Niech wybuchnie epidemia

Niech wybuchnie epidemia

W niedzielny, lutowy poranek niespełna 30-letni sekretarz stanu w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów Paweł Maciej Szefernaker opuścił studio Radia ZET i Polsat News podczas audycji, w której brał udział. Złożył przy tym oświadczenie, które wykluczyło chorobę pęcherza z listy powodów nieoczekiwanego zachowania. Nic złego nie spotkało też ministra na ulicy, dlatego echo wydarzenia anemicznie błąkało się w sieci, a sam bohater nie trafił na pierwsze strony.

Poszło o to, że Szefernaker, do niedawna szef młodzieży pisowskiej, przygotował się do programu z listu przewodniczącego Rady Europejskiej, a pytano go z listu burmistrza Sopotu. On przyszedł obsmarować Tuska, a gospodarze domagali się litości dla sierot z Syrii. To nie mogło dobrze się skończyć.

„Jeżeli państwo zamierzacie rozmawiać o takich gniotach jak wymyślona sprawa 10 sierot i nie dopuszczać mnie do głosu, to ja muszę opuścić program”, powiedział minister i jak powiedział, tak uczynił, bo państwu akurat gnioty bardziej leżały na sercu.

Śniadaniowe ustawki międzypartyjne są w ofercie programowej większości stacji radiowych i telewizyjnych w Polsce, podobnie jak schabowy z kapustą w każdym menu. Są wynalazkiem polskiego dziennikarstwa i od pewnego czasu jego największym wynaturzeniem. Zabraknie mi zaraz miejsca na tej stroniczce, jeżeli napiszę jeszcze jedno zdanie przeciwko tej zarazie, a napisać chciałbym sto zdań, więc muszę to sobie rozłożyć na raty.

Przy zastawionych stołach uprawiany jest ten proceder. Przegapił więc okazję zaproszony minister, bo mógł się postarać o efekt specjalny – porwać przed wyjściem twardą pomarańczę i nabić guza upatrzonemu mężczyźnie albo miękkim deserem się posłużyć, gdyby miał na celowniku kobietę, a jak się jeszcze okaże, miał. Byłby już dzisiaj celebrytą z pierwszej strony i nie musiał wysłuchiwać pouczeń, że w gościach tak się nie robi, że w ogóle nie uchodzi. Że jest za młody na afronty. Że minister to pomocnik, nie magister. Że trzeba najpierw zdobyć jakąś pozycję i nazwisko, aby sobie pozwolić na zauważane i dopuszczalne ostentacje. Słowa bym złego nie napisał, gdyby Szefernaker nazywał się Kaczyński.

Każda centrala partyjna ma wytrenowaną kadrę wymownych aktywistów upoważnionych do występowania na różnych poziomach rozgrywek i jakiegoś coacha, który układa imienny grafik. Redakcje mają własne klucze, według których chciałyby dobierać gości do programu. Istnieje tu pewien konflikt interesów i bywa, że w studiu zjawia się gość niespodziewany, czego notabene nie da się ukryć przed słuchaczami i widzami. Ale jeżeli już, człowieku, przyjąłeś zaproszenie i przyszedłeś, zrób wszystko, żeby nie doprowadzić do zerwania zmówin, bo cię skreślą. Dawniej by ci jeszcze zaśpiewali na pożegnanie:
Uważaj, junochu, abyś na lato
Nie został bez grochu.

Zetka i Polsat News pewnie zapomną na chwilę o niefortunnym gościu, ale to nazwisko nie da o sobie zapomnieć, bo ma duży potencjał. Mnie rymuje się ze świetnym niemieckim obrońcą Mertesackerem, który ostatnio grywał z czwórką, obok Koscielnego w Arsenalu. Ten prawie dwumetrowy dryblas rozegrał kiedyś ciurkiem 31 meczów w Bundeslidze bez jednego upomnienia! Szefernaker za jednym zamachem sam siebie ukarał dwiema żółtymi kartkami i opuścił plac gry.

Potem jeszcze przypomniał sobie, to znaczy nagrał jak Jarząbek łubu-dubu prezesowi swego klubu oraz szefowej kancelarii, w której jest zatrudniony, że on w ogóle rozważał, czy pójść do tego programu. Bo prowadzi go autorka „jednego z najobrzydliwszych kłamstw smoleńskich”.

Dużo przeżył tego dnia sekretarz stanu: rozważał, poczuł obrzydzenie, poszedł, ale wyszedł i przypomniał sobie o początkowym obrzydzeniu. Językowi polskiemu brakuje formy czasowej do precyzyjnego wyrażenia tak złożonego aktu poselskiej odwagi i ministerialnej asekuracji jednocześnie. Ile musiał się nacierpieć ten wrażliwy młody człowiek, żeby choć chwilę wytrzymać w złym towarzystwie w studiu!

Jak z taką wrażliwością na kłamstwa smoleńskie minister daje radę w pracy? Czy w ogóle wychodzi z gabinetu?

Z innych powodów niż Szefernaker, z innego studia, w innej telewizji, ale z takiego samego programu wyszła kilka dni wcześniej posłanka Hennig-Kloska. Daj Boże, żeby wybuchła epidemia takich exitów. Bo nic innego nie przekona miłośników parytetowych śniadań z politykami, że władzę należy kontrolować na czczo, bez kakao.

Wydanie: 7/2017

Kategorie: SZOŁKEJS

Komentarze

  1. Lena
    Lena 9 marca, 2017, 21:23

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy