Ho, ho, ile jest roboty w sporcie!

Ho, ho, ile jest roboty w sporcie!

Kiepsko coś idzie naszemu Pochmurnemu Słoneczku na niwie sportu. Nieoranej, zachwaszczonej i zabagnionej przez skorumpowane ekipy poprzedników. Nie wygaszono do tej pory nawet połowy orlików. Nie zdekomunizowano ulicy Deyny Kazimierza. Nie naprawiono reguł gry w piłkę nożną, tak by można było strzelać tylko do jednej bramki. Nie nakazano Anicie Włodarczyk, żeby przed wypuszczeniem młota przestała się wreszcie kręcić w tę samą stronę co za Tuska.

Sport wyraźnie nie nadąża za dynamiką zmian w realu, dlatego wykonuje właśnie historyczny krok w przestrzeni medialnej. Otóż 26 lutego widzieli państwo po raz ostatni na antenie TVP 1 „Sportową niedzielę”. To zasługa wesołej miniaturki Pochmurnego, od roku oświetlającej przedpola Woronicza. Jej robaczkowy z pozoru ruch ma dla planety znaczenie porównywalne z odkryciem San Escobar.

Właśnie rok temu wyniesiony na orbitę Jacek Kurski zapowiedział jednocześnie budowę i odbudowę misyjnej telewizji publicznej, tak zaniedbanej przez nieudolną i skorumpowaną ekipę poprzedników. Cegła w postaci „Sportowej niedzieli” bardzo mu pasowała do nowej konstrukcji i nowej filozofii programowej nadawcy publicznego. Zapowiedział, że będzie murował z misją, bez względu na pogodę i wyniki badań widowni. Aż tąpnęło w Warszawie od tego ruchu na budowie misyjnej ramówki.

Misyjną robotę przerwał na kilka godzin tylko raz, w sierpniu 2016 r., kiedy na rusztowanie wdarł się bez kasku ochronnego jakiś narwany konkurent. Po spuszczeniu intruza z drabiny Kurski wrócił do murarki. Po roku sam zszedł z rusztowania, obejrzał dzieło i z zapałem charakterystycznym dla wesołych budowniczych powiedział, że jest świetnie i dlatego ze względów misyjnych trzeba przenieść „Sportową niedzielę” z TVP 1 do TVP Sport. Nowy wstrząs uspokoił tektonicznie okolicę, mastodont architektoniczny rozłożony w rogu Woronicza i Samochodowej wrócił do pozycji wyjściowej, nie zanotowano zarysowań na stacji metra Służew.

Aby pomnożyć dorobek misyjny TVP, można by ten manewr powtarzać właściwie co kwartał, badając przy okazji, czy zmienia się liczba widzów, którzy cokolwiek zauważyli. Tym razem pies z kulawą nogą nie przystanął i się nie obejrzał, choć to zwierzę uwrażliwione sejsmicznie. Ludzi, nie tylko z branży, głęboko zasmuca popatrywanie, jak życie dziennikarskie uchodzi z Woronicza.

Wielokrotnie większą uwagę publiczności telewizyjnej przyciągnęło wydarzenie ramówkowe telewizji, która w ubiegłym roku osiągnęła 0,02% średniego udziału w rynku, mianowicie Eleven Sports Network. Od kilku miesięcy w soboty był na antenie Jedenastki najdziwniejszy chyba i najdłuższy na świecie program sportowy. Nazywał się „Stan futbolu”. Za scenografię w studiu robiła gigantyczna i w tym samym stopniu ohydna ścianowitryna bez początku i końca, od góry do dołu kasetonowo zabudowana i podświetlona jak rozkład jazdy w Pułtusku 30 lat temu. W klatkach wygrzewały się na baczność butelki wina, po jednej sztuce w każdej. No, miodzio.

Musiał się na tej stacji i na tej ścianie zatrzymać każdy spragniony surfer, zwłaszcza że plansza z tytułem audycji od samego początku biesiady leżała już pod stołem i miała wyraźnie pijane U na końcu. Pięć gadających głów wypełniało dyskurs, przy czym cztery były prawie bez przerwy zwrócone ku tej jednej, która gadała najgłośniej, najwięcej i nawet wtedy, kiedy zatrudniała usta w celach spożywczych. Ona też jedna mogła mówić wszystko, na każdy temat i zupełnie nie na temat, w każdym momencie programu i o wszystkim. A nawet używać wyrazów.

I teraz przedstaw sobie, Czytelniku, że tego one talking head show wcale nie prowadził Paweł Zarzeczny! Kto był prezenterem, wyszło na jaw, dopiero kiedy program został zlikwidowany. Można było spokojnie rozejrzeć się w sieci i poznać po śledzionie, który to.

Stacja powierzyła misję stworzenia nowego tytułu Mateuszowi Święcickiemu. Wróżę, że najmłodszy w Polsce kanał sportowy będzie miał wielki pożytek z tego niezwykle sprawnego intelektualnie i utalentowanego telewizyjnie młodego człowieka. Do zrobienia jest ho, ho, ale jego stać na więcej, niż w Canal+ zrobili Twarowski & Smokowski, a w Polsacie Borek.

Dobrze by zacząć od wypuszczenia powietrza z nadętych, grafomańskich tekstów autopromocyjnych. Najtrudniej będzie nauczyć się jedzenia łyżką, nie chochlą w warunkach tego nieszczęścia, które spotkało Eleven w tym roku, mianowicie nadmiaru bogactwa.

Problemy mogą zniknąć pewnego dnia, kiedy nasze Pochmurne Słoneczko zechce zrepolonizować kontent na całej połaci RP. Zamienimy wtedy niemiecką kopaninę w telewizji na jakieś swojskie rodeo, które misyjnie i komisyjnie obejmie w posiadanie narodowa redakcja rolna TVP 1 w latach parzystych, a TVP Sport – w nieparzystych.

Wydanie: 9/2017

Kategorie: SZOŁKEJS

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy