Tomasz Jastrun
Wolna Europa
Mam mieć wieczór autorski w Stowarzyszeniu Radia Wolna Europa, w Radio Café. W ciągu dziewięciu lat zorganizowano tu wiele debat i spotkań, także dotyczących najważniejszych zagadnień transformacji ustrojowej w Polsce. A teraz wieczór przypominający moje teksty pisane w drugim obiegu, głównie w latach 80. Sam bym nie wpadł na taki pomysł. Oddalił się ode mnie tamten czas, a wielu swoich ówczesnych wierszy politycznych po prostu nie lubię. Wydaje mi się, że odeszły razem z emocjami tamtych lat. A ten klerykalno-narodowy
Spinacze
Przychodzi czas, gdy umierają ludzie z różnych warstw geologicznych naszego życia. Potem następują rocznice. Mają przypominać, bo proces zapominania nie zna litości. Dziesięć lat temu zmarł Michał Łukaszewicz. Mało kto już wie, kim był. Pisarzem, ale nie wszedł do zbiorowej pamięci. Kolega ze studiów polonistycznych, czasami fascynujący, czasami męczący. Z ducha Witkacego i Gombrowicza. Ekscentryk, dziwak, jeśli ktoś woli – postać osobliwa. Manifestowało się to w jego zachowaniu, w tym, co i jak mówił. Widział
Najemnicy
Dzwoni jakaś telewizja z pytaniem, czy wezmę udział w ich programie. Jaka telewizja? Republika. Uszom nie wierzę. O czym mamy rozmawiać? Jeszcze nie wiedzą, ale na jakiś aktualny temat. Z kim byłbym w programie? Ze Stanisławem Michalkiewiczem. O, nie ma mowy. Podobnie jak po stanie wojennym są zasady, nie zawsze jasne, gdzie wypada się pokazać, a gdzie nie, z kim można, a z kim nie. Republika powstała kilka lat temu specjalnie dla prawicy, nie z publicznych pieniędzy. A to na media publiczne został zrobiony zamach
Oddział zamknięty przepleciony polityką
Zainstalowałem się w Pruszkowie, to lepiej brzmi niż Tworki. Nadal nie mogę dać sobie rady z depresją. Jest więc pomysł elektrowstrząsów. Sam to zasugerowałem lekarzom. Lubię terapie wstrząsowe. Skoro wróg potężny, trzeba iść na całość. W szpitalu jednak nagle czuję się nieźle, więc nie nadaję się na elektrowstrząsy. Gdyby zmienić sposób myślenia i nałożyć różowe okulary, mógłbym uznać, że jestem na leczeniu w luksusowym sanatorium. Mam osobny pokój z łazienką, komputer i książki, piękny park, który zbiera siły, by wybuchnąć
Pacyfikacja
Depresja mi odpuściła, by wrócić, leki nie działają, sam sugeruję lekarce elektrowstrząsy, co pani profesor od razu podchwytuje. Jadę więc do Tworek, jak na Hawaje – zamiast masaży elektrowstrząsy. Na miesiąc. Nie mogę się doczekać. Wezmę komputer, ale warunki mogą być bojowe. Postaram się słać stamtąd małe donosy. Mityczne Tworki, które weszły do języka, staną się moim domem; w ilu powiedzeniach występują: „do Tworek się nadaje”, „jak w Tworkach”. A na razie garść okruszków z kraju i ze świata
Tragikomedia
Staram się uciekać od pisania i myślenia o naszej polityce, ale jak można udawać, że nic się nie dzieje? To niemal jak ucieczka z miejsca wypadku. Na moim do niedawna oddziale psychiatrycznym przebywały trzy panie – stare znajome i bywalczynie tego miejsca, spały w jednym pokoju. Dobrały się też politycznie, były antypisowskie. Uciekały do szpitala na jakiś czas, jak niektórzy jeżdżą do sanatorium. Wszystkie miały za sobą próby samobójcze. Szpital wtedy zawsze przyjmie, jeśli to jest odnotowane
Ostatki szpitalne
Komentowanie polskiej polityki staje się zajęciem wyjątkowo niewdzięcznym. Przydarzył się nam najazd barbarzyńców i trwa pacyfikacja kraju. Aby od tego uciec, ostatnia już garść notatek z psychiatrycznego oddziału zamkniętego. Było to ciekawe doświadczenie, ale z tej cytryny więcej soku już nie wycisnę. Największy sukces: że ocaliłem swój komputer, który był narażony na zniszczenie, ale wyszedł z opresji cało. Przypominam: wsadzono mnie tam, gdyż postanowiłem rozstać się z życiem. Powód? Depresja. Wyszedłem od niej wolny. Płukanie żołądka
Oddział zamknięty
Albert Camus jest autorem słynnego zdania: „Jest tylko jeden problem filozoficzny prawdziwie poważny: samobójstwo”. Sam cierpiał na depresję, pisał w swoich „Dziennikach z podróży”: „Moim zmartwieniem jest odejść stąd i z tym skończyć, skończyć raz na zawsze (…)”. Pisarz nie zdążył jednak zmierzyć się z tym ostatecznym problemem filozoficznym, los wybrał za niego – zginął w wypadku samochodowym. Dlaczego chciałem popełnić samobójstwo? Ja, „młody” ojciec dwójki małych dzieci? Rozumiem, że to się wydaje
Moje przygody z generałem
Męczą mnie wyrzuty sumienia za poprzedni felieton w PRZEGLĄDZIE. Że za surowo pisałem o Wałęsie, że niesprawiedliwie i w końcu, że może nie za mądrze. Byłem szczery w swojej do niego niechęci, ale w szczerości najłatwiej być nietaktownym. Też wobec historii. Trochę się tłumaczę chorobą, okrutną depresją, która mnie dopadła i trzyma w szponach. Mam więc depresje dwie. Jedna jest polityczna – na tę choruje teraz połowa Polski. Druga, klasyczna, już na szczęście nie jest tak powszechna, ale też coraz częściej się przydarza ludziom.
Choroba
Nie tyle o Wałęsę tu chodzi, ile o rząd dusz. Ale abstrahując od tego, nie lubię Wałęsy. Też dlatego, że za wiele o nim wiem. I to nie dotyczy okresu jego upadku, lecz właśnie wzlotu. Już kilka tygodni po sierpniowym strajku mówili mi o jego wadach ludzie, którzy wtedy z nim współpracowali. Ale to były początki Solidarności, wszystko się gotowało, płonęło, szczególny czas. Potem wiedziałem o nim coraz więcej, od tych, którzy z nim działali w opozycji końca lat 70. Zrobiłem wywiady o Wałęsie z Anną Walentynowicz, z Aliną







