Cała WSTECZ

Cała WSTECZ

Spośród obrazków ikon najnowszej historii Polski najgłębiej w moją pamięć wrył się uścisk dwóch szefów rządów: premiera Tadeusza Mazowieckiego i kanclerza Helmuta Kohla. Jest zimno, co widać po zimowym płaszczu niemieckiego gościa. Gospodarz zmarznięty, bo występuje w leciutkim paletku. Obaj reprezentują tak różne kategorie wagowe, że nawet gdyby się zamienili płaszczami, publiczność miałaby powody, żeby współczuć Mazowieckiemu, temu drobniejszemu i wychudzonemu.

Jest listopad 1989 r. Czytelnikowi 40– należy się info, że Tadeusz Mazowiecki kierował rządem dopiero trzeci miesiąc (do tej pory zawsze kierowała partia, a rząd tylko rządził). Helmut Kohl przerwał wizytę u nas, bo zaczęła się rozbiórka muru w Berlinie, i właśnie powrócił do Polski, a dokładnie do Krzyżowej na Dolnym Śląsku, gdzie zaplanowano jego udział we wspólnym nabożeństwie. Wtedy jeszcze, ale mogę dobrze nie pamiętać, nie mówiono o Mszy Pojednania, a jeżeli pisano w tym duchu, to w temperaturze protokołu dyplomatycznego. Chyba dopiero ten słynny uścisk, który przewrócił protokół, był znakiem, że dzieje się Historia. Oni naprawdę się uściskali, by nie powiedzieć obłapili.

Nie było pewne, czy polski premier podejdzie do Helmuta Kohla. Nie było pewne, czy kanclerz Niemiec wyciągnie rękę do Tadeusza Mazowieckiego. Późniejsze doświadczenia obserwatorów rodzimego teatru politycznego pokazują, że w liturgicznej potrzebie Polak potrafi w kościele zasłonić się wieńcem, żeby broń Boże nie podać ręki drugiemu. W Krzyżowej w ogóle nie było oczywiste, że nastąpi wezwanie wiernych do przekazania sobie znaku pokoju. Ba, sam powrót Kohla, aby dokończyć wizytę, był pod znakiem zapytania.

Abp Alfons Nossol wyjawił przed kamerą, że 12 listopada, tuż przed samą mszą, ktoś mu osobiście nieznany sugerował, żeby opuścić ten znak pokoju podczas nabożeństwa. Nie wiem, czy już wcześniej duchowny mówił o tym publicznie, do mnie dotarła ta wiadomość z ekranu dopiero 12 grudnia 2016 r., około północy, kiedy TVN pokazywała film dokumentalny „Polacy i Niemcy. Historia sąsiedztwa”.

Ten serialowy dokument, który ma w tytule rzetelną obietnicę zawartości, mógł nie powstać. Mogło go nie być, podobnie jak sceny pojednania w Krzyżowej, bo historia czasem trafia w złe ręce.

Film zaplanowano w koprodukcji polskiego nadawcy publicznego TVP z niemieckim partnerem ZDF (Zweite Deutsche Fernsehen). Rozmowy zaczęły się w maju 2015 r., tytuł trafił do ramówek po obu stronach granicy. Znakomitą okazją było 25-lecie traktatu polsko-niemieckiego o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy. Produkcja ruszyła energicznie, bo 12 miesięcy to nie jest dużo dla niemal epokowego dzieła.

Jak trudne jest nasze sąsiedztwo, przekonali się Niemcy w lutym tego roku, kiedy TVP wypowiedziała umowę w sprawie „Historii sąsiedztwa”. Wspólny projekt, już w dużej części zrealizowany, diabli by wzięli, gdyby nie znalazł się w Polsce koproducent komercyjny, bardziej publiczny niż partyjna telewizja publiczna.

Niby nie stało się nic złego. Serial powstał, polscy widzowie go oglądają (w poniedziałek, 19 grudnia, dwa ostatnie odcinki w TVN). Tylko komfort oglądania jest mniejszy ze względu na obecność licznych bombek na ekranie, i to akurat nie przy wojennych epizodach, oraz pasty na krwawiące dziąsła. W publicznej telewizji reklama byłaby na zaostrzenie apetytu, na początku, ale już porę emisji wyznaczono by podobnie, najwcześniej godzinę przed północą.

„Polacy i Niemcy” to pionierski i nowocześnie zrealizowany dokument, wzór narracji historycznej nieobecnej w polskiej przestrzeni publicznej. Telewizja Polska straciła szansę na zorganizowanie i moderowanie debaty publicznej choćby w tej jednej, ważnej dla Polaków sprawie układania się z Niemcami. Podobnie każdy nauczyciel historii w szkole niezreformowanej jeszcze przez nauczycielkę polskiego pozbawiony został tej niezwykłej pomocy lekcyjnej.

Sam dokument pewnie doczeka się jeszcze filmu o tym, jak go kręcono, bo za wiele w nim występuje osobowości – indywidualności, które niekoniecznie i nie zawsze, jak sądzę, chciały powiedzieć tylko to i tylko tyle, ile wymagał scenariusz. Powinien także nastąpić ciąg dalszy, w którym były już prezes telewizji Jacek Kurski wyjawi do kamery, kto do niego przyszedł, przepraszam, do jakiego nieznanego sprawcy on sam się udał w lutym 2016 r., żeby usłyszeć, dlaczego TVP ma nie pisać z niemiecką telewizją historii sąsiedztwa Polaków z Niemcami.
Widzom należy się jeszcze wyjaśnienie. Otóż w serialu „Polacy i Niemcy”, a przynajmniej w pierwszych dwóch odcinkach w ogóle nie występuje Maciej Stuhr. Z powodu Stuhra TVP mogła się wypiąć na Europejskie Nagrody Filmowe we Wrocławiu. Trzeba jednak odróżniać wroga wewnętrznego od zewnętrznego, dlatego można przewidywać, że z Niemcami na Woronicza kierownictwu nie pójdzie tak łatwo. Nawet po włączeniu CAŁA WSTECZ nie da się już odwołać transmisji z Krzyżowej ani profetycznego uścisku dwóch mężów stanu, Tadeusza Mazowieckiego i Helmuta Kohla.

Wydanie: 51/2016

Kategorie: SZOŁKEJS

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy