładniejsze byłoby „podniesienie się”, „the rise”. Czytelnik poszukujący odpowiednich książek powinien być uważny, ponieważ wiele publikacji o Putinie napisano na zamówienie agencji PR-owskich. Przykładem może być wszechobecna książka o otruciu Litwinienki.
Powołując się na publikację „Political Risk Atlas”, Jacek Żakowski pisze w „Gazecie Wyborczej” (17.01): „Wśród 196 krajów, które przeanalizowali specjaliści z markowego think tanku Maplecroft, Rosja zaliczona została do dziesiątki, w której największe jest polityczne ryzyko. Ranking określa jakość państwa, nieprzewidywalność zagrożeń (…). Polityczne ryzyko mierzone jest za pomocą kilkudziesięciu kryteriów, takich jak korupcja, przestępczość, sprawność wymiaru sprawiedliwości i jego uzależnienie od władzy politycznej, prawa człowieka, jakość infrastruktury i instytucji regulacyjnych”. Na razie nic nas tu nie zaskakuje; stwierdzenia bardzo prawdopodobne i obiegowe. Rewelacje zaczynają się od odkrycia, że w lepszym stanie pod badanymi względami znajdują takie kraje jak: Białoruś i inne republiki poradzieckie, kraje arabskie z wyjątkiem Iraku, Kuba, Wietnam i większość państw afrykańskich. Wiedząc o tym, czego można było – pyta retorycznie Żakowski – spodziewać się po raporcie MAK? Wsłuchiwałem się przez pewien czas we wrzawę wywołaną raportem moskiewskich specjalistów i dosłyszałem tyle, że ten raport został zdezawuowany przez ludzi z obozu kaczystowskiego w Polsce i „liberalnych” wrogów Putina w Moskwie, platformersi natomiast (oprócz raczej kaczystowskiego posła Gowina) twierdzą tylko tyle, że ten raport jest niepełny (każdy raport jest niepełny) i w jednym punkcie niegrzeczny, gdy zdradza sekret nietrzeźwości gen. Błasika (którą to informację PiS-owcy, a przynajmniej ich reprezentatywna posłanka zaliczyła do kategorii zbrodni popełnionej strzałem w tył głowy). Ogólna ocena raportu, jaka daje się wyłowić z wrzawy, jest taka, że jest on emocjonalnie niezadowalający i niesprawiedliwy, a nie, że jest nieprawdziwy. Fałsz zarzuca MAK-owi tylko obóz podwójnego PiS-u, który nie cieszy się przesadną wiarygodnością ani o nią dba.
„Przywykliśmy – pisze dalej Żakowski – myśleć o Rosji jako o kraju takim z grubsza jak Polska, tylko większym (…). To jest niebezpieczne myślenie. (…) Myśląc tak, wyobrażamy sobie smoleńskich kontrolerów lotów jako rzutkich, inteligentnych i męskich specjalistów w śnieżnobiałych koszulach, których znamy z filmów typu „Airport…””. A więc z filmu, a nie z polskich lotnisk. Nie przywykliśmy (ktoś przywykł, a ktoś nie przywykł) myśleć o Rosji jak o kraju takim jak Polska; jeśli już polskie „my” do czegoś przywykło, to do traktowania Rosji jako pod każdym względem przeciwieństwa Polski. Jakkolwiek nędznie przedstawia się podsmoleńskie lotnisko, to jednak nie rosyjski samolot z prezydentem i generałami tam się rozbił, lecz polski, będący tylko ostatnim ogniwem łańcucha zaniedbań i – jak się mówiło w wojsku Piłsudskiego – „nasermatyzmu”. Widzi to Aleksander Hall, pisząc w tym samym numerze „Gazety”: „Dostatecznie dużo już wiemy o funkcjonowaniu 36. pułku lotnictwa (…). Nie jest to budująca wiedza (…), rodzą się pytania, czy nie chodzi o zjawiska charakterystyczne nie tylko dla tej rzekomo elitarnej jednostki, ale być może występujące w całym lotnictwie wojskowym, a może w całym wojsku”. Hall jak zawsze kurtuazyjny, ja bym powiedział, że w polskim wojsku ma miejsce taki sam, jeśli nie większy bardak jak w rosyjskim. Jeżeli chodzi o „śnieżnobiałe koszule”, to na defiladzie są one równie białe w Moskwie jak w Warszawie, a poza defiladą się nie przyglądałem. Nie mniej niż strój o poziomie estetycznym i moralnym środowiska ludzkiego świadczy język, jakim wyrażane są emocje. Na wieży kontrolnej gęsto latały „joby”, ale polski pilot w ostatniej sekundzie życia też nie krzyknął: Matko Boska czy Jezu Chryste, lecz wyrwało mu się słowo, z którym był, jak każdy Polak, najbardziej osłuchany.
Zarzucam Jackowi Żakowskiemu, że nawet tam, gdzie Polacy żałośnie się kompromitują, on szuka „naszej” wyższości nad Rosjanami. Dodam drugi zarzut: wiarę w ścisłość, prawdziwość rankingu, na który się powołuje. O sobie powiem, że przywiązuję bardzo duże znaczenie do miejsca Polski w cywilizacyjnej hierarchii narodów. Niestety, bardzo trudno o rankingi, które by taką hierarchię mniej więcej obiektywnie przedstawiały. Są one przeważnie kombinowane w celach reklamowych lub propagandowych. Przykładem nieuczciwości albo ignorancji są rankingi uniwersytetów w wymiarze międzynarodowym. W najlepszym razie wielką pomyłką jest umieszczenie Uniwersytetu Warszawskiego w czwartej setce wyższych uczelni świata. Tu dopiero mamy poniżające „nas” rozminięcie się z faktycznym stanem rzeczy; dlaczego Polacy nie czują się tym upokorzeni, poseł Kłopotek nie czuje, że został spoliczkowany, a rząd ciągle milczy?

Wydanie: 4/2011

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy