Brzemienne ułaskawienie

Brzemienne ułaskawienie

Sobotka – tylko prezydent może uratować go przed więzieniem

Prezydent Kwaśniewski wszczął procedurę ułaskawiającą wobec Zbigniewa Sobotki. To prerogatywa głowy państwa, prezydenci ułaskawili w ostatnich 15 latach 7,5 tys. skazanych. Sam Kwaśniewski w ostatniej kadencji latach ułaskawił 974 osoby. Sobotka pewnie będzie ostatnią z nich, na pewno najbardziej znaną. I prezydencka decyzja będzie najbardziej brzemienna.
Zbigniew Sobotka, to były wiceminister spraw wewnętrznych, „bohater” afery starachowickiej, to jego prokuratura oskarżała o to, że ostrzegał starachowickich samorządowców, mających kontakty z przestępcami, o akcji policji.
Ostatecznie został skazany na 3,5 roku więzienia, bez zawieszenia. I co najważniejsze – na podstawie poszlak. Nie było w jego sprawie żadnych twardych dowodów, zeznań świadków. Był tylko – jak powiedział sąd – logiczny łańcuch poszlak. Sęk w tym, że takich „logicznych łańcuchów” w tej sprawie ułożyć można było przynajmniej kilka. Postawmy więc kropkę nad i – sąd uwierzył w rzeczywistość stworzoną w wyobraźni prokuratora.
Sobotkę oskarżają tylko słowa byłego posła Jagiełły, który mówił podczas nagrywanej rozmowy telefonicznej, że wiadomość o akcji policji ma od Sobotki. Tymczasem podczas śledztwa ustalono, że nie mógł jej mieć, bo z Sobotką najzwyczajniej w świecie się nie znał i nie kontaktował (stąd pomysł prokuratora, by włączyć w sprawę „brakujące ogniwo” – posła Długosza). W sądzie Jagiełło zeznał, że to nie wiceminister był jego informatorem, a jego nazwiska użył, by dodać sobie powagi. To powszechne działanie. Parę dni temu poseł „Samoobrony” Misztal, awanturując się z policjantami, groził im, że zaraz zadzwoni „do Ludwika”, a ten zrobi z nimi porządek. Czy ktoś przytomny, na podstawie tych słów by twierdził, że obecny szef MSWiA to kumpel posła i zarazem fan ręcznego „sterowania” policją?
Więc tak naprawdę telefoniczna rozmowa posła Jagiełły ze starachowickim samorządowcem niewiele znaczy, na pewno nie tyle, by kogoś na tej podstawie pakować na 3,5 roku do więzienia. Bo w ten sposób ugotować można każdego. Wystarczy, że jakiś gangster wymieni nazwisko polityka, a jakiś policjant to nagra.
„Logiczny łańcuch poszlak” skonstruowany przez prokuratora sypie się też, gdy spojrzy się na Sobotkę i sprawę starachowicką z innej strony. Były wiceminister nadzorował policję i m.in. podpisywał wnioski o podsłuchy. Takich wniosków podpisał kilka tysięcy, także dotyczących polityków, także z SLD. Nigdy w tych sprawach nie doszło do przecieku. Sobotka miał opinię służbisty, człowieka milkliwego. Dlaczego więc, mając taką wiedzę i takie możliwości, nadzorując sprawy bez porównania poważniejsze niż starachowicka, miałby nagle ostrzegać jakichś powiatowych działaczy, których nie znał, z miasta, w którym pewnie nigdy w życiu nie był? I tak nieudolnie – bo przecież wiedziałby, że ich telefony są na podsłuchu…
Każdy solidny karnista powie, że mając tak wątły materiał, sąd nie powinien wydawać tak twardego wyroku. Że sąd kielecki popłynął na fali antyeseldowskich i propisowskich nastrojów, że sędzia chciał ukarać SLD, więc ukarał Sobotkę. A Sąd Apelacyjny w Krakowie, mając świadomość, że uchylając wyrok sądu niższej instancji, wywołałby w kraju burzę, poszedł po linii najmniejszego oporu. Nawet nie próbując przyjrzeć się kolejnym dowodom obrony.
Nie roszcząc sobie pretensji do mówienia, jak było, można spokojnie postawić tezę – wyrok w sprawie starachowickiej w większym stopniu oddawał panujące nastroje społeczne i oczekiwania niż wartość materiału przedstawionego przez prokuratora, no i skazywał na wiele lat więzienia człowieka, któremu nic nie udowodniono. W tej sprawie sąd popełnił niewątpliwie błąd.
Prezydent, w ostatnich dniach swej kadencji, znalazł się więc w sytuacji, w której ten błąd może naprawić.
Po tym, jak do wiadomości publicznej przedostały się informacje, że wszczął procedurę ułaskawienia, mamy wielką burzę. Polityczni przeciwnicy Sobotki i SLD, politycy PiS, LPR i Platformy, ciskają gromy. Nie dziwmy się im, dla nich, niezależnie od faktów, SLD-owcy powinni siedzieć w więzieniach. Dla nich afera starachowicka to wspaniała maczuga do pogrążania wroga. Czymże mogliby walić, gdyby się okazało, że afera jest dęta? Nie dajmy się też manipulować – te gromy to zwykła w takich okolicznościach polityczna gra, żeby osłabić przeciwnika, żeby samemu się wzmocnić. Przyjmijmy też spokojnie opowieści, że trzeba walczyć z sitwami i kolesiostwem – owszem, trzeba walczyć, sęk w tym, że decyzje kadrowe nowej władzy – a są one podejmowane każdego dnia – pokazują czarno na białym, że jest dokładnie odwrotnie. W sprawie Sobotki mamy więc próbę nerwów, polityczne zapasy, huk, a nie jakąś racjonalną dysputę.
Paradoksalnie prezydent znalazł się więc w podobnej sytuacji, w jakiej byli wcześniej sędziowie. Im też podpowiadano wyrok, naciskano na nich. Na polską Temidę to wystarczyło. A na prezydenta?

 

Wydanie: 49/2005

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy