Wojciech Kuczok
Jedna dusza, jeden głos
Wszystkiego nie sposób obejrzeć, a nawet nie warto, życia coraz mniej, a lista filmów do zobaczenia topnieje zbyt wolno, o książkach do przeczytania już nawet nie myślę, doczytuję tylko te, które wprawiają w zachwyt od pierwszego zdania, w najgorszym razie od pierwszego rozdziału – dopóki zdrowie dopisuje, skupiam się na dolinach i graniach, których nie przedeptałem, na jaskiniach, których nie spenetrowałem, na czytanie/oglądanie być może jeszcze przyjdzie czas, kiedy ciało już przestanie nadążać za umysłem.
U syna zdiagnozowano ADHD, po matce na pewno tego nie dostał w genach, zatem wyjaśniła się nazwa medyczna tego, co brałem za swoją wrodzoną niecierpliwość. Zawsze żyłem w poczuciu, że życie jest zbyt krótkie, by się skupiać na jednej rzeczy; „najwięcej cię tam, gdzie cię nie ma”, powiadali o mnie przyjaciele poirytowani moim rozproszeniem, bo w rzeczy samej, słuchając ich (czego nie byli pewni), myślałem już o tym, kogo będę słuchał za chwilę, gdzie mnie nogi poniosą; myślałem równolegle, tłumaczyłem to podzielnością uwagi, ale ludzie, którzy ci się zwierzają, pragną uwagi niepodzielnej, być może dlatego nawiązywałem przyjaźnie równie łatwo, co je traciłem. Gdybym dopisał choć połowę książek z tych, które zacząłem, ba, gdybym dokończył co trzecie zaczęte opowiadanie, być może mój status pisarza nie podupadłby tak dramatycznie.
Dni Matki
Odwiedziliśmy mamę tłumnie, wszystkie jej dzieci i osoby towarzyszące, czuła się ważna, kochana i otoczona bliskimi – czyli wprost przeciwnie do tego, jak jeszcze przed miesiącem, w szpitalnej izolatce. Państwowy szpital wypisał ją jako pacjentkę sondowaną, skrajnie wychudzoną i zanemizowaną, a pani ordynator na pożegnanie dała do zrozumienia, że rokowania są kiepskie. Słowem, szukałem dla mamy ośrodka, w którym będzie mogła spokojnie dożyć swoich dni (optymistycznie liczyłem na tygodnie). Nie było już z nią kontaktu werbalnego – w pierwszych dniach hospitalizacji pielęgniarki wyjęły jej protezę i potem tłumaczyły, że „usta się zapadły”, więc szczęki nie da się włożyć z powrotem, potem od niedelikatnie założonego zgłębnika spuchł jej język. Całkowicie unieruchomiona, ręce miała przywiązane do łóżka, co miało uniemożliwić wyszarpnięcie sondy z nosa, potem łaskawie pielęgniarki oswobodziły mamę, ale poowijały jej dłonie bandażami w rodzaj rękawic bokserskich.
Kiedy widziałem ją w szpitalu po raz ostatni, zakażoną złapanym w szpitalu clostridium, otworzyła oczy, a raczej z najwyższym trudem odkleiła powieki, by na mnie spojrzeć, uniosła lekko dłoń i dotknęła mojej koszuli, żeby dać do zrozumienia, że „ładnie się ubrałem”. Od kilkudziesięciu lat każda wizyta u mamy zaczynała się od rytualnej oceny mojego przyodziewku – dzięki temu gestowi wiedziałem, że mama wciąż jest świadoma, co z uwagi na jej stan było informacją zatrważającą. Płakała nocami, wołała bliskich na pomoc, więc szpitalny psychiatra zdiagnozował, że „rozmawia z osobami nieobecnymi i jest nadmiernie pobudzona”, po czym zaordynował odpowiednie środki, po których mama już nie pamiętała, jak się nazywa, więc łacno było zdiagnozować zaawansowany zespół otępienny.
Odkrzyżowanie
Jestem za, a nawet przeciw. Odkrzyżowałbym najchętniej góry, zwłaszcza tę ikoniczną, Śpiącego Rycerza z 17-metrowym pryszczem na nosie, zamontowanym mu z początkiem XX w. przez zakopiańskich górali. Krupówki jako stan ducha – dzisiejsze pandemonium bezguścia i królestwo paździerza – miały swój początek na Giewoncie w 1901 r., kiedy parafianie księdza megalomana pokornie wnieśli na grzbietach to żelastwo i oszpecili panoramę Tatr. Podobnych gwałtów na krajobrazie dokonywały mniej lub bardziej spontanicznie wszelkie ludy podgórskie, w bogobojności swojej szukając ratunku przed grozą nieokrzesanej natury, próbując oswoić szczyty za pomocą dewocjonaliów – ale nigdzie nie dokonano tego w takiej skali jak w Zakopanem.
Jak się człowiek nizinny przygląda z daleka najpiękniejszym turniom tatrzańskim, np. Wysokiej, Krywaniowi czy Gerlachowi, nie ma nawet pojęcia, że te szczyty też ukrzyżowano, bo to raczej krzyżyki niespodzianie wyłaniające się dopiero na ostatnich metrach podejścia. Skądinąd dwuwierzchołkowy szczyt Wysokiej jest doskonale ekumeniczny: na jednym, częściej odwiedzanym, zamontowano krzyż, drugi wieńczy metalowy czekan. Giewont straszy krzyżem z daleka – z bliska wręcz zabija, bo tak wielki piorunochron staje się u szczytu sezonu bronią masowej zagłady dla ciżby turystów, co to się alertom pogodowym nie kłaniali. Dla dobra ludzkości zatem, jako i w duchu ekologicznym, zarządziłbym sprzątanie gór z krzyży – żelazne trzeba by zdemontować, drewniane wystarczyłoby podpalić – dzięki czemu mogłyby dokonać swojego żywota jak hasiorowskie rzeźby plenerowe. Nie jest bowiem krzyżowanie szczytów aktem wiary, lecz zwykłym znaczeniem terytoriów. Dlatego nie różnicuję tu krzyża na Giewoncie, który oznajmia, że Tatry to rewir katolików, od swastyki powieszonej w 1941 r. na wschodniej ścianie Mnicha przez okupantów (głosiła chwałę III Rzeszy przez rok).
Dysharmonia wyższych sfer
Legendarna akustyka sali koncertowej NOSPR w Katowicach ma też złe strony – maniakalni audiofile ściągają tam bowiem ze swoich dźwiękoszczelnych kanciap i domagają się, by w tej przestrzeni nic nie stało na przeszkodzie między muzyką a ich nadwrażliwymi uszami. Tymczasem kiedy z górą półtora tysiąca melomanów się zgromadzi, nawet najbardziej zdyscyplinowanych, kaszlących tylko w przerwach między częściami utworu, szeleszczących programami tylko przed koncertem i porozumiewających się wyłącznie telepatycznie – audiofil i tak będzie nieszczęśliwy, bo komuś tam oddech zaświszcze o wysuszoną śluzówkę, innemu w płucach zafurkocze, w brzuchu zaburczy, a wszystko to słychać doskonale, zatem żegnaj, nirwano.
Wielkie żarcie na Zabłociu
Zachodzę na Zabłocie przy okazji każdej wizyty w Krakowie; niegdyś miałem więcej wspólnego z drugą stroną Wisły, mieszkało się nawet przez parę lat w Żaczku, to się zachodziło do Narodowego, teraz coraz więcej znajomych na Podgórzu, w Dębnikach, a i kras podziemny miasta królewskiego w prawobrzeżnej części się rozwinął (nie licząc Smoczej Jamy). Zachodzę do MOCAK-u, bo czego by nie powiedzieć o kuratorskich intuicjach Maszy Potockiej, ważne, że o czym mówić zawsze jest – podczas gdy w Warszawie sztuka nowoczesna wciąż tuła się po galeriach lub budynkach zastępczych, Kraków swoje muzeum sztuki nowoczesnej ma już od kilkunastu lat. Właśnie otwarto 11. wystawę z serii uznawanej za sztandarową dla MOCAK-u – pokazującej jakiś aspekt codzienności w sztuce, tym razem padło na jedzenie.
Zaczyna się mocno, dla mnie, przeżywającego właśnie odchodzenie matki i gorączkowo niepogodzonego z upływem czasu, może nawet zbyt mocno – od konceptualnej „Vanitas” Oskara Dawickiego, artysty, który ma niezwykły dar trafiania w czułe miejsca mojej podświadomości. Wystawił na półkach produkty spożywcze i czasomierze, odliczające ich daty ważności – część już jest wyzerowana, pozostałe ulegną przedatowaniu wraz z przyszłorocznym końcem wystawy. Salę dalej jeszcze mocniejszy sztych w serce – praca „Zaraz wracam, mama” Krzysztofa M. Bednarskiego – stół kuchenny usłany liścikami matki, z którą mieszkał artysta, a wszystkie one są właściwie instrukcjami odgrzewania kolejnych obiadów lub informacjami, gdzie mama wyszła i kiedy wróci (skłamała tylko raz, niechcący, w ostatnim, tytułowym liściku – nie wróciła już nigdy, bo umarła). Matczyna kuchnia jako przestrzeń bezpieczeństwa, przedłużanego dzieciństwa, kulinarna troska nad synem artystą – Bednarski wystawił jej przejmujący nagrobek.
Stan przedżałobowy
Nie mogę usiedzieć; kiedy natłoki niedogodności, a nawet okoliczności zgoła tragicznych naciskają, dostaję chodzonki. Jak bieżeniec wierzę, że zło ma kiepską kondycję i nie nadąża za człowiekiem będącym w stałym ruchu; póki więc idę, jestem bezpieczny. O tym, że zasięg zła gubi się pod ziemią, też mam przekonanie graniczące z pewnością, dlatego uciekam pod powierzchnię, gdy tylko czuję, że życie staje się nieunośne. Matka przez całe życie bała się znaleźć na językach, każdą zmianę przyjmowała lękliwie, dopytując: „Co ludzie
Srogie kawiarenki
W moim pierwszym liceum (potrzebowałem trzech, żeby doczołgać się do matury, ale to inna bajka o prawie do bycia głupim za młodu) polonista uparcie przerabiał zjadaczy kanapek z serkiem topionym w aniołów. W najodleglejszym zakątku budynku szkolnego, na końcu korytarza położonego na ostatnim piętrze mieściła się dzienna sala tortur dla bibliofobów i popołudniowa komnata rozkoszy dla uczniów oczytanych, obwołana przez gospodarza kawiarenką literacką. W tych samych wnętrzach w świetle słonecznym pan od polskiego rozstrzeliwał ocenami niedostatecznymi dzieciaki chronicznie
Matka odchodzi
Och, jakim byłem mądrym i odważnym tanatologiem u progu dorosłości. Pasjonowanie się śmiercią za młodu jest cool – człowiek myśli o niej z astronomicznym dystansem, droczy się z nią, bo wie, że śmierć ma go gdzieś, zajęta mozołem żniw na oddziałach geriatrycznych. Jedni śmigali na deathmetalowe koncerty, przywdziawszy T-shirty z nadrukami komiksowego bestiarium, drudzy nosili się na czarno i randkowali na cmentarzach, jeszcze inni składali hołdy gromadzie poètes maudits i wojaczkowali ile wlezie, nadużywając alkoholu i cierpliwości rodziców.
Przeźlenie
Antek buntuje się przeciw odwiedzinom u babci w szpitalu, tłumaczę mu, że to może być ostatnia okazja do tego, by go jeszcze rozpoznała. Trudno mieć pretensje do dziecka – tego nie było na liście świątecznych atrakcji; szpital jest wypełniony starością bez makijażu, na łóżkach mnóstwo istot ludzkich w ostatniej fazie życia, zakłady pogrzebowe mają specjalistów od upiększania zwłok, tak żeby wyglądały pięknie w trumnie, ale umierającym pomaga się przetrwać kolejną dobę, a nie zadbać o make-up i koafiurę. Masowa kultura strachu posługuje
W trybie leczniczym
Przestałem żyć polityką, co za ulga. To jest symptom normalności – po ośmiu latach zgrzytania zębami wreszcie można się wyluzować. Nie, żeby wszystko było idealnie – nigdy tak nie będzie, bo w politykę w przeważającej mierze idą osobowości narcystyczne, raczej egotycy niż altruiści, z którejkolwiek strony by nadchodzili, wiedzie ich ku ławom sejmowym ten sam narkotyk władzy; Kuroniowie nie rodzą się na kamieniu. Ale antykompetencyjne, populistyczne rządy fanatyków, którym marzyły się polexit, państwo wyznaniowe i demokratura w węgierskim stylu,






